O. Józef Chiaudano T. J., „Dziennikarstwo Katolickie” (rozmowa piąta)

[Recenzja; pochwała papieska, wstęp i rozmowa pierwsza, rozmowa druga, rozmowa trzecia, rozmowa czwarta]

O. Józef Chiaudano T. J.

„Dziennikarstwo katolickie”.

ROZMOWA PIĄTA.

Część pozytywna katolickiego dziennika. – Wyraźnie katolicka wytyczna postępowania. – Zarzuty przeciwników i odpowiedzi.

Aleksander. – Dowiedzieliśmy się już, czego dziennik katolicki powinien unikać, by być prawdziwie katolickim. Jesteśmy ci bardzo wdzięczni, kochany stryju, za to, coś nam w tym względzie wyłożył. Gdybyśmy jednak poprzestali na tem, nie zbadalibyśmy kwestyi wyczerpująco. Musimy się jeszcze dowiedzieć, co dziennik katolicki robićwinien. Nieprawdaż?

Euzebiusz. – Najzupełniejsza racya. I w tym wypadku, jak zresztą w każdym innym, zasada: Vita malum, fac bonum – unikaj zła, pełnij dobro– ma swe zastosowanie.

Maryusz. – Co prawda, to wydaje mi się, że właśnie w tym drugim punkcie katolicy przekraczają granice słuszności, w których dziennikowi katolickiemu zamknąć się dziś przystało.

Euzebiusz. – Co przez to rozumiesz?

Maryusz. – To mianowicie, że wielu pragnęłoby, by dziennik katolicki nie tylko unikał najmniejszej obrazy religii (na co zgadzamy się wszyscy), lecz, co więcej, by zawsze trzymał się wyraźnie katolickiej wytycznej postępowania i stale przemawiał językiem, właściwym wyłącznie dziennikowi katolickiemu. Pragnęliby, aby duch jego artykułów, kroniki, korespondencyi był tego rodzaju, żeby wywierały one wrażenie jakoby jednego ciągu wyznania wiary katolickiej. Nie wydaje mi się roztropnem żądać obecnie aż tyle.

Euzebiusz. – A jakżebyś ty chciał, by dziennik katolicki był redagowany?

Maryusz. – Chciałbym przedewszystkiem, by w swych zasadach, w doktrynie, w korespondencyach dziennik ów nie zawierał nic, coby obrażało religię katolicką. Lecz według mnie, cokolwiekby podawał, nic mu nie przeszkadza poprzestać ogólnie na tej uczciwości, religijności i roztropności, które stanowią zasadę wszelkiej wiary.

Euzebiusz. – Zdaje mi się, że już rozumiem, o co ci chodzi: chciałbyś więc, by dziennik był katolicki, lecz niewyznaniowy?

Maryusz. – Mniejsza o nazwę. Słyszałem już tyle sporów o znaczenie tego wyrazu, że, prawdę mówiąc, nie zależy mi na tem tak bardzo, by go użyć obecnie.

Euzebiusz. – Niech i tak będzie. Masz słuszność, że nie dowierzasz pewnym nazwom; lecz, co się tyczy idei, o której mówisz, powiem ci krótko i prosto: dziennik, tak prowadzony, nie byłby ściśle katolickim, bo dziennikiem katolickim jest ten, w którym autorowie występują, jako katolicy, i którego język oraz droga postępowania noszą charakter wyraźnie katolicki. Dziennik, który sobie wymarzyłeś, nie przemawiałby, jako katolicki. Samo to, że nie zawierałby ani herezyi, ani bluźnierstw, ani napaści na religię, ani nic, coby ją obrażało w jej zasadach, doktrynie, kulcie i ministrach, nie wystarcza, by dziennik miał prawo do nazwy dziennika katolickiego.

Maryusz. – Przepraszam. Dziennik, o którym mówię, nie poprzestałby na powstrzymaniu się od tego wszystkiego, lecz nadto głosiłby idee, zasady, maksymy, do których katolicy (jakkolwiek nie tylko sami jedni) najwyższą przywiązują wagę. Pole jest olbrzymie, jak olbrzymim jest teren praw i obowiązków naturalnych, a nawet praw i obowiązków, uznanych przez wszystkie religie, które się nie uważają za chrześcijańskie.

Euzebiusz. – Faktem jest wszakże, jak powiadasz, że te idee, zasady, maksymy są prawdami, które wyznają nietylko katolicy, ale i heretycy. Samo więc ich wyznawanie i obrona nie mogą wystarczać, jako dowód, że dziennik ma charakter istotnie katolicki, chyba że w tem wyznawaniu i obronie posługiwać się będzie argumentami i dowodami, płynącymi z katolicyzmu; lecz w takim razie dziennik nie byłby już tem, co mówisz.

Maryusz. – Lecz dziennik ten byłby w każdym razie redagowany przez katolików. Celem ich, jako posiadających prawdę, byłaby obrona tej prawdy, a zatem obrona katolicyzmu. Dlaczegoż więc dziennik ten nie mógłby się zwać katolickim?

Euzebiusz. – To, że redaktorowie dziennika są katolikami i że ich celem jest popieranie katolicyzmu, nie rozstrzyga jeszcze kwestyi. Jeżeli dziennik wyznaje tylko idee, zasady i doktryny, uznawane zarówno przez katolików jak przez heretyków, nie będzie bardziej katolickim, niż jakimbądź innym, np. protestanckim, schyzmatyckim i t. p.; charakter bowiem dziennika nie polega na tem, kto jest redaktorem ani jakie redaktor ma intencye, lecz na tem, jak dziennik jest pisany. W dzienniku, projektowanym przez ciebie, i katolik i protestant pisywaćby mogli, w niczem nie rażąc nawzajem swych poglądów. Co zaś do korzyści dla religii, jakaby, zdaniem niektórych, wyniknąć miała z podobnego systemu redagowania dziennika, zaznaczyć muszę przedewszystkiem, że gdyby dziennik przypuszczał tylko możliwość tej korzyści, już przez to samo nie mógłby się zwać istotnie katolickim; z drugiej strony zaś nie waham się twierdzić, że nie tylko nie byłoby z tego żadnej korzyści, lecz szkoda, szkoda bodaj najpoważniejsza. Bo istotnie redagować dziennik w ten sposób znaczy to oświadczyć faktycznie, że niewiele się sobie robi z zasad i doktryn specyalnie katolickich, – że dla odbudowania społeczeństwa i należytego oświecenia umysłów nie jest ściśle koniecznem stosować to, co stanowi wyłączną własność katolicyzmu, i że nawet tego robić nie wypada, – że wystarcza tu, a nawet jest rzeczą lepszą, stosować jedynie zasady porządku przyrodzonego, wspólnego wszystkim religijnym sektom. Stałe unikanie wszystkiego, co należy jedynie do katolicyzmu, tem tylko tłomaczyć się może, że w oczach panów redaktorów element specyalnie katolicki niewiele ma wartości i mało z niego pożytku. Jest to wielką zniewagą religii katolickiej, zniewagą tem większą, im lepszymi katolikami są redaktorowie. Nadto podobne postępowanie dąży do znieprawienia mas, gdyż sieje w nie indyferentyzm i niedowiarstwo, przyzwyczajając, by się zupełnie nie liczyły z zasadami katolicyzmu i traktowały je jako coś zupełnie nie mającego związku z ich istotnem dobrem. Przyzwyczaić się bowiem sądzić o polityce, uczciwości, pomyślności ludów i słuszności praw nie z punktu widzenia zasad katolickich jest to przyzwyczaić się żyć, nie oglądając się wcale na naszą religię. A cóż już gorszego powiedzieć o tem można?

Aleksander. – Widzę, tak jak i ty, kochany stryju, że dziennikarstwo takie nie jest idealne. Lecz cóż chcesz? Trzeba nieraz trzymać się tej drogi, by uniknąć gorszego zła. Ludzie dzisiejsi mają stale w rękach dzienniki, co nietylko nie głoszą zasad katolickich, lecz je zwalczają na wszelki sposób. Istna to klęska ten potop gazet podobnych! Prócz paru dzienników katolickich, bardzo mało czytanych, wszystkie inne, nawet najbardziej umiarkowane, stale czynią wycieczki przeciw religii. Wali się w gruzy wszystko, wali wciąż; należy myśleć o środkach, jak temu zaradzić; należy wynaleźć sposób przedostania się do mas i zmuszenia ich, by zasmakowały w czytaniu innych dzienników. Lecz jeśli im podamy dzienniki, jawnie wyznające się katolickimi, odrzucą je ze wzgardą i nawet nie raczą spojrzeć na nie. I to jest powód istnienia owego dziennikarstwa – katolickiego co do intencyi redaktorów, które jednak ze względu na drogę postępowania mogłoby się zwać awyznaniowem.

Euzebiusz. – Wybornie wyłożyłeś swą teoryę, mój drogi Aleksandrze, i choć jesteś inżynierem, mówiłeś jak prawdziwy adwokat, jak drugi Maryusz. Teorya twoja wszakże nic nie warta.

Aleksander. – A dlaczego?

Euzebiusz. – Gdyby twój awyznaniowydziennik rozchodził się jedynie lub prawie jedynie wśród heretyków, liberałów i niedowiarków, rugując dzienniki bezbożne i bluźniercze, które właśnie opisałeś, – zgadzam się, że przyniósłby, przynajmniej czasowo, trochę korzyści sprawie prawdziwej religii. Usunięcie gorszego zła jest zawsze wygraną. Dla tego, co zwykł czytywać dzienniki bluźniercze, gazeta pożyteczna. Lecz, mój drogi, rzecz się dzieje zupełnie inaczej. Dziennik, o którym myślisz, w intencyach swych autorów i promotorów będzie zapewne przeznaczony dla liberałów, w rzeczywistości jednak abonować go będą przedewszystkiem dobrzy katolicy, bez których poparcia nie mógłby istnieć. Skończy się na tem, że, zamiast wyrugować dzienniki liberalne, wyruguje raczej dzienniki istotnie dobre. A wtedy wynikną wszystkie te skutki, o których mówiliśmy: wiara i miłość nadprzyrodzoności wystygną wśród mas i ludzie już nawet nie pomyślą o tem, by rozgrzać swą pobożność. To jeszcze nie koniec. Wiele jeszcze innych rzeczy należy wziąć pod uwagę. Dziennik, o którym mówisz, nosiłby bądź co bądź pewien odcień katolicki i wiedzianoby, że redagują go katolicy. A teraz uważajcie! Gdy syn Kościoła Katolickiego bierze do ręki dziennik, o którym wie, że jest liberalny i heretycki, odnosi stąd zapewne szkodę, lecz szkodę te zmniejsza po części fakt, że czytający wie, iż dziennik nie jest katolicki. Prócz tego, niepodobna, by katolik, czytając dziennik taki, nie doznawał wyrzutów sumienia. Tymczasem w naszym wypadku katolicy czerpaliby z dziennika indyferentyzm, nie myśląc bynajmniej, że robią coś złego. Koniec końcem, jakąkolwiek byłaby korzyść podobnego dziennika, korzyść ta nie byłaby trwałą, gdyż pisma o niewyraźnej barwie nie żyją długo. Bo w praktyce czytelnicy ich są to albo katolicy prawi, albo też katolicy źli. W pierwszym wypadku, jeżeli pozostaną tem, czem są, obrzydzą sobie podobny dziennik, nie czując w nim tchnienia nadprzyrodzoności. Zasady katolickie mają tak wielką moc rozświetlania umysłu i podnoszenia na duchu, że bez nich człowiek czuje się jakby zbłąkany, jakby zgubiony. Jeśli zaś czytelnikami owego dziennika są katolicy źli, będą wzdychali do strawy, jakiej w nim nie znajdą; nie zadowolą się tem, że dziennik ów nie będzie się odzywał z zasadami katolickiemi; zapragną, by zasadom tym bluźnił, by je odrzucał i zwalczał do ostateczności[1]. Sądzę, że jesteście już przekonani o tej prawdzie tak ważnej; opierając się więc na niej, będziemy dalej prowadzili naszą dyskusyę, lecz już za następnem widzeniem.

(C. d. n.)

[1] Niedawny tak cenny autograf papieski do Prezesa Związku Ekonomiczno-Społecznego, hrabiego Medolago Albani, który konieczność wyraźnego zaznaczania katolickiego charakteru związków zawodowych głosi w tak szlachetny i tak przekonywający sposób, rzuca na kwestyę, omawianą w tej rozmowie, tyle światła, że niepodobna żądać więcej. Pismo papieskie odmawia związkom zawodowym, a daleko bardziej jeszcze dziennikom katolickim, obowiązanym z wielu względów do kierowania owymi związkami lub popierania ich, – prawa ukrywania się ze swą religią.

Dokument ten brzmi:

Panie Hrabio!

Nowa ustawa dla Feredacyi Związków i Lig zawodowych została przeczytaną i rozważoną. Jakkolwiek jesteśmy moralnie przekonani, że sprawców tej zmiany ożywiają najszlachetniejsze uczucia, jednakowoż absolutnie niepodobna przyjąć jej, a tembardziej pochwalić.

Przedewszystkiem, przyczyny, wyłuszczone w memoryale, przekonywają Nas, że w ten sposób nie osiągnie się zamierzonego celu, t. j. nie pozyska się w praktyce nawet dla takiej ustawy wszystkich katolików trwożliwych i chwiejnych, ani też nie zapewni się Federacyi przedstawicielstwa wobec rządu.

Powtóre, nie jest to uczciwe ani szlachetne maskować się, ukrywając pod dwuznacznym sztandarem swój katolicyzm, jak gdyby towar nadpsuty lub kontrabandę.

Wobec hasła „sprawiedliwości chrześcijańskiej”, tak bardzo rozciągliwego i niebezpiecznego, niepodobna nigdy przewidzieć, jak daleko zajść mogą Ligi, należące do Federacyi, ani też niema żadnej gwaracyi co do osób, które z wyboru obejmą ich kierunek.

Niech więc Związek ekonomiczno-społeczny wywiesi śmiało sztandar katolicki i trzyma się mocno ustawy, zaaprobowanej 20 marca b. r. Jeśli tym sposobem osiągniemy Federacyę – podziękujmy za to Bogu; jeśli nie – pozostaną wtedy Związki oddzielne, lecz katolickie, które zachowają ducha Chrystusowego i zjednają nam błogosławieństwo Boże.

Bądź łaskaw, panie Hrabio, oznajmić to postanowienie członkom Komisyi, którym, jak również Panu, udzielamy z całego serca Błogosławieństwa Apostolskiego.

Pius X Papież.
Dn. 22 listopada 1909 r.

Zresztą, 21 kwietnia 1909 r., ten sam Pius X, panujący nam obecnie, w prześlicznej swej encyklice na stuletnią rocznicę św. Anzelma, dotknął już tej kwestyi w uroczystych i wspaniałych słowach następujących: „O wiele gorszym, o wiele bardziej haniebnym jest błąd tych, co sobie wyobrażają, że zyskują rzekomy pokój, ukrywając prawa i interesy Kościoła, poświęcając je interesom prywatnym lub je niesłusznie tuszując, przez pochlebianie światu, który jest całkowicie poddany złemu duchowi, pod pretekstem pozyskania zwolenników nowinek i zbliżenia ich do Kościoła; jak gdyby możliwą była zgoda między światłem i ciemnością, między Chrystusem a Belialem. Jest to złudzenie stare, jak świat. Do was więc, czcigodni Bracia, których Opatrzność postanowiła Pasterzami i stróżami trzody chrześcijańskiej, do was więc należy staranie, by najsurowiej powściągać ową tak zgubną skłonność społeczeństwa obecnego do zasypiania w gnuśnym bezruchu pośród coraz bardziej zdradliwej wojny z religią, do szukania niegodnej neutralności, całej utkanej z lichych wybiegów i kompromisów, krzywdzących słuszność i uczciwość i gardzących wyrokiem Chrystusa: Kto nie jest ze mną, przeciwko mnie jest.”

Przepisała Wincencja. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok IV (1911), nr 19, ss. 187-189. Podkreślenia nowej „Myśli Katolickiej”. Rozmowa szósta, siódma, ósma, dziewiąta (odnośniki zostaną dodane wraz z ich pojawianiem się na naszej stronie).

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s