Kazanie ks. Zygmunta Goliana na Boże Narodzenie

Poniższe kazanie ks. Goliana to głęboka analiza natury człowieka w zetknięciu z boską naturą Zbawiciela. W pierwszym stopniu jest mowa o człowieku i jego stanie duchowym, w którym oczekuje z wielką bojaźnią przyjścia Chrystusa mającego przyjąć naturę ludzką, zatrutą i spodloną grzechem, aby ją z tej niewoli wyzwolić.

Drugi stopień pięknym językiem przedstawia jak ten proces przebiegał bez uszczerbku najwyższej godności Syna Bożego, który rzeczy zwyczajne – przez nadzwyczajne podnosił a nadzwyczajne – zwyczajnymi łagodził. Tutaj Autor używa obrazów z życia Pana Jezusa zaczerpniętych z Pisma Świętego.

Na trzecim stopniu zostaje odkryty przed nami niezawodny sposób jak najściślejszego zjednoczenia się z Bogiem, którego także i Bóg użył, aby zjednoczyć się z nami. Co będzie jeśli nie zastosujemy tego właśnie sposobu w naszym życiu? Kaznodzieja wyraźnie określa.

Na każdym z trzech stopni stawiane są przykłady postaw ludzkich, w których czytający może znajdzie coś o sobie, co zmusi go do głębokiego zastanowienia nad własnym życiem i swoim patrzeniem na bliźniego oraz na Zbawiciela, w czasach tak płytkiego przeżywania faktycznego przyjścia Boga na świat. Jak ja odpowiadam na tę prawdę: Emanuel – Bóg z nami!

Czy rzeczywiście ze wszystkimi?

MAT

KAZANIE VII.

O trzech stopniach, po których ku nam zstąpił Syn
Boży, stawszy się człowiekiem.

(Na Boże Narodzenie).

„A ten wam daję znak: Znajdziecie
niemowlątko uwinione w pieluszki
i położone w żłobie.”
Ś. Łuk. II. 12.

Otóż i przyszedł Ten, który był oczekiwaniem dusz naszych. Wypuścił Pan, wysłał już ku nam Baranka, władcę ziemi. Bóg stał się człowiekiem, wziął ciało w łonie przeczystej Dziewicy; Dzieciątko nam się narodziło, a maluczki nam jest dany. Oto Dziewica poczęła i porodziła Syna, a imię Jego Emanuel, to jest Bóg z nami. Oto Bóg, którego Niebiosa i ziemia ogarnąć nie mogą, zamknięty w ciałeczku drobnego niemowlęcia, objęty w pieluszki i ogarnion żłobem. Co czynisz Panie mój? Anioły u najświętszych stóp Twoich korzą swe czoła, wyznają nicość swoją, a Ty Bóg po trzykroć Święty stajesz się człowiekiem, zstępujesz poniżej aniołów? Świat cały i jego losy w Twojej wszechwładnej spoczywają prawicy, wszystko co się stało, skinieniem Twej woli się stało, a Ty bierzesz na się kształt niemowlątka i bezwładne rączęta pozwolisz krępować w pieluszki. Tron Twój otoczony przedwiecznym niestworzonym blaskiem, a Ty zstępujesz z niego, idziesz jak cichy Baranek, aby się ukłaść w ten tak ciasny żłóbek, cóż Cię tu wiedzie o Królu? tu, gdzie o Tobie najmniej pamiętają, gdzie imię Twoje najmniej pochwalone, gdzie Twoja chwała zelżona najciężej?

On idzie ku nam i dla nas, a po cóż? Czyż nie widzi, jakośmy od Niego daleko, czy nie czuje, jako się boimy Jego widoku? Ach! widzi i czuje to wszystko, dlatego też idzie w postaci dziecięcia, by nas ośmielił, pociągnął ku sobie; zstępuje, by nas podniósł, ale nie upada, by się razem układł z nami na tych nizinach grzechu. Natura nasza poniżona grzechem, znikczemniona, zesromocona, więc ją bierze Bóg na siebie, by ją oczyścił, uszlachetnił, wzniósł na chwały dawny stopień, ubóstwił niejako, a nie dosyć jeszcze na tem, że zstąpił niżej aniołów, bo najczystszy i najniewinniejszy, stał się podobien grzesznikom. Jakto? Ot tak? że naturę naszą przyjął z wszystkiemi nędzami, z całą słabością, z cierpieniami, z niewolą, śmiercią, tym nieprawym płodem grzechu; przyjął na siebie wszystko, co poszło z grzechu prócz niewiadomości i skłonności do grzechu, by sam grzech zniweczyć; otoczył się śmiercią, by z śmiercią bój stoczył. On wieczne źródło życia, stoczył z śmiercią walny pojedynek, przywdział boleści i nędze, by zastarzałą boleść człowieka uleczył, a z pod jarzma rozwielmożnionej nędzy uwolnił. Niżej aniołów, a zrównan grzesznikom, czy koniec na tem? Ale patrzcie, gdzież jest? gdzie położon Bóg wcielony? W stajni, pośród bydląt na garści siana, tymczasem, jak wielu grzeszników wśród wygody, zbytków i blasku na ten świat przychodzą. Więc nie koniec, że zrównan grzesznikom. On pomiatanie i wzgarda grzeszników, najsmutniejszem otacza się ubóstwem, by to ubóstwo uświęcić, a tym sposobem, by tylu biednym, odepchniętym od świata, wzgardzonym, powiedzieć: Błogosławieni jesteście, albowiem wasze jest Królestwo Boże.

Patrzcie o bracia, oto są stopnie, po których ku nam i dla nas Bóg-człowiek z nieba zstępuje, wziął naturę naszą, aby ją ubóstwił; wziął cierpienia, śmierć i niewolę, by je zdruzgotał i w rozkosze błogosławionych, życie i wolność przemienił; wziął ubóstwo nasze, aby je osłodził, aby pokazał jakim jest skarbem, jakiego dziedzictwa ceną. Po takich znakach, któżby nie poznał Zbawiciela świata, o którego prosili bolesnym a przeciągłym głosem Proroki, którego wołały wymowniej nad wszelkie słowa nędze i rany ludzkości. Ach! to On, to Stwórca nasz, Pan Bóg nasz. Dziecinko święta! poznajemy Cię duchem, stajemy i otaczamy Cię wielce rozradowani, Królewiczu nasz! Przychodzimy z wielką wiarą i nadzieją, byś poniżonych grzechem, udręczonych cierpieniem, zmordowanych ubóstwem, podniósł, pocieszył, poświęcił. O! jakośmy tu bezpieczni, widząc Cię Boże pomiędzy sobą w tem drobnym ciałeczku, a w źrenicach Twoich lśnią łzy jak perełki, a na ustach Twoich żałosne kwilenie – wszak to dla nas i za nas, bo Ty łez nie potrzebujesz. Słuchamy już, mów do serc naszych, słuchamy, gotowi spełnić, co każesz; a Ciebie o Przeczysta Panno i Matko wielce prosimy, i nachyl się ku Boskiemu Dziecięciu Twemu, mów z Niem o potrzebach naszych, Królowo nasza, proś Go za nami, a przyjm pozdrowienie nasze:

Zdrowaś Maryo!

I.

Kiedy z ludzkiego czoła spadła królewska korona, kiedy on dawniej pan natury, runąwszy skutkiem grzechu z majestatycznej swojej wysokości na ów najniższy stopień, po którym pełzała u nóg jego reszta stworzenia, począł się rumienić swej nędzy wobec natury, której przedtem rozkazywał, natychmiast uczuł, że pomiędzy nim a Bogiem stanęła nieprzebyta przepaść, a przestrach nieznany dotąd powiódł go w gęste i ciemne zarośle. Skrył się, przed kim? dlaczego? Skrył się przed Bogiem, z którym dotąd twarzą w twarz rozmawiał, skrył się dlatego, że już nie było tej harmonii świętej, która Nieskończonego z skończonym, Niestworzonego z stworzonym łączyła dlatego, że czuł, iż pomiędzy nim a Bogiem wszystko już było zerwane, wszystko skończone; czuł się nędznym tylko pyłem, odartym z tej świętości, która go do Boga zbliżała, która stanowiła jego stosunek z Bogiem; czuł się czemś gorszem od reszty stworzenia, od ziemi, po której stąpał, bo sam jeden w naturze swojej nad wszystko ubogacony, sam jeden dobrowolnie odarł się z tych skarbów. Z jednej strony blask Majestatu Bożego, którego osłabione oczy duszy już znosić nie mogły, z drugiej surowość sprawiedliwości Bożej miotały nim naprzemian. Drżał i uciekał; uciekłby był, gdyby było można pod ziemię, schowałby się na dno morskie, skryłby się do piekła, byle tylko nie widzieć i nie słyszeć tego, którego samo wspomnienie śmiertelnym strachem przejmowało. Bóg przeklął człowieka, ale miłosierny zaraz, obietnicą przyszłego Zbawiciela dał mu uczuć, że jakkolwiek sam grzechem swoim zgubił się zupełnie, On przecie niezupełnie i nie na zawsze z nim zrywał. W duszy jednak człowieka pozostał ów przestrach, ów wstręt rzeczy Boskich i odpychał go od Boga i zgrozą przejmował wobec wszystkiego, co było wprost z Boga. Przestrach ów i zgroza, widne w krwawych i ponurych ofiarach, spada smutnem dziedzictwem na rozplemioną ludzkość. Kaim bratobójca ucieka przed głosem Pana (Genes. IV), lud żydowski na puszczy unika wszelkiego zbliżenia z bojaźni, aby nie umarł (Exod. XX). Rodzice Samsona wołają: Umrzemy śmiercią, bośmy widzieli Boga (Judic. XIII). Jakób po cudownym widzeniu krzyczy przerażony: Jakże to miejsce jest okropnem, prawdziwie tu jest dom Boga! Biada mi, mówi Prorok Izaijasz, albowiem widziałem Pana Zastępów! (Izai. VI). Owóż macie naturę człowieka wobec Boga, naturę zatrutą i spodloną grzechem.

Rozdział nieskończony pomiędzy skażonym a Przenajświętszym, gniew Przenajświętszego przeciw skażonemu, były więc dwiema głównemi przyczynami tego smutnego zjawiska. Sam widok Boga ciskał o ziemię olśnioną Majestatem Jego naturę człowieka, a gdy Pan zagrzmiał swym gniewem, wówczas struchlała i na pół umarła błagała aby zamilknął, lub oniemiała już zimnem śmierci ściśnięta.

Tak było 4.000 lat, a gdy się spełniły czasy, Pan się nachylił ku ziemi i wypełnił co przyobiecał, a jak niegdyś tchnienie swoje otoczył naturą stworzenia bezdusznego i stworzył człowieka, aby świat cały przez człowieka wypowiedział: Bóg! i Bogu cześć oddał, tak potem Słowo swoje, jednorodzonego Syna, równego sobie i z sobą jednego Boga, przyodział na poły duchową naturą człowieka, aby to słowo zamarłe na ustach człowieka, zamarłe skutkiem grzechu w ludzkości i w świecie, zmartwychpowstawszy, tem głośniej, tem wdzięczniej zabrzmiało, by na wysokości była chwała Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.

Tak jest, On przyjął naturę człowieka, by człowiekowi był pokój na ziemi, bo człowiek, jak widzieliście, aż do chwili Jego przyjścia nie miał pokoju na ziemi. On widział Boga w Jego Majestacie, widział Go wielkim, straszliwym, więc uciekał od oblicza Jego, a nigdy uciec nie zdołał; ale odkąd po stopniu ludzkiej natury zstąpił ku nam Bóg wcielony, zniknął postrach, a pokój otoczył człowieka; odkąd zstąpiło na rodzaj ludzki miłosiedzie Boga, rodzaj ludzki podniósł ku Niebu swe dłonie i Boga swym Ojcem nazywać począł.

Tak jest – pokój ludziom na ziemi, bo ową przepaść, którą sam człowiek cisnął pomiędzy sobą a Bogiem, Bóg sam zapełnił, bo człowiek już nie jest prochem odartym ze wszystkiego, co Boże, ale owszem skarbnicą pełną cudów Bożych, bo sam Bóg stał się człowiekiem dlatego, aby człowieka podniósł i Bogiem niejako uczynił – bo Bóg z człowiekiem zawiera przymierze, a na zakład swej wierności, sam mu się oddaje; co większa sam się człowiekiem staje! Pokój ludziom na ziemi, bo już Pan nie przemawia głosem co zabija, ale tkliwem, dźwięcznem, niemowlęcem kwileniem – pokój ludziom na ziemi, bo się im Bóg nie w straszliwym Majestacie, nie w ogniach i błyskawicach, ale w drobniuchnem ukazał ciałeczku, ukrył przerażający swój Majestat pod postacią ludzką, pod kształtem małej dziecinki. Oto Niewiasta porodziła Syna, a imię Jego: Bóg z nami!

Ale pokój ludziom dobrej woli, ludziom wiary i miłości, dlatego, jeśliś mój bracie niewierzącym, lub niemiłującym, nie przecz nam pokoju; pokój jest, tylko nie dla ciebie, – ach! przebacz i dla ciebie jest, tylko wierz i kochaj. O jak ty możesz nie wierzyć, jak możesz przekładać ciężki i nieznośny twój stan, nad lekki i pełen słodyczy tylu braci żyjących jak mówi Pismo św. z wiary; jak możesz nie wierzyć w to, co jest ku pokojowi skołatanej i zranionej duszy twojej, ściganej ciągle surowością sądów Bożych, i jak możesz nie miłować Tego, który dla ciebie opuścił niebiosa, który chce być dla ciebie nie sędzią, nie panem, ale Ojcem, bratem, przyjacielem, oblubieńcem! – Jak możesz się nie rozkochać w tym słodkim, kochającym Jezusie! Takżeś twardy i nieludzki, że cię najwyższa miłość rozbroić nie może?! O najmilszy Jezusie, porwij serca takich braci moich, odbierz je złemu światu, przemień ich naturę, układź się w ich duszach natchnieniem swej łaski, układź się potem skarbem samej łaski, układź się wreszcie pod postacią odrobiny chleba, i będzie pokój ich duszom, – zstąp ku nim, jakoś zstąpił ku rodzajowi ludzkiemu, a jeźli cierpią, wciel w siebie słabości i cierpienia ich i według tego postępuj z nimi, jakoś raczył wcielić w siebie wszystkie słabości ludzkie, by je przemienić na moc i słodycz zbawienia, jako śpiewa Twój Psalmista.

II.

Tak jest, On z naturą naszą wcielił w siebie wszystkie słabości i cierpienia ludzkie, i zamienił je na słodycz zbawienia. Już dzieciną, cierpiał za nas. Stary Tertulian powiada, że pieluszki, w które Go uwinęła przeczysta Jego Matka, były już początkiem grobu. I prawda – pieluszki niemowlęcia są jakoby spowiciem umarłego, a kolebka dziwne ma podobieństwo do trumny. Pan nieba i ziemi uwinięty w pieluszki, jest jakoby uwinięty w śmiertelność i we wszystkie cierpienia krępujące i dolegające sercu ludzkiemu, i nie ubliżył tem najwyższej swojej godności, jak to przeciw wierze naszej mówią ludzie niedobrej woli; owszem jak pięknie powiada Augustyn św.: Czyniąc to wszystko cudownie, podniósł temsamem wszystko, co uczynił miłosiernie, zwyczajne rzeczy przez nadzwyczajne podnosił, nadzwyczajne zwyczajnemi łagodził. Rodzi się, ale się rodzi z Przeczystej Panny, bierze ziemski pokarm, ale się bez niego snadno obejść może, bo pokarmem Jego wola Niebieskiego Ojca; śpi, ale wpośród snu rozkazuje burzom, by szanowały łódki niosącej Pana nieba i ziemi; cierpi, ale anioły spływają ku Niemu i usługują jako Twórcy ich wiecznego szczęścia – umiera, ale cała natura przyobleczona w żałobę, jęczy u nóg zamordowanego Stwórcy. Tak wszystko cudownie urządzone, że gdzie się zdaje być tylko człowiekiem, tam dowodzi, że jest Bogiem, a gdzie odsłania swe Bóstwo, tam wykazuje, że jest człowiekiem.

Wielki jeden i święty Papież, zachwycony tem cudownem połączeniem i całkowitego Bóstwa i wszystkich słabości, oraz cierpień ludzkich, z wysokości stolicy Piotrowej wzywa wszystkich wiernych do uwielbiania tej cudownej, tajemniczej zmieszki:

Oto jest Ten, mówi on, który jest razem Bogiem i człowiekiem, mocą i słabością, malutkim i majestatycznym, Ten, który leżąc uwinięty w żłobie, zasiada w Niebie na przedwiecznej chwały tronie. Niemowlęciem jest, a Magowie cześć Mu dają; rodzi się między bydlętami, a aniołowie głoszą Jego narodziny; w stajence, lichej złożony, a Niebo wiedzie ku Niemu przez niezwykłą gwiazdę; sprzedany, okupuje cały rodzaj ludzki; na haniebny krzyż przybity, rozdaje wiecznej chwały wieńce; umierający, zwycięża śmierć; okryty ranami, zranionych nieomylny lekarz; złożony w grobie, a z grobu wywołujący do życia; rodzi się, by umarł, a umiera, by siebie i wszystkich na wieczny żywot ze zmarłych wzbudził; zstępuje do piekieł, a w tejsamej chwili na łonie Ojca przebywa.

A dlaczego tak, pytam was najmilsi? Dlaczego Pan nieba i ziemi z płaczem na świat przychodzi? On, bez grzechu, dlaczego z wszystkiemi cierpieniami przynależnemi grzechowi, że zaledwie wchodzi na ten świat człowiekiem, a już drogę krzyża zaczyna. Apostoł św. odpowiada: „we wszystkiem stał się nam podobnym, aby nam był miłosiernym.” Płakał za nas wszystkich i z nami, w źrenicach swoich sprawił obfite źródło łez, a z jaką kto łzą przychodzi, taką On z nim współpłacze, taką mu odpowiada, tylko, że łzy Jego święte i przesłodkie, piołunną gorycz naszych łez łagodzą. Jeżeli sercem twojem boleść jaka miota, a ty cierpisz, cierpisz tembardziej, że dokoła nikt z tobą twej boleści, że świat twym jękom, szalonym śmiechem wtóruje; oczyść twe serce, pójdź do dzieciny Jezusa, poskarż Mu się z twej boleści, a On ci odpowie takiem Boskiem współczuciem, a z czystej jak niebo Jego źrenicy, w głąb duszy twojej taka przesłodka potoczy się łza, że chętnie powtórzyszy z Magdaleną de Pazis: tak cierpieć, a nie umierać! Jeźli cię wszystko zawiedzie, wszystko opuści, a świat ten cały stanie się w oczach twoich jednym wielkim grobem, a serce twoje umordowane bezprzestannym smutkiem, stargane cierpieniem, niedostatkiem, wzgardą, skamienieje w końcu wpośród tych ciągłych udręczeń, oczyść to serce, zbliż się do Jezusa, niech go dotknie drobniuchną swą dłonią, tą dłonią na wskroś niedługo przeszytą, a zaraz uczujesz tam niebo, a udręczenia twoje chociażby najsroższe dziwnie słodkiemi się staną, bo nic słodszego, jak boleć z półbolejącym i pocieszającym Bogiem. Chorzy, biedni, odarci na duszy, pójdźcie do Jezusa, oto drży od zimna, bo przyszedł okrywać, rozgrzewać, goić, przyszedł pocieszać, przyszedł zamieniać w słodycze wszystkie gorzkości, wszystkie nędze wasze; co tylko który z was o najdrożsi bracia czuje na sercu, niechaj z tem biegnie do żłobu, niechaj się korzy, a jękiem skruchy niech błaga – a Ten, który jak mówi Apostoł, sam ucierpiał i kuszon był, w cierpieniach i pokusach ratować go będzie. Ktokolwiek jesteś, na jakimkolwiek stopniu postawił Cię Bóg; – dosyć, że cierpisz, to cię zaleca cierpiącemu dla ciebie Bogu – jeżeliś biedny, wzgardzony, źle okryty, nic to, przy ubożuchnym żłobie Jezusa, tem piękniej się wydasz. Pójdź, o pójdź! Król chwały porzucił Majestat, wziął na się twoje ubóstwo, twój niedostatek, twoją nędzę, i czeka!

III.

Król chwały zbiega ku nam po stopniach naszej natury i wszystkich nędz naszych; jak wysoko nas ma podnieść, tak niziuchno sam się schyla; ma ubóstwić człowieka, więc sam, że tak powiem uczłowiecza się; ma zleczyć nasze słabości i nędze, ma nas uczynić mocnymi, więc sam Wszechmocny staje się słabym, sam pełen wiekuistego szczęścia, staje się cierpiącym; sam Władzca wszystkiego świata, staje się ubogim – tak działa Bóg, człowiek inaczej. Pyszny odrobiną tego światła, które zowiemy rozumem, a które zaledwie tli wśród grubych ciemności otaczających duszę, czyni się Bogiem, Bogu się równa, ba, ledwie siebie nad Boga nie stawi, a im wyżej pychą sięga, tem niżej naturą upada; im większym jest w własnych oczach, tem nikczemniejszy w oczach Boga i w oczach całego Nieba; im silniej wierzy w piersi swojej Bóstwo, tem niżej spada godność jego człowieczeństwa, a im pyszniej ogłasza się Bogiem, tem go haniebniej cała natura zawstydza, wykazując dobitnie, że mniej jest nawet jak człowiekiem – że jest prochem, którego jeźli tchnienie łaski nie ożywia, wówczas jest nikczemniejszym, jak to wszystko, co mu Bóg cisnął pod nogi. Odkąd też duszę człowieka obsypał ten obrzydły trąd pychy, odtąd idziemy po cierniach i głogach, a nad nami kamienieje Niebo i staje się jakby miedziane, że je żaden krzyk boleści, żaden jęk przebić nie może, i rodzaj ludzki ten rój bogów śpiewając sobie hymny pochwalne, w coraz ciemniejszą zesuwa się przyszłość, i napróżno śpiewamy codziennie: pokój ludziom na ziemi; – pokoju niema, bo pokojem jest Bóg, a Bóg pysznemi się brzydzi!… bo pokój zwiastowan jest maluczkim, podobnym Temu, który będąc niezmierzonym, nieobjętym, stał się dla nas malutką dzieciną, a tych maluczkich nie widno, owszem lada poduczona nędzota, lada świergotliwa niewiastka, lada szczebiotliwy dzieciuch wysoce trzyma o sobie, a sama pobożność i sama pokora spyszniała.

Toż samo i na innych stopniach. Bóg-człowiek, by zleczyć nasze słabości i nędze, by nas uczynić mocnymi, sam Wszechmocny, staje się słabym; sam pełen wiekuistego szczęścia, staje się cierpiącym; sam Władzca wszystkiego, staje się ubogim. Z słabości, nędz i niedostatków utkał sieci i rozesłał nam pod nogi, byśmy się niemi chwytali do Królestwa Jego, ale człowiek samolub, jak może tak się wykręca, by jeno swej stopy nie uplątał w te sieci. Jeźli opływa w wygody, dostatki, wesele, to rad wmawia w siebie, iż to wszystko szczególnym należy się mu przywilejem, jak znowu nędza, smutki, cierpienia, według niego, są koniecznym udziałem innych. Zda się, że szczęście i dostatki świata wziął li dla siebie w monopol. Cóż mu do tego, że tam ktoś w kącie łzy roni niepocieszony, że drży od zimna, że głodny; dobrze jeszcze, jeźli nie ofuknie nędzy, że taka natrętna; dobrze jeszcze, jeźli ją zbędzie mniej gorzką wymówką. O jaki to chrześcianin! jak niepodobny do Chrystusa, który się z nędzą człowieka nietylko swoją wielkością podzielił, ale jej się całkiem oddał! Może za to słaby, cierpiący, biedny będzie podobniejszy, taką ma dziwną łatwość, anioły natchnień tak silnie ciągną go do żłobu. Ach gdzie tam! serce jego pełne zawiści, usta pełne żółci? Dlaczego? bo inni się śmieją, a on płacze; bo inni szczęśliwi, a on smutny, cierpiący; bo inni mają nazbyt, a on nie ma tego, co mu konieczne potrzebne. Ale mój bracie, ty masz pokój serca, którego inni nie mają, tyś błogosławiony, twoje Królestwo Niebieskie! I cóż to? Ale ja żyję na ziemi, a na ziemi moje smutki, moje łzy, moja wzgarda, poniżenie, niedostatek! Tak jest, ale to wszystko masz razem z Chrystusem, masz na dzisiaj i na jutro, i to z całą obfitością jego pociech, a masz dlatego, abyś był wiecznie chwalebnym, wiecznie szczęśliwym, wiecznie bogatym! Próżno! nie słuchają nas, i jedni i drudzy stronią od żłobu. Jezusie mój! jakżeś osamotniał!

Ach i nam tak bardzo samotno i nędznie bez Ciebie. Ty to widzisz i czekasz wpośród skarbów, któreś tu z Nieba przyniósł dla nas, wpośród wszystkich duchów błogosławionych, wpośród aniołów, którzy wiedząc po coś przyszedł, śpiewają: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludowi.” Amen.

Przepisała C.D. Źródło: ks. Zygmunt Golian, Kazania niedzielne, świętalne, pasyjne i majowe, Drukarnia „Czasu” Fr. Kluczyckiego i sp., Kraków, 1887, ss. 62-70. Dwie literówki poprawiono.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s