O. Józef Chiaudano T. J., „Dziennikarstwo Katolickie” (rozmowa druga)

W drugiej rozmowie krytyce podlega lekkomyślność w wypowiadaniu zdań, które choć niezupełnie sprzeczne z wiarą, wystawiają ją na szwank i prowadzą do herezji. Sprawa ta jest tym ważniejsza dziś, gdy władza najwyższa w Kościele nie jest sprawowana z racji wakatu (formalnego) Stolicy Apostolskiej. Dziś każdy dyletant może założyć (i często faktycznie zakłada) stronę internetową i bez znajomości przedmiotu wypowiadać się na tematy związane bliżej lub dalej z wiarą lub moralnością nie przedstawiając ich jednak w zgodzie z wiarą i moralnością.

Drugim ważnym punktem jest tak zwany obiektywizm, który niektórzy pragną uskuteczniać podając błędne doktryny bez komentarza lub przytaczając pewnych niebezpiecznych autorów lub postacie jakby były godne naśladowania czy słuchania (o tym będzie też w rozmowie trzeciej). Do czego to prowadzi, widać po mętliku w głowach zwykłych katolików, którzy nie potrafią się połapać lub nie rozumieją dobrze tematu, który jest przedstawiony w sposób co najmniej mętny. Lepiej się nie wypowiadać wcale, jak radzi ks. Euzebiusz w dialogu o. Chiaudano, i znaleźć sobie inne zatrudnienie, niż niekompetentnie szerzyć zamęt w umysłach.

Trzecia sprawa to krytyka postanowień władzy kościelnej, nieco mniej aktualna z racji wyżej wymienionej, choć nie mniej ważna, niż pozostałe zagadnienia poruszone w tym drugim dialogu.

E.O.

[Recenzja; pochwała papieska, wstęp i rozmowa pierwsza]

O. Józef Chiaudano T. J.

„Dziennikarstwo Katolickie”.

ROZMOWA DRUGA.

Zdania lekkomyślne i niebezpieczne. – Błędne poglądy, podawane bez komentarzy, w charakterze kroniki. – Źle rozwiązane zarzuty przeciwko wierze. – Niedostatecznie odparte błędne doktryny. – Krytyka postanowień Władzy kościelnej.

Maryusz. – Pojmuję doskonale, kochany stryju, konieczność ścisłego przedstawiania i rozwiązywania kwestyi religijnych, w celu uniknięcia w każdem zdaniu zarówno samej herezyi jak i jej pozorów. Lecz z drugiej strony musimy również liczyć się z faktem bardzo smutnym, że wiele dzienników często uchodzi za antykatolickie i odgrywające rolę wrogów Kościoła jedynie z powodu pewnych zdań i wyrażeń, którym żadną miarą nie można dowieść herezyi ani też których niepodobna posądzić o nią na podstawie niejasności i dwuznaczności. Sądzę przeto, że te dzienniki nie wystawiają wiary na niebezpieczeństwo. Najlepszym zresztą dowodem jest fakt, że nie wchodzą tu w grę kwestye, w których Kościół już w ten lub inny sposób się wypowiedział. Nie rozumiem przeto przyczyny tych zaciekłych napaści, jakich dzienniki te są przedmiotem.

Euzebiusz. – Wiesz, kochany Maryuszu, że nie lubię prawdy obwijać w bawełnę! Dlatego też mówię ci bez ogródek, że rozumowanie twoje jest chwiejne z wielu względów. Przyznaję chętnie, że inkryminowane zdania i poglądy nie są tego rodzaju, by mogły być wzięte za heretyckie; lecz przeczę stanowczo, że to wystarcza, aby wiara nie została wystawiona na szwank. Jest wiele teoryi, zdań i wyrażeń, które chociaż nie są heretyckie i nie mogą być podejrzewane o herezyę, jednak czynią wielką ujmę wierze. Wśród głoszonych zdań są takie, które, nie będąc heretyckiemi, bardzo są jednak blizkie herezyi, jedne z tej racyi, że są błędne, inne dlatego, że są gorszące, jeszcze inne, że zuchwałe. Wszystkie one szkodzą czystości wiary i winny być bezwzględnie potępione[1]. Istnieje, przyznasz sam, wiele chorób i ułomności, które wprawdzie nie przyprawiają człowieka o natychmiastową śmierć, lecz śmierć przyspieszają, i dlatego ludzie się ich strzegą. Istnieją również doktryny przewrotne, które, nie prowadząc bezpośrednio swoich wyznawców do utraty wiary, wielką jednak przynoszą religii szkodę. A zresztą, któż nie wie, że jak siłą logiki uznanie jednej prawdy prowadzi do uznania innych, tak też rzecz się ma z uznaniem jednego błędu, które tym sposobem wreszcie kończy się herezyą. Stąd jasnem jest, dlaczego Kościół Święty nie poprzestaje na potępieniu zdań heretyckich, lecz potępia też wiele innych, jedne jako blizkie herezyi, inne jako błędne lub siejące zgorszenie. Kto nie wystrzega się takich zdań, nie ma prawa uchodzić za dobrego katolika; dzienniki zaś, które pozwalają sobie niebacznie wygłaszać tego rodzaju zasady, nietylko nie postępują po katolicku, lecz mogą być słusznie przyrównane do pism heretyckich. Boć te ostatnie nie zawsze głoszą pojęcia wyraźnie heretyckie lub dwuznaczne, lecz po większej części podają poglądy tylko blizkie herezyi. Stąd widzisz, jak dalece myliłeś się, sądząc, że, skoro Kościół nie ustalił niektórych punktów jako dogmaty, można więc o tych punktach myśleć co się komu podoba, nie wystawiając się przez to na niebezpieczeństwo utraty wiary. Zdanie to zostało wyraźnie potępione przez Papieża Piusa IX w dwudziestym drugim artykule Syllabusa; wobec czego winniśmy uznawać nietylko te prawdy, które Kościoł Święty ogłasza jako dogmaty, lecz i wiele innych, stanowiących przedmiot wiary, chociaż nie zostały jeszcze przez Kościół podane za dogmaty.

Aleksander. – To racya; lecz jakże wytłomaczysz różność poglądów w tak wielu kwestyach nawet wśród samych Doktorów Kościoła? Słyszałem zawsze, że w kwestyach wątpliwych istnieje zupełnia wolność sądu: in dubiis libertas, i nie widzę, dlaczegoby redaktorowie katoliccy wolności tej nie mieli.

Euzebiusz. – Należy rozróżniać wiele rzeczy. A więc naprzód, gdy Kościół święty przemówił w ten lub inny sposób, potępiając jakieś twierdzenie, bądź jako heretyckie, bądź też tylko jako blizkie herezyi, gorszące i t.p., ani dziennikarz, ani Doktór Kościoła, podobnie jak każdy wierny, nie mają już prawa wygłaszać go, nawet wówczas, gdyby przed potępieniem owego twierdzenia zachodziły co do niego różnice zdań. To jasne. Co więcej, nawet poza wyraźnem potępieniem Kościoła, różnica zdań między teologami nie pozwala każdemu wychodzić z tego lub owego punktu widzenia[2]. Gdyby tak za każdym razem, gdy znajdzie się teolog, skłonny do rozwiązywania kwestyi doktryny inaczej, niż ogół teologów, chciano sądzić, że każdemu przysługuje prawo porzucania opinii ogólnej, – niewiele pozostałoby katolikom prawd niewzruszonych. Nigdy bowiem nie brakło i nie braknie teologów tego gatunku,

który rozgłosem, nie wartością mierzy
sztukę, i nim go biegły sąd przekona,
swemu błędowi nazbyt długo wierzy,[3]

co zawsze są skorsi do pogoni za rozgłosem, niż za prawdą, i co ustalają swe przekonania, zanim głos prawdy i rozumu do nich przemówi. Innemi słowy, ani powaga jednego, ani też powaga wielu nie wystarcza, by można było przyjąć pewne twierdzenie z całym spokojem sumienia. Na to, by twierdzenie to stało się istotnie wiarygodne, potrzeba, by je sankcyonowała powaga kompetentna. Każdy rozumny człowiek żąda gwarancyi takiej.

Maryusz. – Zdaje mi się wszakże, że dopuszczają się istotnej niesprawiedliwości ci, co oskarżają danego pisarza o rozpowszechnianie herezyi lub niebezpiecznych dla Kościoła teoryi, na tej jedynie podstawie, że pisarz ten przytacza je w dzienniku swoim. Jakże to? Czyż dlatego, że np. przemówienie niedowiarka lub bezwyznaniowca nie jest wolne od błędów w dziedzinie religijnej, dziennikarzowi nie wolno go powtórzyć z obowiązku kronikarza? Czyż czytelnicy nie powinni wiedzieć o tych rzeczach, tak, jak o innych? Pocóż więc piorunować, skoro dziennikarz ogranicza się tylko do objektywnego powtórzenia owej mowy, tak samo jak każdego innego faktu, nie dodając od siebie ani słowa uznania?

Euzebiusz. – Może mi nie uwierzysz, Maryuszu, ale w tej chwili jesteś echem opinii, usiłującej zapewnić w społeczeństwie debit i zaufanie dla teoryi liberalnych, wyraźnie potępionych. Rad jestem, żeś się z tem wypowiedział; daje mi to bowiem sposobność wyjaśnienia tej tak ważnej kwestyi. W żadnym razie jednak nie można ci przyznać racyi. Czy dziennikarz głosić będzie błędy religijne, wyraźnie je pochwalając, czy też poprostu poda je czytelnikom – będzie to zawsze rozsiewaniem zarazków choroby moralnej. Jad – to zawsze jad, bez różnicy, czy go podaję zachwalając, czy też bez słowa zachęty. Gdyby wszyscy jasno i od razu widzieli błąd w błędzie, nie pociągałoby to tak fatalnych skutków. Lecz bynajmniej tak nie jest. Oto np. dziennikarz z obowiązku kronikarza podaje to pojęcia, to poglądy heretyckie. On sam wie i rozumie, że są to głupstwa, sofizmaty, kłamstwa. Bardzo dobrze! Ale czy sądzisz, że wszyscy czytelnicy to rozumieją? Czyż nie znajdą się między nimi tacy, co wezmą za szczerą prawdę lub, co najmniej, za poglądy rozumne i możliwe? Sądzisz, że nie wywoła to chaosu w umysłach? By módz sprostować to, co sprostowania potrzebuje, trzeba już prawdę posiadać, czego właśnie wielu ludziom brak. Niebezpieczeństwo jest tem większe, że częstokroć dziennikarz, drukując nie proste zdania, lecz całkowite długie mowy, podaje nie tylko błędy, ale i sofizmaty, na których się te błędy opierają. Dodaj do tego zgorszenie, jeżeli autor używa pewnej powagi; powagą tą posługuje się wtedy błąd. Nie można więc zasłaniać się tem, że dziennikarz nie wygłasza własnych poglądów. Dowodzi to, co najwyżej, że uchyla się od odpowiedzialności, co mu jednak nie przeszkadza być propagatorem i rzecznikiem błędu, kanałem, przez który błąd się sączy. Koniec końcem, dziennikarz taki rozsławia błąd, czyli, jak to mówią, robi mu reklamę.

Wiadomo zresztą, że sam fakt głoszenia publicznie błędów cudzych, bez należytego sprostowania, równa się zdradzie. Toteż niektórzy puszczają się na ten proceder, jako na bardzo subtelny sposób propagandy niewiary; dlatego to właśnie słuszną jest rzeczą, że Kościół ten proceder potępia[4].

Maryusz. – Cóż więc ma robić dziennikarz katolicki? Milczeć? Czy też prowadzić spór?

Euzebiusz. – Twierdzę, że jeżeli nie potrafi zbić błędu i przedstawić go w całej należnej ohydzie, nie powinien głosić go w druku. Gdy nauczyciel nie potrafi nauczać bez szkody dla dusz dzieci, winien nauczania zaniechać. Gdy dziennikarz nie potrafi spełnić obowiązku kronikarza, nie wystawiając swych czytelników na niebezpieczeństwo zaszczepienia im jadu bezbożności i błędu, twierdzę też, że powinien sobie wybrać inny rodzaj zajęcia. Ten sam obowiązek leży, zdaniem mojem, i na tych, co, podając w sposób barwny i nęcący wykład błędnych doktryn lub zarzutów przeciwko wierze świętej, dodają do tego parę słów sprostowania lub odpowiedzi, lecz tak nieśmiało i niezręcznie, że osiąga to wręcz przeciwny skutek, bo tryumf błędu nad prawdą. Naśladują oni aż nazbyt dobrze tych kaznodziei, podobnych raczej do wilków, niż do pasterzy, których słowo potrafi malować błędy w sposób najbardziej uroczy i sekundować argumentom wrogów Kościoła pod pretekstem wyłuszczania ich zarzutów, – którzy jednak nie są zdolni ukazać prawdy w całej pełni jej blasku i rozwiązać równie wspaniale trudności, jakie poruszyli: stąd wynika, że słuchacze, co przybyli do kościoła po światło i umocnienie w wierze, opuszczają świątynię, mając w duszy mnóstwo nowych wątpliwości i ciężko zachwiani w prawdach, które dotychczas uważali za niewątpliwe. Jakiekolwiek będzie zachowanie tych dziennikarzy, kaznodziei i mówców, spełniają oni rzemiosło zdrajców. Bo istotnie! Chcecie bronić prawdy? Brońcie jej dobrze. Chcecie obalić błędy? Róbcie to, jak należy. Inaczej bowiem staniecie się, nawet bezwiednie, narzędziem zgorszenia. Nie koniec na tem. Wierze szkodzą nietylko artykuły dzienników, poświęcone głoszeniu błędnych teoryi i zdań w dziedzinie religii: szkodzą jej także pochwały lub nagany osób lub rzeczy, które nie powinnyby być ani chwalone ani ganione.

Maryusz. – Naprzykład?

Euzebiusz. – Naprzykład, prowadzi się z Kościołem walkę, często bardziej podstępną i bardziej groźną, niż napaści na doktrynę katolicką, walkę w formie zuchwałego sądzenia i krytykowania w pismach katolickich aktów władzy duchownej, a nawet osób, od których owe akty wychodzą.

Aleksander. – Jeżeli dziennik drwi sobie z ekskomuniki, otacza opieką ekskomunikowanych, jeżeli wypowiada posłuszeństwo rozkazom najwyższej zwierzchności w Kościele, jeśli urąga klerowi i zakonnikom, – to oczywiście nie zasługuje na miano dziennika katolickiego. Lecz, dzięki Bogu, jeżeli tego rodzaju postępowanie jest na porządku dziennym w prasie sekciarskiej, – nie zdarza się, by coś podobnego zarzucić było można dziennikowi katolickiemu. Chrystus Pan wyraźnie mówi: Qui vos audit, me audit[5]Si Ecclesiam non audierit, sit tibi sicut ethnicus et publicanus[6].

Euzebiusz. – Dałby Bóg, żeby tak było zawsze! Nie twierdzę, by dzienniki katolickie łatwo ulegały powyższym okropnym błędom. Faktem jest jednak, że nie wszystkie i nie zawsze okazywały władzy duchownej, Najwyższemu Pasterzowi, Świętym Kongregacyom, Biskupom i wogóle klerowi i zakonom ten szacunek, jaki im się należy. Dziś ludzi rozjada [sic] chęć sądzenia wszystkiego i wszystkich. Nic też dziwnego, że w stosunku do Kościoła, do Najwyższego Pasterza i kleru ulegają tej samej manii krytyki mniej lub więcej jawnej, posługując się i tutaj tymi samymi sposobami i tym samym językiem. Potrzeba jednakże, by dziennikarz katolicki wystrzegał się pilnie pokus podobnych i nie naśladował mowy świata i wrogów religii. Niech się wystrzega podawać zbyt pospiesznie tendencyjnych wiadomości, które usiłują przedstawić w złem świetle władzę duchowną, wmawiając w ogół czytający, że wśród dygnitarzy Kościoła są niezgody, niema zaś prawości i roztropności w postępowaniu. Niech pilnie unika wszystkiego, co może dać mu pozór, jakoby pragnął wytworzyć opinię, szerzyć prądy ideowe, lub zaprowadzić stan rzeczy, przez które wolność władzy kościelnej na szwank byłaby wystawiona. Gdy władza ta ogłosi jaki dekret, wyda jakie dyspozycye, – niech dziennikarz katolicki nie wyraża się o nich w ten sposób, by czytelnicy odnieśli wrażenie ujemne, jakoby owe dekreta były nieroztropne, przesadne i t.p. Przypomnijmy sobie w dodatku, że Kościół Boży – to nie parlament, że prawa i zarządzenia Kościoła nie powinny się stosować do obyczajów parlamentarnych i że byłoby niegodnem traktować akty Stolicy Świętej tak, jak się traktuje formułę prawa, uchwaloną przez którykolwiek z parlamentów.

Aleksander. – Ależ pomiędzy samymi kapłanami dzieją się często rzeczy wprost opłakane. Niepodobna, żeby wśród nich nawet nie wynikały zgorszenia. Dzienniki sekciarskie tryumfują z tego, ubierając się w togi rycerzy sprawiedliwości. Dla dzienników katolickich jest to materya niebezpieczna: nie wszystko i niezawsze uniewinnić można.

Euzebiusz. – To prawda. Kwestye tego rodzaju są niebezpieczne dla dziennikarza katolickiego: lecz czyż sama roztropność nie wskazuje, co robić wypada? Przedewszystkiem nie należy zbyt pochopnie dawać wiary wiadomościom, które rozsiewają bezbożni, i dobrze jest ostrzegać przed niemi ogół. Wiedzmy o tem, że bezbożnicy uważają sobie za obowiązek kłamać i szkalować. Doświadczenie uczy nas zresztą, że po największej części fakty, podawane przez nich, jeśli nie są całkowicie zmyślone, to przynajmniej mocno przesadzone. W każdym razie, jeśli nawet fakty tego rodzaju nie dadzą się ani zaprzeczyć ani usprawiedliwić, można zawstydzić bezbożników, którzy robią sobie igraszkę z tego błota, i wykazać, jak bardzo niesłuszne wyciągają wnioski. Stwierdzam to z przyjemnością: w ostatniej walce, jaką sekciarze wydali Kościołowi tu, we Włoszech, pod pretekstem skandalów wśród kleru, dziennikarstwo katolickie stanęło na wysokości zadania. Gazety katolickie energicznie i wytrwale broniły kleru i odpierały bezwstydne oszczerstwa, miotane przez sekciarzy. Dziś kończę na tem. Jutro razem zbadamy, jak dziennikarz katolicki winien się zachować względem pisarzów złej woli, oraz instytucyi i faktów, które oni wychwalają.

(C.d.n.)

[1] Konstytucya Dei Filius.

[2] Suarez, De Fide, disp. 19, sect. 2, n. 20.

[3] Czyściec, pieśń 26, w. 212.

[4] Patrz Konst. Benedykta XIV (nowy indeks, zatwierdzony przez Leona XIII. str. 30, § 21).
Episkopat lombardzki w niedawnym liście zbiorowym uskarża się także na ten opłakany zwyczaj, uprawiany nawet przez niektóre dzienniki katolickie: „Musimy zaznaczyć pewną smutną okoliczność. Jeżeli dawniej dobre dusze, by módz zdrowo sądzić o wielu produkcjach niebezpiecznych, znajdowały obronę i kierunek w codziennej prasie katolickiej, to dziś, przeciwnie, między przedstawicielami tej prasy nie brak ludzi, co wyobrażają sobie, że czynią dobrze, głosząc w druku nowe pojęcia i publikując nowe prace, nie zaopatrzywszy ich w odpowiednią krytykę, nawet wówczas, gdy istnieją dostateczne racye, by je napiętnować lub, co najmniej, by przed niemi ostrzedz czytelnika. Nie chcemy sądzić intencyi tych pisarzy. Mogą one być dobre. Nie odmawiamy im pochwały za dobro, które czynią przez przeważną część swych dzieł. Zdarza się jednak, że wiele osób, które się przyzwyczaiły, i nie bez racyi, polegać na prasie katolickiej i brać ją za przewodnika swych sądów, że wiele osób ma przez to uśpioną czujność tam, gdzie niebezpieczeństwo im grozi, a nawet że osoby te biorą za dobro to, co nie jest do zalecenia, lub co jest zgoła złe.”

[5] Łuk., X, 16.

[6] Mat., XVIII, 17.

Przepisała A.Z.P. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok IV (1911), nr 11, ss. 107-109 oraz nr 13, ss. 127-128. Rozmowa trzecia, czwarta, piąta, szósta, siódma, ósma, dziewiąta (odnośniki zostaną dodane wraz z ich pojawianiem się na naszej stronie).

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s