Mauriac i idioci (artykuł z „Il Tempo di Roma” z 1969 r.)

Dotkliwie odczuwa się dziś brak ludzi z charakterem, integralnie i odważnie wyznających swoją wiarę, z właściwym nastawieniem podchodzących do wszelkich zamachów na wiarę, prawdę, sprawiedliwość. Ludzie przyzwyczajają się do herezji, a nawet niegodziwości, patrzą na nią i nie reagują, jakby byli chorzy. Ta nowoczesna choroba to ugodowość, połowiczność, miękkość, mierność i jest ona nader powszechna. A najgorzej gdy brakowi charakteru towarzyszą kulawe podstawy doktrynalne.

Dawniejsi ultramontanie i nieustępliwi narzekali na brak charakterów, a w ogóle na brak ludzi. Z czasem sytuacja tylko uległa pogorszeniu. Naturalnie. Jakże miałoby być inaczej? Sto lat temu „Myśl Katolicka” miała współpracowników różnych, ale walecznych polemistów tylko kilku. W innych krajach też było ich niewielu. A skąd się dziś mają oni brać, skoro wszyscy przychodzą na świat i są wychowywani w tej atmosferze choroby religijnej i moralnej (i wcale nie chodzi tu tylko o czystość)?

Również w pierwszych latach soborowej rewolucji ich brakowało. Ale kilku jeszcze było. Jednym z nich był ks. prał. Dominik Celada, którego artykuł z „Il tempo di Roma” („Czas rzymski”) z 20 lutego 1969 roku niżej przedstawiamy. O tym wybitnym liturgiście wspominaliśmy już na łamach „Myśli Katolickiej” kilkakrotnie. Walecznie i bez ogródek atakował modernistów w pierwszych latach soborowej rewolucji. Niestety przedwczesna śmierć zakończyła jego ziemskie bojowanie i katolickiemu oporowi przeciwko „nowej mszy” odebrała jednego z najgorliwszych rycerzy (i nie tylko jego, ilu bowiem umarło ze zgryzoty w tych czasach!). Kto wie, czy nie stanąłby u boku ks. Saenz y Arriaga, o. Guérard des Lauriers, o. Barbary, ks. Coache i innych pionierów, którzy już nie tylko pismem, ale i czynem bronili wiary.

Ciemnogrodzianin znad Wisły

Mauriac i idioci

Pamiętam, jak napisałem, w numerze z kwietnia-czerwca 1966 pewnego pisma muzycznego, notkę o liturgii po Soborze Watykańskim II.

Były to miesiące, w których kształtów nabierał, w całym swym tragicznym rozmachu, burzycielski plan pewnych „liturgistów”, którzy nawet zaproponowali te tak zwane „msze dla dzieci” (przy akompaniamencie zespołów z sal tanecznych), które przedstawiają – pomijając w ogóle jakikolwiek wzgląd o charakterze religijnym – tryumf ignorancji i głupoty.

Pisałem wówczas: „Święta liturgia przechodzi okres wielkiego kryzysu, pewnie najbardziej bolesnego w swej historii. Nigdy nie widać było takiego upadku i zamieszania: naprawdę osiągnięto dno…”

W takich to okolicznościach dotarły do mnie wyrazy poparcia i pochwały, mogę to powiedzieć, z każdej części świata katolickiego: były to listy zwykłych wiernych, wielu kapłanów i proboszczów, a także biskupów i kardynałów.

Niemniej jednak, by być szczerym, muszę przyznać, że dotarła do mnie również mocna „nagana” ze strony tego urzędu kościelnego odpowiedzialnego za tak zwaną reformę liturgiczną, urzędu znanego pod nazwą „Consilium”, co do którego istnieje już bardzo rozległa literatura wcale nie pochlebna.

Autor „nagany” (przygotowanej na papierze z oficjalnym nagłówkiem, z pieczęcią i numerem protokołu) rozpoczyna od tego, że jest bardzo zgorszony moją diagnozą „kryzysu” liturgii i odpowiadał, że jest odwrotnie, „liturgia przechodzi dziś jeden z okresów najbardziej kwitnących i najlepiej się zapowiadających”; po czym orzekał, że moje uwagi charakteryzowały się „oczywistym kłamstwem”, oraz że cały mój artykuł stanowił „obraźliwą insynuację” i „ocenę subiektywną i błędną”.

Była ona, ponadto, „prozą niepokojącą, bezczelną, obraźliwą i zuchwałą”.

Podniosłem się z wysiłkiem, choć bez obrażeń, z tego osuwiska przymiotników, pogrupowanych w czwórki, pod którym mogłem utknąć i się udusić.

Od tamtej pory nie minęły nawet trzy lata.

Jakieś dwadzieścia dni temu otwieram „l’Osservatore Romano” i znajduję tam artykuł zajmujący siedem kolumn (cała strona dziennika Stolicy Apostolskiej), zatytułowany „Historia Kościoła i kryzys Kościoła”.

W nim wybitny historiograf Hubert Jedin pisze dosłownie: „To przede wszystkim, widoczny dla wszystkich, kryzys liturgii. Nie chciałbym mówić o chaosie.

Ale gdy dziś, w niedzielę rano, przejdzie się człowiek po kościołach parafialnych jakiegoś miasta, w każdym znajdzie kult liturgiczny «zorganizowany» na inny sposób; natknie się na pominięcia; usłyszy czasami czytania inne od tych, które są obecnie przewidziane przez porządek tekstów; a jeśli znajdzie się w innym kraju, którego nie zna języka, czuje się kompletnie obco…”

Wydaje mi się, że ważne jest zwrócić uwagę na to, że Hubert Jedin w swej klarownej diagnozie obecnej sytuacji Kościoła mówi „przede wszystkim” – nawet przez kryzysem wiary – właśnie o kryzysie liturgicznym, już „widocznym dla wszystkich”.

Wziąwszy pod uwagę autorytet autora i dziennika watykańskiego, który nigdy nie gości żadnego artykułu bez uprzedniego bardzo rygorystycznego sprawdzenia, należy wywnioskować, że dziś kryzys liturgii jest niepodważalnym faktem, oraz że słuszne jest mówienie i pisanie o tym bez obawy otrzymania pisma pełnego mało przyjemnych przymiotników.

Z drugiej strony, w te trzy lata wydarzyło się wiele rzeczy: Kongregacja Rytów została zmuszona do interwencji przeciwko wielu arbitralnym eksperymentom w „deklaracji” z 29 grudnia 1966 roku (która pozostała, jednakże, martwą literą), a sam Papież, w słynnej alokucji z 19 kwietnia 1967 roku wyraził swój ból i zakłopotanie z powodu tego, co dzieje się w dziedzinie liturgii, podkreślając „zamieszanie wśród dobrych wiernych” oraz potępiając pewną mentalność rozciągającą się aż po „zburzenie autentycznego kultu katolickiego”, co pociąga za sobą również „osłabienie doktryny i dyscypliny”.

Ciekawe jest przede wszystkim porównanie, którego dokonuje wspomniany uczony między kryzysem, który przeszedł Kościół w XVI wieku a tym z czasów obecnych.

Jak Kościół pokonał taki kryzys?

Odpowiada Jedin: „Nie porzucając swego autorytetu, nie akceptując wieloznacznych sformułowań kompromisu, nie przyjmując chaosu liturgicznego stworzonego przez arbitralne innowacje w kulcie liturgicznym”.

To najprawdziwsza prawda.

Jeśli dekrety trydenckie przywróciły [ristabilirono] pewność wiary, mszał i brewiarz św. Piusa V ujednoliciły jeszcze bardziej liturgię.

Nie należy owszem zapomnieć, że „lex orandi”, według starożytnego powiedzenia, jest również „lex credendi”: prawem wiary. (Jest więc logiczne, że dzisiejszej „licentia orandi” odpowiada pewna „licentia credendi”.)

Pisze dalej Hubert Jedin: „Obawiam się, że wkrótce w niektórych miejscach nie będzie już w ogóle mszału łacińskiego…

A jednak – przypomina ów uczony – sama Konstytucja liturgiczna (art. 36) zachowuje jako regułę, w ten sam sposób, jak wcześniej, liturgię łacińską

Czyż nie będzie nonsensem, by Kościół katolicki w naszych czasach, czasach zjednoczenia świata, kompletnie porzucił tak drogą więź jedności, jaką jest łaciński język liturgiczny?

Czyż nie będzie to bardzo opóźnionym przechyłem ku nacjonalizmowi uważanemu już za miniony?…”

Przytoczone pytania są czysto retoryczne, bowiem niezrozumiałe zrzeczenie się [łaciny] praktycznie już się dokonało „in fraudem legis”: wbrew obowiązywalności prawa soborowego, które wyraźnie nakazuje zachowanie używania łaciny oraz przeciwko prawu wiernych katolickich do korzystania z dobra wspólnego.

Otóż, po rozbiciu jedności języka i zniszczeniu tożsamości obrzędów chaos rozciągnął się z materii liturgicznej na doktrynalną.

Już w kwietniu 1967 roku Paweł VI zaczynał opłakiwać „coś bardzo dziwnego i bolesnego” oraz właśnie „zmianę znaczenia wiary jedynej i prawdziwej”.

Było to konsekwencją – zgodnie z doskonałą i nieubłaganą logiką – majstrowania przy okazałej budowli Liturgii, to jest przetłumaczenia, okaleczenia i zastąpienia tekstów i sformułowań, które przedstawiały „summę” pobożności i doktryny.

Dziś rozumiemy lepiej niż kiedykolwiek prawdę zawartą w nauczaniu Piusa XII w encyklice Mediator Dei: „Posługiwanie się językiem łacińskim jest wyraźnym i szlachetnym znakiem jedności, oraz skutecznym lekarstwem przeciw wszelkim skażeniom czystej nauki”.

Kryzys liturgii jest już „widoczny dla wszystkich”.

Wiele podstępów zostało odkrytych.

Mimo to, innowatorzy dalej pracują, z niepokojem właściwym tym, którzy nie są pewni siebie, majstrując, wstrząsając i burząc tę małą część, która została. (Niedawno doszło do spotkania liturgistów, którzy dyskutowali nad „nowymi modlitwami eucharystycznymi” i nad nowym „ordo Missae”…).

A propos tych zawziętych reformatorów, którzy rujnują liturgię, słynny powieściopisarz katolicki, Franciszek Mauriac, napisał, nie tak dawno temu: „Zadaję sobie pytanie, przejęty nieoczekiwaną paniką: co, jeśli ci wszyscy wybitni innowatorzy są tylko stadem potwornych imbecyli? Wówczas nie będzie już ratunku: bowiem jeśli okazało się, że głusi odzyskują słuch, że ślepi natychmiast widzą, a w końcu zdarzyło się, że i zmarli zmartwychwstają; to nie ma żadnego dowodu, żadnego dokumentu, o idiocie, który przestał być idiotą”.

Wydaje mi się, że członek Akademii Francuskiej jest troszkę zbyt pesymistyczny. Wydaje się, że zapomniał iż każdy idiota, nawet jeśli nie możne przestać być idiotą, może po prostu być odsunięty tak, aby nie szkodził.

Dominik Celada

[Dodatek: krótka notka biograficzna autorstwa Karola Belliego, jednego z pierwszych świeckich obrońców Mszy, którego wspomnieliśmy tutaj – przyp. tłum.]

Ksiądz prałat Dominik Celada, bezpośrednio po Soborze był jedną z tych „prawdziwych latarni, które oświetlały to, co się działo w Kościele: szczególnie przenikliwe wywody poparte wyjątkową mądrością teologiczną.

Pisma te, które można by opublikować na nowo jako cenny wkład w prawdę historyczną, nawet dziś jak najbardziej żywe po tylu latach, pojawiły się w dzienniku „Il Tempo”, wówczas prowadzonym przez Renato Angiolillo, który je odważnie opublikował, narażając się na nienawiść Kurii, która wybuchnęła, odbierając wszystkie obowiązki kapłanowi pisarzowi (nauczał muzyki i historii chorału gregoriańskiego na Uniwersytecie Laterańskim), sprowadzając go do najnędzniejszegoubóstwa, a miał rodziców na utrzymaniu.

Musiał przenieść się z matką do małego domku w Ostii.

Po nieco ponad roku rozchorował się i zmarł młodo, otoczony żałobą wszystkich tych, którzy go znali i, w ostatnich czasach, mu pomagali”.

(Carlo Belli, Ołtarz opuszczony – Krótka historia wielkiej ruiny, wyd. Giovanni Volpe Editore, Rzym, 1983).

Tłumaczył z języka włoskiego ex-Pelagiusz. Źródło: traditiocatholica.blogspot.com. W źródle dodany jest przypis zawierający deklarację Świętej Kongregacji Rytów z 29 XII 1966 r., ale z perspektywy czasu wiadomo, że te wszystkie „korekty” nie miały istotnego znaczenia, bowiem soborowa rewolucja musiała dalej iść do przodu z woli Montiniego, a potem jego następców.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s