O. Józef Chiaudano T. J., „Dziennikarstwo Katolickie” (rozmowa trzecia)

Kolejna, trzecia rozmowa dotyczy stanowiska jaką dziennikarz katolicki powinien zająć w sprawie złych autorów, ich dzieł i czynów. Ks. Euzebiusz wyjaśnia, że nie można im pobłażać jak również szczególnie chwalić u nich tego co czasami wygląda na dobre. Bowiem zło które jest tam zasiane wystarcza do ogólnego potępienia całości ich dzieł. Pisarze niemoralni i bezbożni nie mają prawa do tego aby dziennikarze katoliccy rozgłaszali ich zasługi literackie, naukowe lub artystyczne – generalnie lepiej w takich sytuacjach milczeć.

Ks. Euzebiusz tłumaczy, że jeśli już pochwalić to ostrożnie by nasze pochwały dla takich autorów nie poprowadziły ludzi dobrych w kierunku tego co również często tam jest szkodliwe lub do zachwytu dla całości dzieł tych autorów. Dziennikarz katolicki musi pamiętać, że wychwalając takie czy inne szczegóły bez wydania ogólnego potępiającego osądu dla takich autorów, współuczestniczy w złym czynie czyli inaczej popełnia tzw. grzech cudzy.

Canicus

[Recenzja; pochwała papieska, wstęp i rozmowa pierwsza, rozmowa druga]

O. Józef Chiaudano T. J.

„Dziennikarstwo Katolickie”.

ROZMOWA TRZECIA.

Czy należy chwalić złych autorów? – Wskazówki postępowania. – Jakich niebezpieczeństw trzeba unikać?

Maryusz. – Kwestya, którą postanowiłeś omówić dziś z nami, kochany stryju, jest istotnie niezmiernej doniosłości. Chodzi mianowicie o to, jak postępować ma dziennikarz katolicki względem autorów, którzy, jakkolwiek wrodzy katolicyzmowi, posiadają jednak prawdziwe zasługi i talentem swym zdobyli sławę. Jak więc dziennikarz katolicki winien sądzić ich dzieła? Co ma mówić o tych instytucyach i aktach, do których oni przyłożyli rękę, entuzyazmując nimi tłumy? Wyznam szczerze, że często gorszyłem się niepomiarkowaną bezwzględnością i otwartą nietolerancyą ludzi, co nie są zdolni rozróżniać rzeczy i co mają zwyczaj potępiać w czambuł wszystko. Ludzie ci nie przekonają nikogo, a tylko zadrażnią wszystkich. Co sądzisz o tem, kochany stryju?

Euzebiusz. – Nie myślę bynajmniej zaprzeczać, że nawet wśród dobrych są ludzie, skłonni do przesady w sądach o ludziach i rzeczach i nie umiejący trzymać się w granicach słuszności i roztropności. Errare humanum est. Dobrzy są także ludźmi, jak inni, więc także, jak inni, mylić się mogą. Nihil humanum a me alienum puto. Stanowczo jednak przeczę, by w naszych czasach zdradzano tendencyę zbytniej surowości dla złych autorów, ich dzieł i czynów, by pospolicie i niejako z zasady w sądach o nich i krytykach grzeszono zbytkiem surowości. Wystarczy rozejrzeć się w pismach, prowadzonych przez katolików. Jeśli na dziesięć z pomiędzy nich znajdzie się jedno bardziej energiczne w wypowiadaniu swych sądów, to dziewięć pozostałych grzeszą zbytnią miękkością i pobłażliwością i zbyt hojnie szafują pochwałami nawet dla bezbożnych. Naszej epoki nie charakteryzuje bynajmniej surowość w walce o dobro przeciwko złu, lecz raczej miękkość i zbytnia ustępliwość.

Aleksander. – Więc jakiż stąd wniosek, kochany stryju?

Euzebiusz. – Oto przedewszystkiem winniśmy się mniej obawiać przesady w ganieniu złych autorów, niż zbytniej pobłażliwości w chwaleniu ich, – nie dlatego, by przesada w ganieniu nie była sama w sobie wadą, której unikać należy (wszelka przesada jest naganna), lecz że ta wada jest dziś bardzo rzadka i zupełnie nie w modzie. Gdy zła i niebezpieczna moda opanuje świat, zdrowy rozum radzi nam raczej mody tej unikać, niż sypać, jak z rękawa, słowa obelżywe pod adresem małego grona tych, co, zwalczając tę modę, wpadają w błąd przeciwny. Winni więc są ludzie, którzy w naszych czasach, gdy coraz bardziej popłaca nizki i niebezpieczny zwyczaj chwalenia nawet złych autorów, sami ten zwyczaj uprawiają, zamiast potępiać go i namiętnie powstają przeciwko zbytniej gorliwości i rzadkim objawom przesady małej garstki dobrych, co zwalcza nieszczęsną modę i nie waha się przywoływać do porządku pisarzów przewrotnych, bez względu na tryumfy, jakie tłum, a raczej sekta, urządza tym ostatnim.

Maryusz. – To mnie trochę przekonywa, kochany stryju. Lecz powiedz mi, proszę: co właściwie uważasz wielu katolikom za tak wielką winę w stosunku do złych pisarzy? Czyż istotnie katolicy winni w nich wszystko ganić, nawet to, co jest dobre i godne pochwały? Byłożby to sprawiedliwe? Byłożby miłością prawdy? Czyż religia nasza potrzebuje dla swej obrony uciekać się aż do tak nizkiego środka, jak zaprzeczanie istotnej i rzeczywistej zasługi?

Euzebiusz. – Nie powiedziałem tego, kochany Maryuszu. Niepodobna w jednej chwili ani w jednem słowie, co należy czynić w tym względzie. Trzeba koniecznie wytłómaczyć się dokładnie. Słuchaj więc! Co innego jest ganić, a co innego nie chwalić, lecz ukrywać i milczeć. Nigdy nie należy zaprzeczać prawdziwych zasług pisarza, czyto katolika czy niekatolika; lecz milczenie niezawsze jest niesprawiedliwością. Niesprawiedliwość – to zgwałcenie prawa osoby poszkodowanej. Któż jednak ośmieli się twierdzić, że pisarze sprośni i bezbożni mają prawo do tego, by katolicy rozgłaszali ich zasługi literackie, naukowe lub artystyczne? Ci sami pisarze zaledwie wspomnieć raczą o istotnie znakomitych zasługach katolików na polu sztuk i nauk, albo nawet te zasługi lekceważą lub starają się je ukrywać, stosując bojkot milczenia[1]. A katolicy mieliby obowiązek wysławiania pisarzy bezbożnych, podnosząc np. piękność literacką ich dzieł! Weźmy więc sobie raz na zawsze za zasadę, że obowiązani jesteśmy nie zaprzeczać zasług, jakie się komu słusznie należą; lecz pamiętajmy, że między przeczeniem a milczeniem jest cała przepaść. Pierwsze jest niesprawiedliwością; drugie byłoby nią tylko wtedy, gdyby ktoś miał prawo do naszych pochwał.

Aleksander. – Lecz w tem właśnie niesprawiedliwość: milczy się o zasługach autorów, a potem, gdy nadchodzi chwila, że wreszcie niepodobna uchylić się od obowiązku wydania sądu, ogranicza się do zarzutów i potępień bezwzględnych.

Euzebiusz. – Należy zrobić pewne rozróżnienie. Jeśli potępienie dotyczy całości dzieła i każdej z jego części po szczególe, a dzieło zawiera części godne zalecenia – podobne potępienie, naturalnie, nie jest dozwolone. Jeśli wszakże potępienie dotyczy nie części, branych poszczególnie, lecz całości złego dzieła, i gdy się je wypowiada attentis omnibus, nietylko jest dozwolone, lecz nawet jest obowiązkiem w tych razach, gdy wypada wydać sąd ogólny.

Aleksander. – Rozumiem. Tak postępować należy, gdy chodzi o sąd ogólny i sumaryczny. W wielu jednak wypadkach dziennikarz musi postępować, jak profesor: musi analizować dzieło i dawać o niem pojęcie dokładne. A w takim razie jakże może milczeć o zaletach? Jakże może nie chwalić ich?

Euzebiusz. – Naturalnie, jeśli dziennikarz musi robić podobną analizę, przyznaję, że nie może nie zaznaczać dobrych stron dzieła złego autora. Zgodzić się jednak musisz, że w wielu wypadkach doskonale mógłby poprzestać na sądzie sumarycznym, że często bez najmniejszego uszczerbku dla sprawy mógłby ograniczyć się do pobieżnej wzmianki. Jeśli wszakże okoliczności wymagają, by nieco dłużej zatrzymać się nad złem dziełem, dlaczego w szczególny sposób nie zaznaczyć tych właśnie złych jego stron? Dlaczego nie podkreślić, że zdrowe pierwiastki w niem są niczem prawie wobec wad podstawowych? Poco się sadzić na pochwały stron dobrych, wzbudzając w czytelniku ślepy zachwyt dla dzieła, zamiast potępienia dla wszystkiego, co w dziele jest wstrętne? Poco wysławiać pisarzy tego rodzaju jako ludzi wyższych, lub, jak to się dziś mówi, nadludzi?

Maryusz. – Daruj, kochany stryju; zdaje mi się jednak, że pospolicie nie godzi się wypowiadać sądów tylko sumarycznych. Byłoby to i nieroztropne i niegodne nas, katolików, i wreszcie na nicby się nie zdało, gdyż autorów, o których mowa, bezustanku porusza i wysławia prasa, aż do najdrobniejszych właściwości ich talentu. Niepodobna więc zapobiedz, by nie poznano ich zasług literackich. Nieroztropnie byłoby o zasługach tych milczeć: mniemanoby bowiem, że powoduje nami zazdrość, że nie chcemy widzieć dobra tam, gdzie ono istnieje, i że nie jesteśmy szczerzy.

Euzebiusz. – Prawda. Niezawsze można o zasługach tych milczeć; wypada nieraz we właściwej chwili o nich wspomnieć. Lecz powtarzam: niezawsze zachodzi tego potrzeba. Gdy jednak wypadnie o nich mówić, należy unikać przedstawiania rzeczy w taki sposób, by im zjednywać miłość i szacunek i wzbudzać dla nich entuzyazm. W żadnym razie nie jest to ani potrzebne ani godziwe[2]. Bezbożni nie będą mogli nic nam zarzucić, sami bowiem zdradzają wstręt nieprzezwyciężony do chwalenia autorów naszych, choćby najwybitniejszych.

Maryusz. – Czy jednak nie sądzisz, kochany stryju, że chwaląc ich, wykazalibyśmy naszą bezstronność i że, jednając sobie ich życzliwość, pozyskalibyśmy ich dla dobrej sprawy?

Euzebiusz. – Bardzo pochwalam chęć twoją pozyskania Bogu tych nieszczęsnych, i daj nam Boże dojść do tego. Przedewszystkiem jednak zaznaczyć muszę, że jeżeli pochwałami naszemi dla autorów przewrotnych szkodzimy ludziom dobrym, jeżeli ich gorszymi i popychamy do zguby, sumienie zakazuje nam pochwał podobnych. Niesłusznem jest bowiem gubić dobrych dla pozyskania sympatyi złych. Co więcej, nie jest prawdą, byśmy, chwaląc złych autorów, wygrywali cośkolwiek w ich oczach i pozyskiwali ich dla naszej sprawy. Wbijają się oni tylko w dumę coraz więcej, a nas mają za słabych, słabszych od siebie, i, bardzo dalecy od tego, by widzieć w postępowaniu naszem dowód szlachetności moralnej i bezstronności, twierdzą, że oczywistość zmusza nas mimo wszystko uznać ich wartość. Gotowi są dodać, że należy im się coś więcej jeszcze, a nawet gotowi użyć naszych pochwał przeciwko nam samym.

Aleksander. – Najzupełniejsza racya. Nasuwa się tylko jedna uwaga. Dziś katolicy są bardziej, niż kiedykolwiek, oskarżani o to, że stawiają tamy instytucyom pożytecznym, korzyściom, jakie przynosi cywilizacja, literatura i nauki, – że to wszystko odrzucają i zwalczają. Winniśmy więc wykazać faktami, że to kłamstwo i potwarz; bądźmy wspaniałomyślni i nie wahajmy się chwalić tego, co godne pochwały nawet w złych.

Euzebiusz. – Powtarzam raz jeszcze: nie twierdzę bynajmniej, że nigdy i w niczem nie powinniśmy chwalić złych autorów, lecz że należy to czynić z wielkiem umiarkowaniem i w taki sposób, by nie zwiększać względem nich czci i zachwytu czytelników. Chcąc dać dowód, że cenimy istotne zasługi cywilizacyi i postępu, nie potrzebujemy bynajmniej rozwodzić się w pochwałach dla tych autorów: mamy bowiem wiele innych sposobów wykazania, że prawdziwy postęp cywilizacyi cenimy i popieramy. Dobre i pożyteczne instytucye, zasługi artystyczne, literackie i naukowe nie stanowią zresztą wyłącznego monopolu bezbożnych; przeciwnie, właśnie dobrzy mają w tem przewagę. Katolicy podkreślili już po tysiąc razy wszystko, co godne jest poparcia i naprawdę pożyteczne w społeczeństwie dzisiejszem, i uczynili to w sposób o wiele wyższy, niż zachwalanie i wyszukiwanie dobra wśród bezbożnych. Dobro to zresztą pomieszane jest z mnóstwem zła i z wielu stron nadpsute; niepodobna go jasno i wyraźnie wyodrębnić: to też pochwały, których ono jest przedmiotem, rzadko bywają dowodem zamiłowania prawdziwego dobra. Bonum ex integra causa, malum autem ex quocumque defectu.  Wreszcie, cokolwiekbądź powiedzieć można, nie wolno nigdy i w żadnym celu zrobić czegoś wbrew prawości i rozumowi: Non sunt facienda mala, ut veniant bona.

Maryusz. – Ależ na Boga! Jakież są racye, dla których nie wypada darzyć pochwałami złych autorów za to, co w nich jest dobrego? Wyznaję, żem tego jeszcze dostatecznie nie pojął. Możebyś zechciał, drogi stryju, wyliczyć wszystkie te racye!

Euzebiusz. – Chętnie to zrobię. Słuchaj więc! Tendencya rozpływania się w pochwałach dla złych autorów jest przedewszystkiem niesprawiedliwością. Niewarci są tylu pochwał. Zło, zawarte w ich utworach, jest tak wielkie, że wobec niego dobro, jakie się tam znajduje, jest, rzec można, niczem. Powtóre, tendencya owa znieważa naszą świętą religię. Autorowie ci są śmiertelnymi wrogami religii. Bezczeszczą ją i oczerniają na wszelki sposób, robiąc wszystko, co można, by katolików pozbawić wiary i zepsuć ich obyczaje. Spustoszenia, jakie czynią na polu Ewangelii i wśród wiernych Kościoła Chrystusowego, są nieobliczone i tem bardziej zgubne, im większe autorom tym udało się pozyskać wpływy przez zasługi istotne czy fikcyjne w dziedzinie literatury, sztuk i nauk. Sam zdrowy rozum mówi, że wobec tak ciężkich zniewag, jakich autorowie ci dopuszczają się względem naszej świętej wiary, wobec tak głębokich ran, jakie jej zadają, katolik obojętnym być nie może, a tem mniej podziwiać i wychwalać przypuszczalnych dobrych cech ich utworów. Postępowanie takie byłoby ciężką zniewagą dla naszej religii, dowodziłoby bowiem, że bardzo mało dbamy o jej cześć. Cobyś powiedział o synu, który na widok mordercy, rzucającego się z bronią w ręku na jego matkę, stanąłby w podziwie, wychwalając siłę i zręczność, z jaką nędznik ten spełnia swą zbrodnię i pastwi się nad ofiarą? Czyż syn taki nie wystawiłby sobie świadectwa, że jest waryatem lub wyrodkiem? Naturalnie, możemy opłakiwać zaślepienie wrogów naszej świętej religii i bezbożność, co ich ciągnie do wiekuistej zguby, – naturalnie, możemy i powinniśmy modlić się za nich, by Bóg ich nawrócił; lecz sypać im pochwały, przenigdy! Po trzecie, tendencya ta jest ze wszech miar gorsząca. Kto wysławia złych pisarzy, ten tem samem faktycznie współpracuje w rozpowszechnianiu ich błędów i staje się narzędziem zgorszenia, gdyż, wychwalając ich i wyciągając ich zasługi na światło dzienne, dodaje im powagi. Powiesz mi: „dodaje im powagi tylko w tych rzeczach, w których mówią i piszą dobrze”. Zgoda. Lecz któż nie wie, że powaga, nabyta w jednych rzeczach, może mieć wpływ wielki i ma go zwykle aż nadto, by i te rzeczy, w których autor mówi źle, godziwemi w oczach innych uczynić. Doświadczenie stwierdza to niemal codziennie. Ileż zła czynią wśród młodzieży i ludu ci liczni profesorowie nauk przyrodniczych, co, mimo swą nieświadomość w rzeczach religii, wciągają do swych błędów wiele dusz, dlatego jedynie, że mają sławę uczonych?[3] To nic dziwnego. Już jesteśmy tacy. Gdy który z autorów wzbudzi w nas zachwyt dla swego geniuszu przez jakąś jedną rzecz, trudno nam przychodzi uwierzyć, by w innych rzeczach mógł popaść w najgrubsze błędy i głupstwa, i wydaje nam się, że, będąc w jednem godzien najwyższego szacunku, godzien jest tegoż we wszystkiem. Takiemi więc pochwałami osłabia się w duszach zgrozę i nienawiść, jakąby żywić powinny dla niewiary, t.j. pozbawia się je tych uczuć, które są pierwszym niezbędnym środkiem ochronnych przeciwko zarazie[4]. Wreszcie ta tendencya jest oznaką miękkości i słabości w wierze. To też doktorowie Kościoła, słynni ze swego wielkiego przywiązania do religii, nietylko byli skąpi w pochwałach dla wrogów wiary, lecz okazywali się niewzruszenie i niezłomnie stanowczymi w potępianiu niewiary i bezbożności[5]. Jednak rozmowa nasza przeciąga się zbyt długo. Jutro się zobaczymy znowu.

(C.d.n.)

[1] „Jeżeli wiedza i siła tych, co ich zwalczają, daje im powód do obaw, starają się temu zapobiedz przez bojkot milczenia. I ten właśnie sposób zwalczania katolików jest tem więcej nikczemny, że jednocześnie pochwały ich wynoszą bez granic i miary tych, co stoją po ich stronie”. (Encyklika Pascendi)

[2] „Niema ani prawdy tak głębokiej, ani wiedzy tak cennej, by ich nabycie wynagrodzić mogło utratę obyczajów, a tembardziej wiary. Wynika stąd, że dobrze jest pomijać milczeniem pewne dzieła, które wiarę i moralność na szwank wystawiają. A gdy już chcemy mówić o nich, należy piętnować ich bezeceństwa z taką siłą w określeniach i z taką powagą solidnych racyi, by każda uczciwa dusza odczuła wstręt do czerpania z tak mętnego źródła”. (Taparelli, Civ. Catt., serya 3, tom I, str. 203).

[3] Encyklika Pascendi.

[4] Ten pogląd zgadza się najzupełniej z przepisami, jakie pozostawił św. Ignacy Loyola w Konstytucjach swego zakonu. Mówiąc o książkach, powiada on: „Nec illi sunt attingendi, quorum doctrina vel auctores suspecti sunt” (Const., p. 4, c. 14, n. 1). A w deklaracyi (A) dodaje: „Quamvis liber suspicione malae doctrinae vacet, cum tamen suspectus est autor, legi eum non convenit. Solet enim opus in causa esse ut, qui legit, ad auctorem afficiatur; et auctoritas, quam apud ipsum habet in iis quae bene dicit, posset postmodum aliquid persuadere ex iis quae male dicit. Rarum est etiam aliquid veneni non admisceri in iis, quae e pectore veneni pleno egrediuntur”.

[5] Patrz znakomite prace O. Galleriani Contravveleno religioso, l. CII. – Intorno ai pregi degli scrittori malvagi.

Przepisała A.Z.P. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok IV (1911), nr 14, ss. 137-138 oraz nr 15, ss. 147-148. Rozmowa czwarta, piąta, szósta, siódma, ósma, dziewiąta (odnośniki zostaną dodane wraz z ich pojawianiem się na naszej stronie).

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s