Prawdziwie skuteczna walka z nową „mszą”

Słowa ks. Hugona Carandino, które od lat kieruje do wiernych w swoim biuletynie, przypominają podstawy dotyczące obecnej sytuacji w Kościele i przedstawiają środki, które pozwolą katolikom trwać niewzruszenie przy wierze. W poniższym numerze opisane zostają m.in. początki oporu wobec nowej „mszy”, nieodzowne do zrozumienia sytuacji obecnej i niebezpieczeństw, z jakimi wiążą się, odbywające się najczęściej w pięknej oprawie, „msze indultowe” i te celebrowane przez księży FSSPX.

W przypadku tych pierwszych motywem uczestnictwa są często jedynie względy estetyczne, którym nie towarzyszy wynikająca z wiary konieczność odrzucenia błędów zawartych w (po)soborowym magisterium i nowym rycie „mszy”. Nie zwraca się też uwagi na osobę celebransa, ważność jego święceń, a zarazem i sakramentów. Od pewnego czasu dotyczy to także Bractwa św. Piusa X, w którego szeregi wstępuje coraz więcej księży wyświęconych w nowym rycie bez przyjęcia święceń sub conditione. Uczestniczenie w tego rodzaju mszach nie przyczynia się bynajmniej do zwycięstwa katolicyzmu nad modernizmem, gdyż wiąże się ono z koniecznością ofiarowania tej „szczypty kadzidła” okupantowi Stolicy Piotrowej, jakim jest świadomość wymienienia jego imienia w kanonie.

Jak przypomina autor poniższego artykułu, z zajęciem stanowiska bezkompromisowego zawsze wiązały się ofiary, które tyczyły się także życia rodzinnego i zawodowego, ale nie tylko. Przekonali się o tym obrońcy wiary na przełomie lat 60. i 70., a i dziś muszą się z tym liczyć ci, dla których ważniejsza od uznania kanonicznego ze strony modernistów jest wierność doktrynie Kościoła.

Un zuavo pontificio

„Opportune Importune” nr 22

Artykuł wstępny

Od ośmiu już lat ten biuletyn trafia do domów Czytelników, by informować ich o wydarzeniach związanych z Domem pw. Św. Piusa X. Siłą rzeczy treść biuletynów się powtarza (obrona wiary i potępienie błędów z jednej strony, apostolat naszego domu z drugiej) i powtórzeniem będą uwagi zamieszczone niżej. Stare przysłowia (repetita iuvant[1]) stanowią dla nas zachętę do tego i liczę na cierpliwość dwudziestu trzech Czytelników (Guareschi pisał to ironicznie[2], ja bardziej realistycznie).

Wydarzenia zasadniczo obracają się wokół sprawowania Mszy świętej według Missale romanum św. Piusa V. Dziś wydaje się, że ryt ten wrócił do mody, podczas gdy jeszcze kilka lat temu stanowił tabu nie do pokonania.

Mówienie o Mszy św. Piusa V wiernym „pierwszej godziny” przywołuje na myśl czterdzieści lat bitew, ofiar, upokorzeń. Liczba trzymających się starego rytu i jego obrońców była doprawdy mała, podczas gdy większość katolików bez szczególnych protestów poddała się reformie mszału (zwłaszcza we Włoszech, gdzie z powodu powierzchowności, oportunizmu i konformizmu, często pozory ważniejsze są od istoty Wiary[3]).

Motywem obrony Mszy rzymskiej było odrzucenie „nowej mszy” i wszystkiego, co było (i jest nadal) związane z doktrynalnymi błędami, które przygotowały rewolucję liturgiczną. Odrzucenie nowego rytu oznaczało zerwanie z życiem parafialnym; porzucenie kościołów zajętych przez „soborowy” kler; błogosławienie małżeństw, udzielanie pierwszej komunii, odprawianie pogrzebów w tradycjonalistycznych „centrach Mszy”, zazwyczaj bardzo skromnych (ale przedkładano istotę nad formę). Jedną z konsekwencji, również społecznych, było to, że wytykano takich ludzi palcami jako pewnego rodzaju „zło absolutne” wewnątrz Kościoła, niekiedy z nieprzyjemnymi następstwami w otoczeniu rodzinnym i zawodowym. Dla tych, którzy byli dziennikarzami lub pisarzami oznaczało to, ponadto, zamknięte drzwi do redakcji i wydawnictw związanych z oficjalnym aparatem kościelnym. Autorzy ci czytani byli przez nielicznych ludzi, ale to, co pisali, było spójne z ich własnymi przekonaniami.

„Tradycjonalistyczna” walka doprowadziła do powolnego, lecz stałego zbliżania do „tradycji Kościoła” dusz zdezorientowanych przez soborowe nowości, dusz, które przyciągały argumenty, a być może również i „vis polemica”[4], z którą były przedstawiane (zresztą w Ewangelii jest napomnienie: „jeśli sól utraci swój smak, czymże się ją posoli?”). Po obowiązkowym zgłębieniu doktrynalnych motywów dusze te często dokonywały ostatecznego wyboru obozu (również dzięki uczestnictwu w ignacjańskich ćwiczeniach duchownych). Był to wybór obozu, który obejmował całe życie chrześcijańskie i który dotyczył także, jako skutek logiczny, kwestii Mszy i ogólnie praktyki sakramentalnej.

Szeregi się stopniowo powiększały, nawet jeśli nie w sposób spektakularny a „nawrócenia” ogólnie były głębokie i w sposób zharmonizowany wtapiały się w homogeniczny kontekst, gdzie jednostka umacniała swą wiarę i ze swej strony umacniała swe otoczenie[5]. Stałość „pionierów” przyczyniła się do uniemożliwienia likwidacji rytu Mszy i wchłonięcia antysoborowej mniejszości przez modernistyczne „mare magnum”[6].

W ostatnich latach staliśmy się świadkami stopniowej zmiany scenerii. Ma się wrażenie, że osoby, które zbliżają się do tego, co nazywa się „Tradycją” (i którą niektórzy uparcie przeciwstawiają Kościołowi, jak gdyby możliwe było oderwanie i przeciwstawienie obu rzeczywistości) kierują się po prostu pragnieniem uczestnictwa (nawet okazjonalnego) w obrządku „trydenckim”, są przyciągnięte pięknem rytu, a nie skłonione odrzuceniem nowego rytu i błędów doktrynalnych z nim związanych.

Z tą samą powierzchownością, z którą wielu uczestniczyło przez dekady w „nowych mszach”, dziś szuka się najbliższej „Mszy po łacinie”, niekiedy w takiej parafii, innymi razy w takim przeoracie czy takim oratorium, niezależnie od tego, kto jest celebransem, niezależnie od ważności jego święceń, stanowiska doktrynalnego, które przyjmuje, błędów, z którymi ewentualnie się zgadza, liczby rytów, których używa. To, co powinno być podstawowym kryterium wyboru w porządku religijnym (dogmaty, magisterium, wiara, ważność sakramentów) nawet nie jest brane pod uwagę.

Mamy tu do czynienia z pewną formą soborowego relatywizmu, która, opuściwszy granice zreformowanego rytu Pawła VI, została przyjęta również przez nowych uczestników starego rytu, którzy wychowali się właśnie w kontekście liberalnym i ekumenicznym. Jest to relatywizm teoretyczny i praktyczny, który przypisuje tę samą wartość Mszom ważnym i być może nieważnym, odprawianym w kontekście prawowitym lub schizmatyckim, o doktrynalnej podstawie katolickiej lub nafaszerowanej błędami!

Następstwem tego wszystkiego jest pewien wzrost liczebny uczestników obrzędów związanych ze starym mszałem, ale ponieważ najczęściej takie osoby nie mają (i dalej nie otrzymują!) dobrej formacji doktrynalnej, nie wynika stąd wzmocnienie szeregów „tradycjonalistycznych”, lecz raczej ich osłabienie oraz stopniowa asymilacja i unicestwienie w kontekście oficjalnym[7]. Niektórym wydaje się, że dzięki temu stanowi rzeczy osiągną sensacyjne sukcesy liczebne i być może w takiej czy innej diecezji możliwość otrzymania kościołów. Nie rozumieją oni (lub nie chcą zrozumieć), że również do „tradycjonalistów” stosowane są soborowe kategorie „niedoskonałej komunii” i sakramentalnej gościnności praktykowane już w stosunku do greckich schizmatyków, anglikanów i luteranów. A wśród wiernych przyzwyczajonych już do ekumenicznych wizyt Jana Pawła II i Benedykta XVI w kościołach heretyków i schizmatyków (oraz do udostępniania samym heretykom i schizmatykom kościołów katolickich) nie ma już powodów wykluczać czy unikać „tradycjonalistów”, byle wyrozumiale i ze zrozumieniem uznawali za prawowitych Papieży Ratzingera i ich poprzedników.

Znacznie przyczynili się do tego pomieszania pojęć ci, którzy poprosili i otrzymali (intonując nawet dziękczynne Te Deum!) od obecnych najwyższych dostojników watykańskich umieszczenie starego rytu w „oficjalnym” życiu kościelnym. Chodzi o słynne „motu proprio” Benedykta XVI, dzięki któremu także kapłani, którzy odprawiają „nową mszę” i zostali uformowani w modernizmie mogą, una tantum[8], używać starego Mszału rzymskiego. W ten sposób upadła jedna z barier, która oddzielała i chroniła antymodernistyczne środowisko przed środowiskiem soborowym.

Do tego stanu rzeczy w następnej kolejności przyczynili się dziennikarze i pisarze, znani (słusznie lub nie) jako tradycjonalistyczni, którzy prowadzą medialną kampanię przedstawiania Benedykta XVI jako odnowiciela. Teraz oczywiście ich książki sprzedają się w tysiącach egzemplarzy (niekiedy wydawane przez wydawnictwa poniekąd podejrzane, które mieszają wiarę katolicką z kulturą masońską), ich artykuły publikowane są w takich a takich dziennikach o zasięgu krajowym, ale treść tych pism nie jest już świadectwem prawdy.

Kończąc: czy analizy zawarte w niniejszym artykule będą mogły przyczynić się do poprawy sytuacji? Prawdopodobnie nie, a być może nawet wzbudzą rozczarowanie jakiegoś przyjaciela, ale po tylu latach walk i poświęceń milczenie wydaje mi się nie do przyjęcia wobec liberalnego odchylenia „tradycjonalizmu”. Tak, ponieważ najgłębszym problemem jest „katolicyzm liberalny”, który pragnie pogodzić rzeczy nie do pogodzenia (w naszych czasach: Sobór Trydencki z Watykańskim II, Mszę św. Piusa V z rytem Pawła VI, Chrystusa Króla z „laickością pozytywną”, tradycyjną apologetykę z „mea culpa” Wojtyły i Ratzingera…), za pośrednictwem kompromisu i błędnego pojęcia umiarkowania. Katoliberałowie otworzyli drzwi dla błędów modernistycznych potępionych wcześniej przez Papieży, pozwalając im na wtargnięcie i rozpanoszenie się wewnątrz Kościoła. Bez ugrupowania „naiwnych moderantów” katolickiego liberalizmu moderniści mieliby o wiele trudniejsze zadanie narzucenia się. Ale liberałowie, zamiast popierać akcję antymodernistów, opartą na rozporządzeniach św. Piusa X, dołączyli do nowinkarzy. Zresztą, wielu dzisiejszych zwolenników Trydentu w czasach Papieża Sarto byłoby rozdrażnionych doktrynalną stanowczością świętego Papieża i tę samą oskarżycielską krytykę, którą kierują przeciwko dzisiejszym nieustępliwym, kierowaliby przeciw ówczesnym nieustępliwym[9]. Dla katolików liberalnych (i liberalnych „katolików” tradycjonalistycznych) integralne przyjęcie nauczania Papieży jest zbyt rygorystyczne, wolą je rozmyć lub zaprzeczyć mu własnymi opiniami lub nauczaniem przeciwnym jakiejś osobistości uznawanej za charyzmatyczną (nawet w randze biskupa, ale która z pewnością nie cieszy się nieomylnością obiecaną przez Jezusa Chrystusa Piotrowi i jego następcom).

Pod tym względem jednym oczkiem w głowie naszego Instytutu we Włoszech są inicjatywy w Modenie i Mediolanie, związane z dniami królowania społecznego Chrystusa i sympozjami studiów albertariańskich, podczas których przedstawiane jest magisterium Papieży by formować katolików głęboko zakorzenionych w nauczaniu papieskim; katolików, którzy będą stanowczymi przeciwnikami błędów modernizmu, a nie zwykłymi widzami tradycyjnych liturgii opróżnionych z Wiary (a często pozbawionych samej ważności rytu).

Jest to program bardziej zobowiązujący i wymagający, ponieważ, jak napominał św. Paweł, dusze odmawiają słuchania prawdy, aby zwrócić się ku baśniom (także „tradycjonalistycznym”[10]). Jest to zresztą program przyjęty czterdzieści lat temu przez duchownych i świeckich, którzy odrzucili Sobór Watykański II i nową mszę. W tym sensie Instytut Matki Dobrej Rady stanowi ciągłość, a nie zerwanie, z tymi pierwszymi „tradycjonalistami”, którzy, nie zapomnijmy o tym, byli w sporej części „sedewakantystami” (cf. nr 56 „Sodalitium”[11]). Mamy tu do czynienia z programem oczywiście bardzo różniącym się od programu, który goni (lub od dekad gonił, jak takie czy inne zgromadzenie o duchowości franciszkańskiej) za kanonicznym zatwierdzeniem ze strony wrogów Kościoła, przeciwko świadectwu prawdy. „Szukajcie więc najprzód królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a to wszystko będzie wam przydane” (Mt VI, 33).

ks. Hugon Carandino

P.S. Niniejszy artykuł redakcyjny został napisany niedługo przed publikacją wywiadu-rzeki z Benedyktem XVI, której treść tylko potwierdza to, co napisałem. Najprawdopodobniej błędy wyrażone przez Ratzingera w książce (nawet bardzo poważne, jak sprawa nawrócenia żydów; wymaganie od biskupów interpretowania w pewien określony sposób historii, aby być przyjętym do komunii kościelnej; uznanie za godziwe stosowania w niektórych przypadkach prezerwatywy) nie wpłyną na wybory większości tych, którzy uważają się za katolików, zarówno w środowisku „soborowym” jak i „tradycjonalistycznym”. Z pewnością wzrośnie rozgoryczenie u tych, którzy miłują, nie tylko słowami i z wygody, Kościół i prymat piotrowy.

Tłumaczył z języka włoskiego Wezuwiusz. Źródło: „Opportune Importune”, nr 22 z Bożego Narodzenia w 2010 roku, ss. 1-3. Przypisy „Myśli Katolickiej”:

[1] Dosłownie po łacinie: „rzeczy powtórzone pomagają”.

[2] G. Guareschi (1908-1968) był znanym dziennikarzem i satyrykiem włoskim, twórcą postaci Don Camillo. Żartując mówił, że czyta go tylko 23 czytelników. Ks. Carandino bardziej realistycznie pisze, że czyta go 23 osób, ponieważ prawdziwie nieustępliwych katolików jest dziś po prostu niewielu.

[3] Co najmniej to samo można powiedzieć o Polsce. Oprócz naszej wrodzonej skłonności do ustępliwości w tym, co dotyczy doktryny, jesteśmy, przynajmniej od czasów PRLu, mało wrażliwi nawet na piękno liturgii. Wpływ miała tu na pewno powszechna proletaryzacja, zgodna z marksistowską ideologią. Jak łatwo nasze starsze pokolenie zaakceptowało ohydne novusowe celebracje w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych: choć obywało się bez zachodnich ekscesów, estetyczne to one nie były. Po prostu było brzydko. Świadczą o tym liczne fotografie z tamtej epoki.

[4] Siła polemiczna, ton polemiczny. Różnych moderantów za granicą i u nas zawsze jednak zrażał i nadal zraża niekiedy nawet ostry ton polemiczny katolików integralnych. Uczciwych ludzi jednak nie zraża, a uczciwych niekatolików nawet przyciąga do prawdy, jak słusznie zauważa ks. Carandino.

[5] Jest to rzecz nader oczywista. Dobre otoczenie jest umocnieniem dla wiary, złe zagrożeniem, a brak życia „parafialnego” prowadzi do różnego rodzaju wypaczeń i zdziwaczeń.

[6] Dosłownie po łacinie: „wielkie morze”.

[7] Trzeba przyznać, że również w tych środowiskach „sedewakantystycznych”, gdzie nie ma poważnego wychowania religijnego (którego podstawą jest katechizm wykładany przez kapłana oraz dobrze przygotowane kazania), szeregi mogą co najwyżej tylko liczebnie rosnąć, lecz nie stanowią prawdziwie skutecznej siły przeciwko modernizmowi i innym błędom nowożytnym (które pozostają w głowach wiernych).

[8] „Tylko jednego”, „tylko jednej rzeczy” – odniesienie do Łk X, 41. Tak, jak P. Jezus mówi, że tylko jednego potrzeba, tak moderniści w tym przypadku.

[9] Nie stawiamy się oczywiście na równi ze starą „Myślą Katolicką”, ale polemiki, które wywoływała i „zarzuty”, które wobec niej wysuwano, są niekiedy bardzo podobne do tych, których przedmiotem jest nasza, nowa „Myśl”. Por. np. z „W imię słuszności” oraz „Niepopularność «Myśli Katolickiej»”.

[10] „Błędom i mitom tradycjonalistycznym” (włącznie z tymi szerzonymi przez niektórych sedewakantystów) również poświęcamy łamy „Myśli Katolickiej”, zwłaszcza w dziale o tej nazwie.

[11] Chodzi o artykuł przetłumaczony na j. polski tutaj.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s