O. Józef Chiaudano T. J., „Dziennikarstwo Katolickie” (rozmowa czwarta)

W czwartej rozmowie znowu mowa o tym, czego dziennikarz katolicki nie może pochwalać. Tym razem mowa o stowarzyszeniach, organizacjach, wydarzeniach, a także relacjonowaniu różnych wydarzeń moralnie ujemnych czy wprost szkodliwych.

Raz jeszcze na pierwszy plan wysuwa się rola cnót roztropności (rozeznania okoliczności) oraz męstwa: „katolików mężnych, umiejących stanąć w obronie zasady, jest zaledwie garstka wśród całej masy miernot”. Dziś nie może być lepiej, z uwagi na wychowanie, a raczej jego brak, u mas mniej lub bardziej katolickich.

Jest to ostatnia rozmowa o tym, czym dziennikarstwo katolickie nie jest i być nie może. Od rozmowy piątej będzie o tym, czym ma ono być.

Czytelnik jest też coraz bliżej wyrobienia sobie całościowego pojęcia dziennikarstwa prawdziwie katolickiego.

Kądziołka

[Recenzja; pochwała papieska, wstęp i rozmowa pierwsza, rozmowa druga, rozmowa trzecia]

O. Józef Chiaudano T. J.

„Dziennikarstwo Katolickie”.

ROZMOWA CZWARTA.

Instytucye i stowarzyszenia różne. – Reguły postępowania. – Wypadki historyczne. – Sądy o tych wypadkach. – Kronika sądowa.

Aleksander. – Dowiodłeś nam czarno na białem, drogi stryju, że winniśmy być bardzo skąpi w pochwałach dla złych autorów, nawet wtedy, gdy pochwały te dotyczą wyłącznie części zdrowych dzieła, nie zaś części zepsutych i złych. Dobrze. Lecz prócz autorów i ich drukowanych dzieł, należy jeszcze rozpatrzyć instytucye, którym oni dają początek. Czy i tutaj mamy się trzymać tych samych zasad? Czy dziennikarz katolicki musi ryczałtem potępić wszystkie instytucye, jako to: towarzystwa, związki, koła, kongresy i t.p., do których wrogowie Kościoła przykładają rękę? Sądzę, że warto nad tą kwestyą zastanowić się poważnie.

Euzebiusz. – Dobrze mówisz, Aleksandrze: istotnie, warto nad tą kwestyą poważnie się zastanowić. Lecz i tu także przypomnijmy sobie zasadę: Distingue frequenter. Należy przedewszystkiem rozróżnić między towarzystwem a towarzystwem, instytucyą a instytucyą, kongresem a kongresem. Jeżeli takie towarzystwo, instytucya lub kongres nietylko są pomyślane i zorganizowane przez wrogów naszej religii, lecz nadto posiadają statuty, programy i regulaminy, które bądź całkowicie, bądź częściowo, nie zgadzają się z przepisami naszej świętej wiary, jako przeciwne prawu bożemu lub kościelnemu – w takim razie oczywiście nie można ich pochwalić, a tem mniej zalecać. I nic tu nie pomoże mówić, że jeżeli w tych rzeczach jest coś dobrego, dziennikarzowi to dobro pochwalić wolno; gdyż, jakkolwiek, mówiąc spekulatywnie, można pochwalić część, nie pochwalając całości, jest jednak niemniej pewnem, że całość zasługuje na całkowite potępienie i nigdy w praktyce zaleconą być nie może, jeśli w jakimbądź kierunku jest rzeczą złą. Bonum ex integra causa, malum ex quocumque defectu. Gdyby więc nawet jakaś instytucya, towarzystwo lub kongres w swych statutach, regulaminach i programach nie zawierały nic nagannego dla katolika, – nie wystarczyłoby to jednak, by nas upoważnić do twierdzenia, że dziennik katolicki może bezpiecznie głosić im pochwały i rozwój ich popierać; lecz należałoby je dobrze zbadać i przekonać się, czy istotnie w ich celu konkretnym, w praktyce, w pracy wewnętrznej, w rozwoju i kierunku nie kryje się jaka zasadzka, jaki pierwiastek zepsucia lub zguby dla naszej wiary. Boć ostatecznie niewieleby pomogły ustawy i programy bez zarzutu, gdyby towarzystwo w praktyce nie postępowało zgodnie z programem i współpracowało z dążeniami sekciarzy. To jeszcze nie koniec: trzeba w dodatku zbadać, czy towarzystwo lub instytucya, któreśmy poznali, dają dostateczne gwarancye pewności, że nigdy się nie wyrodzą i nie staną narzędziem zgorszenia. Byłoby istotnie rzeczą bolesną, gdyby katolicy swymi środkami, swą powagą i wysiłkiem wspierali tworzenie i rozwój instytucyi, towarzystw, kongresów i t.p., któreby następnie w rękach liberałów stały się narzędziem ich celów.

Maryusz. – Tak, ale tym sposobem, kochany stryju, rzadko dziennik katolicki będzie mógł pochwalić lub polecić instytucye, o których mówimy. Instytucye te bowiem, jako zależne od ludzi, wrogich religii, często w praktyce działać będą bez wielkich skrupułów w wyborze środków, pomimo swych programów, na które katolicy zgodzićby się mogli.

Euzebiusz. – Cóż ci na to odpowiem? Concedo totum. Rozumowanie twoje jest niezbite. Bardzo rzadko pochwalić można instytucye czy towarzystwa podobne. Istotnie bowiem niepodobieństwem moralnem jest, by w rozwoju lub wprowadzeniu w czyn ich programów nie wślizgnął się jaki pierwiastek antyreligijny, antykatolicki, któryby wreszcie nie poparł sprawy niedowiarstwa. Już samo pominięcie pierwiastku katolickiego jest dostateczną trucizną. Jeżeli ci, co kierują danem towarzystwem, nie są katolikami, czyż można się spodziewać, że w szczegółach organizacyi i w tak licznych wypadkach, w których w grę wchodzi religia katolicka, zachowają się jak należy? Gdyby nawet w najniewinniejszej intencyi zakładali daną instytucyę, nie potrafią w działaniu pozostać wiernymi narzuconej sobie powściągliwości. Człowiek bowiem działa według zasad, które wyznaje. Byłoby więc błędem grubym im ufać.

Maryusz. – Lecz takie dobrowolne usuwanie się katolików od towarzystw i instytucyi, których program nie zawiera w sobie nic nagannego, a często nawet posiada wiele stron dobrych, — od towarzystw i instytucyi, które mogą wywierać i wywierają wielki wpływ na różne klasy społeczne, kończy się wielką szkodą dla samych katolików, którzy tym sposobem pozostawiają w rękach liberałów i wrogów naszej religii towarzystwa i jednostki moralne, któremi posługiwać się winni dla dobrej sprawy. Prócz tego, katolicy postępowaniem podobnem dają sobie w oczach społeczeństwa i narodu pozory ludzi, z którymi niepodobna dojść do ładu, ludzi, obojętnych na wszelki istotny postęp literacki i naukowy, pozory niepatryotów. Ponieważ instytucye, o których mowa, nie są złe, więc czy nie byłoby daleko lepiej, by katolicy mieli w nich udział i, wchodząc do nich w wielkiej liczbie, stawali się ich arbitrami, a jeśli to niepodobna, wywierali choćby wpływ przemożny, nie dopuszczając ich do zwyrodnienia, do tego, by się stawały środkiem deprawacyi? Czy nie byłoby rozumnem, by prasa katolicka przemawiała w tym duchu, dając poznać, że katolicy chętnie popierają dobro wszędzie, gdzie ono się znajduje, i że nie lękają się zdrowej akcyi społecznej, bez względu na osoby, które się tej akcyi poświęcają i od których wyszedł jej impuls?

Euzebiusz. – Zarzut widzę, lecz widzę też odpowiedź. Cały zarzut opiera się na fałszywem przypuszczeniu, że wogóle w obecnem społeczeństwie i w obecnych warunkach katolicy mogliby spodziewać się, że, należąc do tych stowarzyszeń i t. p., zmienią ich kierunek, nadadzą im piętno katolickie, wezmą górę w naradach tam prowadzonych, słowem, zdobędą je, lub przynajmniej uczynią nieszkodliwemi. Jest to, mówię, przypuszczenie najzupełniej fałszywe. Przeciwnie, można wogóle powiedzieć, że w obecnych warunkach społecznych niema najmniejszej nadziei, by rzecz podobna się udała. Przedewszystkiem, z tych samych powodów, z jakich katolicy usiłują się dostać do owych stowarzyszeń, przeciwnicy nasi, co te instytucye stworzyli, zrobią wszystko, by nie dozwolić katolikom mieć tam przewagi. Zdarza się często, że już same ustawy niemało krępują katolików w wywieraniu wpływu na instytucye, a to dlatego, że liberałowie, jako założyciele tych instytucyi, sami niemi kierują i zarząd ich powierzają tylko swym stronnikom. A zresztą któż nie wie, jak trudno zmienić kierunek instytucyi, gdy duch, co je wytworzył, był niereligijny? Ileż to walk podjąć trzeba! Nie zapominajmy przytem, że katolików mężnych, umiejących stanąć w obronie zasady, jest zaledwie garstka wśród całej masy miernot. Ostatecznie więc wysiłki katolików spełzną na niczem, a ich udział powiększy tylko wziętość i powagę instytucyi nam wrogich.

Maryusz. – Na ogół jednak zaprzeczyć niepodobna, że liberałowie bardzo chętnie widzą katolików w swych stowarzyszeniach i nawet zapraszają ich na członków.

Euzebiusz. – Robią to właśnie dlatego, że wiedzą dobrze, iż katolicy nigdy tam nie wezmą góry, a współudziałem swym podniosą tylko ich własną powagę, – w czem zresztą nie mylą się, jak nas poucza doświadczenie. Dziennikarz katolicki winien więc, na ogół biorąc, unikać popierania podobnych instytucyi. Powiadam na ogół biorąc, gdyż nie przeczę bynajmniej, że w niektórych okolicznościach specyalnych nadzieja, iż katolicy zdołają zmienić kierunek danego stowarzyszenia, nie jest bezpodstawną; lecz są to wypadki nader rzadkie. Katolicy nie powinni się też obawiać, że nienależenie do tych stowarzyszeń da im pozory wrogów postępu, ludzi ordynarnych, niezdolnych do wielkich dzieł. Bo cóż, u Boga! czyż katolicy nie mogą sami tworzyć instytucyi podobnych? Zrobią bardzo dobrze, naśladując w tem dzielność bezbożnych, a dziennikarstwo katolickie winno pobudzać do tego swych czytelników. Już sam fakt, że liberałowie tak jawnie zwalczają stowarzyszenia i instytucye katolickie i łączą się, by, o ile podobna, stawiać im przeszkody w działaniu, usiłując przytem wprost zmusić katolików, by, rzekomo dla tryumfu dobrej sprawy, wstępowali do stowarzyszeń liberalnych, – już sam ten fakt, powtarzam, wykazuje, jak na dłoni każdemu zdrowo myślącemu, że liberałowie w postępowaniu podobnem mają interes osobisty i że, co za tem idzie, katolicy winni bardzo się lękać dawania posłuchu ich zaproszeniom do wspólnej pracy, pokładając natomiast całą nadzieję w opieraniu się tym namowom.

Aleksander. – Oprócz instytucyi, wspomniałeś jeszcze, drogi stryju, o pewnych wypadkach, zwykle niezmiernie sławionych przez wrogów wiary. Czyż sądzisz, że dziennikarz katolicki winienby całkowicie unikać o nich wzmianki? Czyż nie uważasz, że stałby się przez to niepopularnym? Bywają zresztą wypadki, o których dziennikarz milczeć nie może. Jeżeli zaś zacznie je ryczałtowo ganić, nietylko wzbudzi przeciw sobie odrazę, lecz nadto popełni prawdziwą niesprawiedliwość, gdyż w faktach tych były i strony dodatnie, domagające się pochwały. Wszak obowiązkiem dziennikarza jest uświadamianie ogółu; czyż więc nie lepiej zrobi, wyróżniając to, co chwalebne w danym fakcie, od tego, co do faktu dodały namiętności, i chwaląc, co godne pochwały, naturalnie, z odpowiednimi restrykcyami?

Euzebiusz. – Zapewne. Jeżeli dziennikarz weźmie sobie za zadanie zbadać który z tych faktów we wszystkich jego szczegółach, by podać czytelnikom dokładną relacyę, będzie mógł zaznaczyć także to, co w nich jest chwalebnego; lecz w takim razie będzie musiał należycie oświetlić każdą okoliczność. A ponieważ mamy na myśli czyny, które, czyto przez cel, w jakim zostały podjęte przez swych promotorów, czy przez sposób przeprowadzenia i przez skutki swoje, pociągnęły za sobą pełno zbrodni, nieprawości i niegodziwości przeciwko religii i Kościołowi, – więc dziennikarz katolicki, przedstawiając wszystko we właściwym świetle, wykaże jasno, jak na dłoni, że jeżeli było w nich jakie dobro, to było ono niczem w porównaniu ze złem i że wskutek tego chęć święcenia rocznic podobnych faktów byłaby potwornością. Banda opryszków nawet może w wykonaniu swych zbrodni wykazać niesłychaną zręczność i zadziwiającą odwagę wobec niebezpieczeństwa. Któż jednak nie widzi, że byłoby nieuczciwością święcić podobne bohaterstwa i wysławiać podobne indywidua? Ani męstwo, ani talent, ani powodzenie przedsięwzięcia nie warte są pochwał, gdy nie idą w parze ze sprawiedliwością i cnotą. Gdy dziennikarz z konieczności musi zadowolić się krótką wzmianką o takich faktach, postąpi nieuczciwie, jeśli będzie je wysławiał, robiąc tylko pewne restrykcye w swych pochwałach. Tym sposobem bowiem dałby do myślenia, że uważa te fakty w ich istocie za dobre, a tylko przypadkowo za naganne, gdy w rzeczywistości rzecz ma się wręcz przeciwnie. Jeśli z drugiej strony, dziennikarz pocznie chwalić człowieka, który się dopuścił czynów karygodnych, nic nie pomoże, gdy będzie głosił, że nie ma najmniejszego zamiaru pochwalać jego win, lecz tylko pewne dobre jego przymioty; oczywiście ludzie uczciwi wezmą mu te pochwały za prawdziwą niegodziwość, zdolną popchnąć lud do zła lub przynajmniej zmniejszyć w nim do zła odrazę, okazując, że można być winnym zbrodni i pomimo to zbierać publiczne oklaski w poszczególnych okolicznościach. Nie należy bowiem zapominać, że, naogół biorąc, czytelnicy dzienników – to nie surowi filozofowie, zdolni do subtelnych rozróżnień i do należytej oceny rzeczy.

Maryusz. – Coż więc powiedzieć należy? Jak osądzić fakty podobne?

Euzebiusz. – Jeżeli nie możecie milczeć, powiedzcie jasno, że są to fakty opłakane, że chwalić ich niepodobna.

Maryusz. – Lecz przecie nie wszystko w nich jest nagany godne?

Euzebiusz. – Niech i tak będzie. Poróbcie więc zastrzeżenia, ale w ten sposób, by zrozumiano, że potępiacie te fakty w samej ich istocie.

Maryusz. – Ależ wezmą nas za wrogów ojczyzny! W błąd wprowadzone masy nie zdołają ocenić słuszności naszych poglądów. Nienawiści staną się bardziej zajadłe. Wszakże mamy do czynienia ze społeczeństwem o zepsutych ideach i obyczajach; ono jest chore i jako chore traktowane być winno.

Euzebiusz. – Rozumiem. Lecz wszystko to dowodzi tylko, że ad summum należy łagodzić swój język, by nie zanadto drażnić. Można ganić i ganić. Naturalnie, mówimy tu o dziennikarzach katolickich, którzy chcą pisać, jak dziennikarze katoliccy, i których czytelnicy są w większości katolikami. Nieprawda? Otóż czy nie jest słusznem, że dziennik katolicki gani fakty, w najwyższym stopniu znieważające religię i dlatego tylko wysławiane przez sekciarzy? I czegóż mamy się obawiać, by nas uważano za zdrajców ojczyzny za to jedynie, że nie pochwalamy rzeczy, które historya winna osądzić, jako opłakane? A niech nas sobie nazywają, jak chcą: ludźmi niepopularnymi, wrogami postępu, antypatryotami, etc.! Jeśli te epitety spadną na nas jedynie za pełnienie obowiązku, wyjdą nam na chlubę, a oskarżycielom naszym na pohańbienie.

Maryusz. – Eh! A tymczasem fakty te są już fakty spełnione. Fakt zaś spełniony – to istota, która żyje.

Euzebiusz. – Czyn niegodny nie nabywa prawa do pochwał na mocy tego, że został spełniony. Gdyby było inaczej, wynikałoby po prostu, że winowajcy najbardziej zręczni i najszczęśliwsi w swych zbrodniczych przedsięwzięciach najłatwiej nadają się do wytłómaczenia.

Aleksander. – Masz najzupełniejszą racyę, kochany stryju. Ponieważ więc rozmowa nasza zeszła na to, czy nie mógłbyś, proszę cię, wyrazić swej opinii, jak zachować się należy względem tych wszystkich nieuczciwych i opłakanych faktów, które kronika dziennikarska musi podawać niemal codziennie? I nie o chwalenie tu chodzi: chodzi o to, czy wypada dziennikarzowi podkreślać szczegóły.

Euzebiusz. – Drobiazgowy opis niektórych przestępstw, nawet zganionych należycie, wywiera wpływ najzgubniejszy, suggestyonując czytelnika. Wszyscy godzą się na to. Każdy więc dziennikarz, jeśli jest uczciwy, nie powinien tego robić; inaczej będzie propagatorem zła.

Maryusz. – Ależ to są rzeczy, któremi ludzie już się dziś nie przejmują!

Euzebiusz. – Że niektórzy się tem nie przejmują – to możliwe, lecz są to przeważnie ludzie, co spadli dość nizko i zatracili wstyd. Na większości jednak wywiera to wrażenie, czem się nawet tłómaczy chorobliwa ciekawość wielu osób co do szczegółów podobnych. A zresztą pamiętajmy, że dziennik katolicki dostaje się do rąk młodzieży.

Maryusz. – Ależ w tem właśnie tkwi poważna trudność. Jeżeli dziennik katolicki tych faktów nie poda, czytelnicy poszukają ich w innych dziennikach, dziennikach złych.

Euzebiusz. – Tak sądzisz?… Wielu nie zrobi tego, licząc się z sumieniem. A jeżeli kilku, jeżeli nawet wielu tak postąpi, to i coż? Jeżeli się chcą truć, niechże się trują złymi dziennikami, nie zaś dobrymi. Będą sobie przynajmniej zdawali sprawę ze swego szaleństwa; gdy tymczasem, czytając te rzeczy w dobrych dziennikach, wyobrażaliby sobie, że nie mają się czego niepokoić. Należy przytem dodać, że kto z przyjemnością czyta podobne rzeczy w dziennikach katolickich, ten nie czuje się zadowolony, dopóki nie przeczyta także, co o tem mówią dzienniki złe, gdyż ciekawość niełatwo się zaspakaja.

Maryusz. – Jesteś zbyt surowy, kochany stryju, – zbyt skrajny. Należy stosować się do społeczeństwa, w którem się żyje.

Euzebiusz. – Powoli, powoli. Stosować się aż do pochwalania jego wad? O! nigdy! To właśnie robią dzienniki liberalne, i jest to zrozumiałe. Gdyby jednak wszystkie dzienniki miały się stosować do mody, nie byłoby potrzeby wydawać dzienników katolickich; wystarczyłyby liberalne. Dziennik katolicki winien być katolickim we wszystkiem, i tak samo, jak powinien unikać wszelkiego cienia herezyi lub błędu przeciw wierze, tak też winien wystrzegać się wszystkiego, co psuje obyczaje. Natura ludzka nie stała się bezgrzeszną, nie nabyła daru nieskazitelności. Dziś, tak samo jak niegdyś, ludzie podlegają namiętnościom; dziś, tak samo jak niegdyś, okazya czyni złodzieja. I zawsze z całą pewnością powtarzać można: „Kto się kocha w niebezpieczeństwie, – zginie”. Lecz zegar wskazuje, że godzina minęła. Na dziś dosyć. Żegnajcie, moi drodzy. Dotąd rozbieraliśmy negatywną stronę kwestyi. W następnych rozmowach przejdziemy do strony pozytywnej.

(C. d. n)

Przepisała A.Z.P. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok IV (1911), nr 16, ss. 157-158 oraz nr  17, ss. 167-169. Rozmowa piąta, szósta, siódma, ósma, dziewiąta (odnośniki zostaną dodane wraz z ich pojawianiem się na naszej stronie).

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s