O. Józef Chiaudano T. J., „Dziennikarstwo Katolickie” (rozmowa szósta)

Cierpliwie krok po kroku don Euzebiusz wyjaśnia swym inteligentnym i wykształconym rozmówcom, czym ma być dziennikarstwo autentycznie katolickie. Zmuszony jest przy tym zbijać różne sofizmaty, wynikające z dobrej woli rozmówców, lecz przez to nie mniej błędne. Poniższa rozmowa po raz kolejny dowodzi, że nawet cytaty świętych należy mądrze wyjaśniać tym, którzy ich w pełni nie rozumieją, zwłaszcza gdy chodzi o dziedzinę postępowania ludzkiego, dziedzinę przede wszystkim roztropności.

Szósta rozmowa porusza kwestię drażliwą zwłaszcza dla uszu nowoczesnych i zniewieściałych: rzecz się tyczy ducha wojowniczego i prowadzenia polemik. Oby słowa mądrego ks. Euzebiusza przemówiły choć do niektórych dzisiejszych Mariuszów i Aleksandrów.

Kądziołka

[Recenzja; pochwała papieska, wstęp i rozmowa pierwsza, rozmowa druga, rozmowa trzecia, rozmowa czwarta, rozmowa piąta]

O. J. Chiaudano T. J.

„Dziennikarstwo katolickie”.

ROZMOWA SZÓSTA.

Dziennik katolicki nie bojujący. – Niebezpieczeństwa, wynikające z podobnego dziennika. – Bezpodstawne zarzuty. – Ich rozwiązanie.

Maryusz. – Zdanie twoje, drogi stryju, istotnie zatryumfowało. Zwyciężyłeś w ostatniej rozmowie. Myślę teraz tak samo, jak ty, że dziennik katolicki nie może, zarówno pod względem pozytywnym jak i negatywnym, uchylać się od zasad chrześcijańskich ani okazywać się awyznaniowym. Lecz, jeśli się nie mylę, inna rzecz jest być awyznaniowym, a inna być bojującym. Dziennik może bardzo dobrze być katolickim, nie będąc bojującym; i dlatego nie widzę racyi, dlaczego są tak krytykowane pewne dzienniki, które szanują religię, lecz nie chcą się wdawać w polemiki i spory. Zdaje mi się też, że dzienniki katolickie nie bojujące często z pewnością robią więcej dobrego, niż bojujące, gdyż nie drażnią umysłów.

Euzebiusz. – Masz słuszność. Na ogół biorąc, być awyznaniowym nie jest to samo, co nie być bojującym. Nie należy się wszakże nazbyt śpieszyć z wypowiedzeniem twierdzenia, że dziennik katolicki może być dobrym dziennikiem, nie będąc bojującym. Zasada ta, zastosowana ogólnie do wszystkich dzienników, byłaby błędną. Rzecz jasna, że dzienniki, które wzięły sobie za cel poruszanie tylko pewnych kwestyi przemysłowych, handlowych, lub finansowych, nie mają potrzeby mieszać się do sporów religijnych, wojować z niewierzącymi i bronić depozytu wiary. Lecz nie o tych dziennikach mówimy. Co zaś do innych codziennych wydawnictw, które się rozchodzą we wszystkich klasach społeczeństwa i poruszają interesa wszelkiego rodzaju, twierdzę, że jeżeli chcą być dobremi, muszą być w pewien sposób bojującymi. W niektórych okolicznościach obrona religii, odpowiedź jej przeciwnikom jest obowiązkiem sumienia; milczenie równałoby się wspólnictwu, lub co najmniej tchórzostwu, słabości, obojętności. Dziś okoliczności te zdarzają się publicyście katolickiemu dość często. Cobyś powiedział o synu, który aniby się ruszył, widząc, że ojca jego znieważają? Co więcej, dziennikarstwo jest szkołą, jest trybuną, jest areną.

Dziś dzienniki czytują wszyscy; trzeba więc naturalnie, starać się, by się podobały, lecz nie należy zapominać, że winny przedewszystkiem oświecać, wychowywać, urabiać umysły i serca. Dziennik jest jednym z niezliczonych sposobów, których należy użyć do postępu publicznego dobra. Otóż postęp istotnego dobra publicznego jest ściśle związany z dobrem religii. Dziennik, któryby niebardzo do serca przyjmował interesy religii, niezupełnie spełniłby swą misyę i, tak samo jak dzienniki awyznaniowe, przyniósłby szkodę prawdziwą i pozytywną swym czytelnikom i sprawie wiary. Ludzie słabi, chwiejni, tchórzliwi w praktykowaniu religii, nietylko nie przynoszą wierze żadnej korzyści, lecz jej szkodzą, zwłaszcza, gdy posiadają wysoką godność, gdy piastują urzędy publiczne, które ściągają wzrok wszystkich na ich czyny i zapewniają im wpływ na masy. Przyczyny tego szukać należy w sile przykładu, który tyle może, by pociągnąć do dobra czy do zła, w myśl znanego przysłowia: „Verba movent, sed exempla trahunt”[1]. Ich słabość i tchórzostwo są widoczną oznaką wiary wątłej i niepewnej, braku szacunku i miłości dla religii. W praktyce ludzie ci dają do poznania, że można być religijnym w życiu prywatnem, a indyferentnym w publicznem, i w ten sposób popierają przewrotną teoryę rozdziału między religią a porządkiem cywilnym i politycznym. Nie ulega wątpliwości, że wszystko to jest zgorszeniem, zgorszenie zwłaszcza w publicystach, którzy, dzięki rozpowszechnianiu dziennika, zajmują w społeczeństwie stanowisko ważne. Jeżeli nie będą z siłą manifestowali swej wiary, rozniosą zarazę tej samej małoduszności wszędzie, dokąd przeniknie ich dziennik. W czasie wojny słabość, nieostrzeganie przed wrogiem, powolność mogą spowodować klęski niepowrotne i stanowić o przegranej bitw, od których wyniku zależy zbawienie ojczyzny. Katolik zaś jest zawsze na polu bitwy, cokolwiek kto by chciał sądzić o tem.

Aleksander. – Nie przeczę temu; lecz stukniemy się tu o przeszkodę potężną, którą szybko wyminąć trzeba, jeżeli nie chcemy pójść na dno. Dziennik bojujący narazi się na to, że go czytać nie będą, bo

„niejednemu będzie przykry w smaku”[2].

Będą więc w dalszym ciągu czytali złe dzienniki, my zaś pomożemy piśmiennictwu katolickiemu tyle, co umarłemu kadzidło.

Euzebiusz.– A dlaczegóż dziennik ten nie miałby być czytany, jeżeli będzie redagowany z talentem? Dobrzy katolicy czytać go będą chętnie.

Aleksander. – Dobrzy katolicy – tak, zapewne, ale ci, co dobrymi katolikami nie są i którym chcielibyśmy wydrzeć z ręki zły dziennik, nie zainteresują się dobrym i nawet nim wzgardzą.

Euzebiusz. – Co do tego nie mogę się z tobą zgodzić, biorąc rzeczy naogół. Sądzę, że wielu katolików niezbyt gorliwych i wielu liberałów czytać go będą także, jeżeli dziennik będzie redagowany dobrze, ciekawie, z mocą i barwnie. Dobro i piękno wzbudza często zachwyt nawet w tych, co nie wysilają się zbytnio, by je w sobie urzeczywistnić. Taki dziennik narzuca się mniej lub więcej każdemu, tak jak wyborni mówcy, i dobro, które z niego wynika, jest wielkie. Nie mam zresztą bynajmniej zamiaru zaprzeczać, że wielu z nich nie będzie czytało naszego dziennika i będą manifestowali względem niego wzgardę; trzeba jednak za Dantem powtórzyć:

„Nie mówmy o nich; spójrz raz i pójdź dalej”[3].

U tych dziennik katolicki, gdyby nawet nie był bojujący, nie miałby nigdy powodzenia. Gardziliby nim, nie znajdując tam tego, za czem gonią ich apetyty. Przypuśćmy wreszcie, że dziennik ów, jako nie bojujący, byłby przez nich czytany. To i cóż stąd, gdy zaszkodziłby jednocześnie znacznej liczbie dobrych katolików, którzy pod wpływem jego oziębliby i zobojętnieli dla religii? Nie powinno się dozwolić szkodzić wielu dobrym, by oszczędzić jakiegoś zła złym.

Maryusz. – A jednak jakież to znakomite owo wyrażenie pewnego wielkiego świętego, którego imię uciekło mi z pamięci: „Gdy się ma do czynienia z ludźmi światowymi, by ich pozyskać Bogu, należy wejść do nich w ich skórze, a wyjść, pozostawiając ich w naszej” (t. j. przystępować do nich, oszczędzając ich sposób widzenia, by ich opuścić, pozostawiając im nasz).

Euzebiusz. – Cieszy mnie to, że znasz także wyrażenia świętych. To, które przytoczyłeś, jest ni mniej ni więcej tylko wyrażeniem św. Ignacego Loyoli.

Maryusz. – A więc?

Euzebiusz. – A więc pozwól sobie powiedzieć, że słowa te bynajmniej nie mogą być zastosowane do naszego wypadku. Święty Ignacy radzi tak postępować, gdy się ma do czynienia i gdy się mówi z jakąś osobą poszczególnie. Wtedy dobrze jest, chcąc pociągnąć, nie zaś oddalić ją od siebie, zacząć mówić o rzeczach obojętnych, zręcznie starając się sprowadzić rozmowę na kwestye pożyteczne dla duszy, by duszę tę wreszcie pozyskać dla sprawy Bożej. Lecz dziennik katolicki nie może się równać z dysputą lub rozmową prywatną: nie przemawia bowiem wyłącznie do osób światowych, lecz także do gorliwych katolików: gdyby więc karmił ich obojętnością w rzeczach religii, wyrządziłby im krzywdę prawdziwą. W dodatku, maksyma św. Ignacego zaznacza wyraźnie, że musimy zakończyć tak, by nasze było na wierzchu; a dziennik, o którym mówisz, nigdy tego nie dokaże, gdyż z charakteru swego musi być zawsze bezbarwny, jak woda. Gdyby stopniowo miał zmieniać styl, dowodziłoby to, że nie może stale iść drogą, którą mu wytykasz. Słowa św. Ignacego stosują się w naszym wypadku tylko o tyle, o ile się zaczyna artykuł w sposób przynęcający czytelników, by go zakończyć, pozyskując ich dla dobrej sprawy[4].

Aleksander. – Zdaje mi się jednak, że w nacisku, jaki kładziesz, kochany stryju, na konieczność, by dziennik katolicki był bojującym, jest przesada. Mówią, że społeczeństwo potrzebuje, by je pouczano w kwestyach religijnych i przestrzegano przed górującymi błędami doby. Zgadzam się na to. Lecz jakto? Czyż z codziennych gazet mamy się uczyć religii? Czyż niema na to książek? Niema katechizmów? Niema kościołów, w których słuchać należy słowa Bożego?

Euzebiusz. – Dziennik katolicki codzienny nie jest z pewnością ani jedynym ani głównym środkiem nauczania religii. Nikt się uchylić nie może od obowiązku słuchania Słowa Bożego i oświecania się w rzeczach religii pod pretekstem, że czyta dziennik katolicki, nawet najlepiej redagowany. Lecz jakkolwiek dziennik ten nie może i nie powinien być jedynym lub głównym środkiem katolickiego nauczania, to jednak jest środkiem bardzo ważnym, i za każdym razem, gdy temu obowiązkowi swemu uchybi, wynika stąd szkoda. Powtarzam raz jeszcze: nie należy zapominać, że dziś dziennikarstwo w znacznej części wyręcza szkołę w pełnieniu jej obowiązku.

Aleksander. – Czyż więc musimy wszystkich dziennikarzy przerobić na apostołów lub doktorów, każących, jak Paweł albo Chryzostom? Niepodobna żądać wszystkiego od wszystkich. Nie wszyscy mają jednakowe usposobienie. Są tacy, co lubią gorliwość Eliasza; są inni, którym słodycz Dawida bardziej przypada do smaku.

Euzebiusz. – Co do tego – najzupełniejsza zgoda. Powiedziałem, że każdy dziennik katolicki winien bojować, lecz nie powiedziałem, że wszystkie muszą to robić w tym samym stopniu. Chodzi tylko, by rzecz każda odpowiadała celowi swemu, a dlatego należy zawsze zachować miarę, jakiej wymaga gorliwość, prawdziwie światła, więc co za tem idzie – roztropna. Na dziś, drogi Aleksandrze, poprzestańmy na tem. Obowiązek miłości wzywa mnie gdzieindziej, wobec czego muszę przerwać tę ważną i miłą dyskusyę. Powiem ci, zresztą z poetą:

„Pchnąłem cię naprzód, idź wskazanym szlakiem!”[5]

Żegnam cię też, Maryuszu!

(C. d. n.)

[1] „Quod exemplo fit, id etiam jure fieri putant homines” (Ciceron, Ep. Ad Serv. Sulp.).

[2] Raj, pieśń 17, w. 117.

[3] Piekło, pieśń 3, w. 51.

[4] „Zapewne nie będzie się sprzeciwiało roztropności postępować stopniowo w nauczaniu prawdy, gdy się ma do czynienia z ludźmi całkowicie wrogo usposobionymi i zupełnie oddalonymi od Boga. Nim przyłożysz żelazo, dotknij zlekka palcem, mawiał Grzegorz; lecz ten strategiczny manewr nie byłby lepszy od roztropności cielesnej, gdybyśmy zechcieli wziąć go za stałą i ogólną normę postępowania” (Pius X, Encyklika o św. Grzegorzu Wielkim, 12 marca 1904).

[5] Raj, pieśń 10, w. 25.

Przepisała Wincencja. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok IV (1911), nr 20, ss. 197-199. Podkreślenia nowej „Myśli Katolickiej”. Rozmowa siódmaósma, dziewiąta.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s