Alter alterius onera portate – o odpowiedzialności za bliźnich (a propos uroczystości Wszystkich Świętych)

Generałowa Jadwiga Zamoyska (1831-1923)

Alter alterius onera portate, et sic adimplebitis legem Christi (Gal. VI, 2 – lekcja z XV niedzieli po Ziel. Św.)

Unus corpus, et unus spiritus, sicut vocati estis in una spe vocationis vestrae (Ephes. IV, 4 – lekcja z XVII niedzieli po Ziel. Św.)

Propter quod deponentes mendacium, loquimini veritatem unusquisque cum proximo suo: quoniam sumus invicem membra (Ephes. IV, 25 – lekcja z XIX niedzieli po Ziel. Św.)

Uroczystość Wszystkich Świętych oraz lekcje wyjęte z listów św. Pawła (zwłaszcza do Efezjan) z niedziel poprzedzających to święto przypominają o czymś wyjątkowo ważnym, a mianowicie o odpowiedzialności za bliźnich. Właściwe zrozumienie tej prawdy, oparte na Objawieniu, nauce Kościoła i dobrych autorach katolickich jest nieodzowne zawsze, ale zwłaszcza w naszych czasach skrajnego już indywidualizmu i egoizmu.

Niniejszy tekst na pewno nie rości sobie pretensji do bycia traktatem o miłości bliźniego i obowiązkach z niej wynikających. Jest to temat tak obszerny, że wykracza poza ramy zwykłego artykułu. Niektóre zagadnienia z nim związane, jak porządek miłości (kogo i w jakiej kolejności należy miłować, czy wszystkich tak samo?), odpowiedzialność za słowa, udzielanie rad bliźnim i niektóre inne uczynki miłosierdzia względem ciała czy duszy będą jednak omówione w oddzielnych artykułach.

Ograniczę się tu do mniej lub bardziej luźnego komentarza do rozdziału omawiającego IX artykuł wiary (Świętych Obcowanie) znakomitego dzieła Jadwigi Zamoyskiej O wychowaniu[1]. W polskiej literaturze jest to naprawdę niezastąpione źródło w dziedzinie pracy nad sobą i wychowania innych. Obok O pracy tej samej autorki i Katolickiej etyki wychowawczej o. Woronieckiego winno znaleźć się w domowej bibliotece każdego polskiego katolika. Myśli tu zawarte, streszczone i rozwinięte, dotyczyć będą ogólnie odpowiedzialności za bliźnich żyjących dookoła nas, a szczególnie tych aspektów, które są bardziej zaniedbane w naszych okolicznościach i stąd bardziej wymagają przypomnienia.

Podtytuł tego rozdziału w wydaniu oryginalnym brzmi: „Wszyscy jesteśmy członkami jednego ciała: jedni za drugich odpowiedzialni”.

J. Zamoyska rozpoczyna swe rozważania od tego, że utyskiwanie na różnorodne problemy społeczne (m.in. upadek charakterów i narodu) powinno pociągać za sobą pewne wyraźne obowiązki. Jak we wszystkim, naprawa możliwa jest tylko przy jasnym określeniu przyczyny złego, bowiem tuszowanie pozorów, a nawet naprawianie skutków na nic się zda, jeśli nie przyłoży się remedium do przyczyny, którą trzeba wpierw poznać.

Do naprawy przyłożyć się trzeba wszystkimi siłami, czy to na poziomie jednostki, czy społeczeństwa. Jak praca nad sobą nie może być powierzchowna, połowiczna, tak też praca nad takim czy innym złem społecznym wymaga świadomości solidarności międzyludzkiej. Choć każdy w ostatecznym rozrachunku odpowiada za siebie przed Bogiem, jednym jesteśmy ciałem, jak wiemy przez usta św. Pawła od samego Boga (choćby w cytatach wyżej przytoczonych) i mamy wobec siebie pewne obowiązki, które Kościół nam przypomina.

Pierwszym jest oczywiście po prostu obowiązek miłości bliźniego, jedno z dwóch najważniejszych przykazań Bożych (Mt XXII, 37-40, Mk XII, 29-31, Łk X, 27). Mamy sobie wzajemnie pomagać i służyć, jako członki tego samego ciała (Kościoła) i dzieci tego samego Ojca, Który jest w niebie.

Nasze zasługi i cnoty stanowią „skarb Kościoła” i ten fakt również rzuca światło na współodpowiedzialność za bliźnich: komu nie dostaje, za tego trzeba się modlić, zadośćuczynić, wręcz nadrabiać. Jest to „bohaterstwo” dnia codziennego, które zwłaszcza dziś ma tak małe wzięcie, w natłoku szumnych haseł o „wielkich czynach”, „manifestacjach”, „spełnianiu marzeń”, wzywaniu do rzeczy nadzwyczajnych, podczas gdy te podstawowe, najważniejsze, są karygodnie zaniedbywane. To, czego dziś najbardziej potrzeba, co jest najpilniejsze, to praca od podstaw, czyli wychowanie religijne, prostowanie pojęć, ponieważ otaczający nas z każdej strony modernizm i liberalizm przeniknął umysły tak głęboko, że nawet ci, którzy szczerze chcą poznać prawdę katolicką nie są w stanie jej poznać dobrze z powodu tych podstawowych braków.

Dlatego najbardziej potrzeba ludzi wielkodusznych i gorliwych w uzupełnianiu tych najpoważniejszych braków, w przeciwnym razie rodziny, społeczeństwa i narody upadają.

Utrzymać się zaś mogą tylko o tyle, o ile wśród nich znajdą się ludzie, którzyby własną pracą i cnotą zrównoważyli to, czego innym nie dostaje, własną pracą dopełniali to, czego inni zaniedbali uczynić, własną roztropnością prostowali to, co wykolejone, naprawiali, co bezmyślnością innych popsute.

Ktoby się przejął wiarą w świętych obcowanie i zrozumiał obowiązki i przywileje, jakie z niej wynikają, odpornym byłby na zniechęcenie i wiele znalazłby światła dla kierowania wychowaniem i wszelkiemi sprawami społecznemi. (s. 134)

Jest to bardzo ważne. Jadwiga Zamoyska, podobnie jak inni wybitni (zbyt mało liczni niestety) Polacy okresu niewoli rozbiorowej rozumiała konieczność pracy nad wychowaniem innych. Zamiast narzekać, że jest źle i opuszczać ręce, założyła Szkołę Domowej Pracy Kobiet, która wychowała wiele kobiet odpowiednio przygotowanych do pełnienia swych codziennych obowiązków gospodarskich, i to w każdej warstwie społecznej: arystokratycznej, szlacheckiej, chłopskiej (naturalnie nie było tam absolutnej równości). Rozumiała jednak jak wielki to był wówczas problem i że trzeba mu mądrze i pracowicie zaradzić.

Dziś natomiast, w czasach powszechnej apostazji, trzeba zrozumieć zasadnicze zło, które polega na nieuctwie religijnym. Już zresztą św. Pius X w swej pierwszej encyklice E supremi apostolatus zwrócił uwagę na tę powszechną nieświadomość religii, która skutkuje u wielu wrogością do Boga i do Kościoła. Ubolewać nad tym można tym bardziej dziś, a potwierdza to prawie każda rozmowa z przeciętnym wiernym modernistycznym, lefebrystycznym, a często nawet sedewakantystycznym.

Dlatego to, co najpilniejsze, to katechizacja, nauczanie podstaw wiary, czytanie dobrych katechizmów i odpowiednie do zdolności każdego i wcześniej zdobytej wiedzy zgłębianie doktryny Kościoła. Między innymi temu właśnie najpilniejszemu zajęciu pragnie w miarę swoich możliwości zaradzić Stowarzyszenie im. Ks. Goliana. A opiera się to na rozumieniu odpowiedzialności za bliźnich, którzy często błądzą w dobrej wierze, nie wiedząc, gdzie czerpać nieskażoną prawdę katolicką, wolną od modernizmu i innych nowoczesnych błędów lub którzy sięgają nie po to, co trzeba (np. po dogmatykę, zamiast apologetyki).

To, co uderza w dziełach generałowej Zamoyskiej to jej niesamowity zmysł katolicki w rozumieniu Pisma świętego, coś dziś wręcz niespotykanego[2]. Swe wywody często opiera na cytatach z Ksiąg świętych, na przykład tłumacząc, jak mamy być solidarni i naprawiać to, co inni psują lub zaniedbują:

„Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za wszystkich” (I Kor XII, 25), a zatem wobec cudzych przewinień i tego, co drudzy czynić powinni, a nie czynią, przedewszystkiem zajmijmy się tem, co z tego powodu nam osobiście czynić wypada.

I tak, wobec cudzej rozrzutności bądźmy podwójnie oszczędni, wobec cudzego nieładu bądźmy podwójnie porządni, wobec cudzego gniewu podwójnie łagodni, wobec cudzego lenistwa podwójnie pracowici i t. d., a tem samem zadośćuczynimy temu, czego braknie. (s. 135)

Czasy dzisiejsze zatem nakładają na świeckich katolików obowiązek pilniejszego przyłożenia się do znajomości doktryny katolickiej. Na nas, Polaków, ponadto większej pilności i pracowitości w ogóle, wytrwałości, męstwa, jako że tak ciężko nam to przychodzi, nam, którzy leniwi i bierni z natury jesteśmy. Zwłaszcza akcja katolicka dziś potrzebuje dzielnych i pracowitych ludzi, którzy gotowi są na poświęcenia i nie będą marudzić z powodu niedogodności i przeszkód, które się z tym tak szlachetnym zajęciem wiążą.

Zamoyska doskonale rozumiała porządek miłości. Choć temat jest znowu obszerny, wymagający specjalnego omówienia (na podstawie traktatu o miłości św. Tomasza z Akwinu), choć pokrótce trzeba tu jednak nań zwrócić uwagę. I w tej materii panują dziś dwa skrajne poglądy i, co za tym idzie, zachodzi wiele nieporozumień praktycznych. Jedną skrajnością jest samolubstwo, które zaniedbuje najbliższych, a także tzw. parafiańszczyzna, która nie widzi żadnych obowiązków poza najbliższym kręgiem swego otoczenia. Do tego egoizmu i indywidualizmu jesteśmy zwłaszcza skłonni my, Polacy, a widać to na co dzień i przynosi to skutki długoterminowe: w czasie, gdy u nas od lat każdy sobie rzepkę skrobie, inne narody wspólnie budują wartościowe dzieła (vide przyp. 7).

Przeciwieństwem niedomiaru w tej materii jest bardziej „nowoczesny” kosmopolityzm, który neguje wszelkie obowiązki wobec najbliższych, rodziny, współobywateli, otoczenia bliższego czy dalszego, a zajmuje się „imigrantami” z dalekich krain lub wprost mieszkańcami odległych kontynentów. Jest to jednak powszechniejsze u podwładnych Bergoglio niż u „tradycjonalistów”.

Otóż wiara uczy nas, jak osiągnąć tu złoty środek:

Św. Paweł wyraźnie mówi, że miłość od siebie zaczynać się powinno (Rzym II, 21), a zatem od tego, co najbliższe. Pan Jezus żył i pracował wśród swoich; jeżeli płakał, to nie nad Niniwą i Babilonem, ale nad Jerozolimą; wśród swoich, acz niewiernych i niewdzięcznych, przebywał; przez swoich dał się na śmierć umęczyć; mógł rąk ich ujść, ale nie uszedł. (s. 136)

Ponieważ każdy przede wszystkim za siebie odpowiadać będzie przed Bogiem, za każdy uczynek, myśl, zaniedbanie, od siebie zacząć trzeba tę pracę. Lecz obowiązki nie tylko mamy wobec siebie, dlatego w następnej kolejności odnoszą się one do najbliższych: rodziny, „parafii”[3], okolicy, kraju. Choć co do rodziny jest to dość jasne, jednak nie zawsze, i dlatego trzeba tu coś wyjaśnić. Alter alterius onera portate, „jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełnicie prawo Chrystusowe” (Gal. VI, 2). Raz musiałem prostować pewne błędne pojęcie w tej materii, gdy pewnej kobiecie tłumaczyłem, że nie tylko mąż odpowiedzialny jest za żonę, ale i żona za męża. Oczywiście, to mężczyzna, jako głowa rodziny z natury ma pieczę nad rodziną, czyli nad żoną, dziećmi i służbą[4]. On ponosi zasadniczy ciężar odpowiedzialności za tę społeczność, jaką jest rodzina. Lecz „jeden drugiego brzemiona noście” – i żona musi poczuwać się do odpowiedzialności za rodzinę, za męża w szczególności, którego musi otaczać czcią, czcią, jaką otacza się władzę w rodzinie, nawet w nieszczęśliwej sytuacji, gdy oboje nie zgadzając się np. co do kryzysu w Kościele, czy nawet wtedy, gdy żyją w separacji. W tak skrajnych i przykrych sytuacjach, gdy wszystkie inne środki zawiodły, w poczuciu odpowiedzialności jedna strona powinna modlić się za drugą. Św. Monika tu jest doskonałą patronką, swą prawdziwą świętością (nie „modernistyczną”) nawróciła i syna, i męża.

Dzieci winne czuć się odpowiedzialne za swe rodzeństwo i z wiekiem winny być do tego zaprawiane przez rodziców. Nie chodzi tylko o pomoc w codziennych zajęciach domowych, choć od tego trzeba zacząć. Nie chodzi tylko o modlitwę za siebie wzajemnie, choć i od tego trzeba zacząć. Zwłaszcza starsze rodzeństwo, gdy dojrzewa duchowo i moralnie, ale i w dorosłości winno być oparciem dla rodzeństwa młodszego, gotowe służyć radą, niekiedy gotowe sprawiedliwie skarcić, czy obronić. Alter alterius onera portate, są to według mnie jedne z najważniejszych dziś słów, które Bóg przekazał człowiekowi w swym Objawieniu, dziś, ponieważ te czasy charakteryzują się całkowitym rozkładem społecznym, liberalizmem, indywidualizmem, egoizmem.

Podobnie jest ze wspólnotą kapliczną. Widzimy, jak na wszystkie strony miotają się różni działacze internetowi, różni fejsbukowi sedewakantyści, których noga nigdy nie postała na Mszy non una cum (niekiedy błędnie im poradzono chodzić tam, gdzie mają bliżej). Pośmiewisko jest na cały świat, taka natura Internetu, a niestety ci różni aktywiści nie rozumieją odpowiedzialności wobec bliźniego, z jaką wiąże się każda forma publicznego działania. Niektórzy też nie otwierają nawet ust do bliźniego tuż obok, do nowych, którzy, choć rzadko, jednak u nas się pojawiają (i po kilku miesiącach często znikają). Widać zatem z bliska jak ów porządek miłości jest zapoznany przez samych katolików. Najpierw siebie miłować, m.in. przez pracę nad życiem duchowym, przez rozwijanie swych zdolności i zgłębianie doktryny katolickiej, następnie tych, których Bóg nam przysyła na naszej drodze, tu i teraz, w życiu codziennym. Dopiero potem, jeśli jest ku temu okazja lub szczególne powołanie (które trzeba jednak rozeznać – a do tego trzeba roztropności!) bliźni dalej, w innym kraju, czy w Internecie.

Jak pisaliśmy na łamach „Myśli” w kwietniowym tekście redakcyjnym, dalsze przygotowania do założenia Stowarzyszenia im. Ks. Goliana polegały na rozeznaniu sytuacji i kontaktach z żywymi ludźmi, sedewakantystami z kaplicy, nie z Internetu, nie z różnymi pogubionymi, którzy od kilku lat „chcą” przybyć na Mszę, ale nie potrafią. Niestety, życie kapliczne u nas nie jest zbyt żywe i małe było zawsze zainteresowanie spotkaniami po Mszy. Przyszli założyciele Stowarzyszenia jednak próbowali, a wiedzą to najlepiej chyba wszyscy nowi z ostatnich lat, którzy, jeśli tylko wyrazili zainteresowanie, byli zapraszani do kawiarni czy restauracji na wspólne spotkania. Chcieliśmy zająć się najpierw bliższymi bliźnimi, apostolatem ludzi żywych z krwi i kości, nie „apostolatem” fejsbukowym czy innym internetowym.

I dlatego też powstało Stowarzyszenie, skupiające tych, którzy rozumieją braki akcji katolickiej w Polsce, ale nie po to tylko, by na to narzekać, lecz by temu fatalnemu stanowi rzeczy zaradzić. Przez praktycznie coniedzielne spotkania po Mszy, przez regularne wykłady, wspólne wyjazdy (na Jasną Górę, w Tatry, na grób ks. Goliana). Nie po to, by marnować czas na próżnych dyskusjach fejsbukowych, które więcej wstydu niż korzyści przynoszą. Nie jesteśmy anonimami internetowymi, „tajnym stowarzyszeniem”, jak niektórzy złośliwie piszą (to ci sami, którzy ust nie otworzą do drugiego). Od kilku lat organizujemy to, czego wcześniej nie było wcale: spotkania po Mszy również z nowymi.

Dopiero po najbliższych, rodzinie, wspólnocie kaplicznej, przychodzą obowiązki względem innych bliźnich na kuli ziemskiej rozsianych. Tyczy się to zwłaszcza misjonarzy, ale również polityków, w naszej historii zwłaszcza w czasach zaborów, gdy tylu szlachetnych ludzi działało na arenie międzynarodowej na rzecz naszej Ojczyzny. Do tych wybitnych ludzi należał właśnie mąż autorki komentowanego dzieła, generał Władysław Zamoyski, ale i generałowa, w cieniu męża wytrwałą pomoc mu świadcząc (doskonały stanowiąc wzór, jak wielką pomocą dla mężczyzny aktywnego na polu akcji katolickiej czy politycznej jest mądra i zdyscyplinowana żona).

Służenie bliźnim daleko od własnego środowiska nie może być jednak skutkiem „wybujałej wyobraźni i niespokojnego usposobienia, ale z wyraźnie rozpoznanej woli Bożej” (s. 137). Samo to rozeznanie wymaga oddzielnego artykułu, zaznaczę tylko, że nie może tego dokonać człowiek bez odpowiednio rozwiniętej cnoty roztropności, tego zdrowego sądu, opartego na dobrej obserwacji, pamięci i ocenie rzeczywistości[5]. Zwłaszcza dziś, gdy roztropności wcale się nie wychowuje, niebezpieczne jest mówienie o konieczności szukania woli Bożej, szukania znaków Bożych w życiu bez jednoczesnego wychowywania tej cnoty, bez której ich rozpoznanie i właściwa interpretacja nie jest nawet możliwa lub będzie wypaczona, co w życiu może doprowadzić nawet do katastrofy (pójście do seminarium mężczyzny zupełnie nie nadającego się, wyjście za mąż przedwcześnie, bez jakiegokolwiek przygotowania, błędna decyzja co do zawodu czy kierunku studiów, etc. etc. etc).

Wracając do porządku miłości i współodpowiedzialności za bliźnich zawsze trzeba szukać opartej na zdrowym rozsądku i Ewangelii równowagi. Trzeba to ponadto wpajać dzieciom od najmłodszych lat, jako nieodłączny element pracy nad ich charakterem:

Ucząc o świętych obcowaniu, trzeba wcześnie rozwijać u młodych rozumienie obowiązku solidarności, wykluczając sobkostwo, ciasnotę pojęć, ściśnienie serca, które wszystko tylko do siebie ściągają. Cokolwiek zachodzi chociażby na najdalszych krańcach ziemi, nie powinno nam być obojętnem; w każdej obcej potrzebie powinniśmy o ile podobna nieść ratunek, jakbyśmy pragnęli, żeby inni nam go przynosili.

Niech się dzieci uczą ofiarności, niech nie będą obojętne na to, co drugich obchodzi, niechaj biorą udział w składkach i miłosiernych uczynkach dla dobra bliźnich, niechaj się przenikają współczuciem dla blizkich, dalszych i najdalszych. (s. 139)

Dziecko z natury swej jest samolubne. Z natury, bowiem w pierwszych miesiącach i latach swego życia jest całkowicie zależne od matki. Musi być otaczane nieustanną uwagą, a gdy powoli zaczyna władać rozumem, zaczyna nadużywać tej uwagi i troski. Niestety, prawie wszyscy rodzice dziś nie są przygotowani do tej wielkiej roli wychowawców swego własnego potomstwa[6] i dlatego zupełnie poddają się wszelkim kaprysom swych „pociech”. A trzeba je zaprawiać do solidarności, współodpowiedzialności za bliźnich, za rodzeństwo, za ubogich i potrzebujących. Bez tego nasze społeczeństwo dorastających samolubów w krótkim czasie ulegnie samozagładzie.

Jest to szczególnie ważne z punktu widzenia sprawy katolickiej, która tak słabo się rozwija w Polsce[7]. Na brak ducha solidarności wśród katolików narzekali katolicy integralni już sto lat temu[8], dziś też nie ma powodów do zadowolenia. Trzeba w dzieciach i młodzieży katolickiej rozpalać ciągle ducha ofiary, wielkoduszności, poświęcenia.

Na koniec generałowa Zamoyska mówi o obowiązku modlitwy za dusze zmarłych, który również wynika z wiary w świętych obcowanie. Jak bardzo jest to ważne, sam Kościół daje do zrozumienia przez obfite odpusty przypisane modlitwom i praktykom pobożnym za dusze zmarłych. Nie trzeba tu tego jednak rozwijać, bowiem akurat my, Polacy, o tym na ogół pamiętamy.

Całe Credo śpiewamy co niedziela na Mszy świętej. Padają tam słowa sanctorum communionem. Katolickim dogmatom nie wolno zaprzeczać, nie wolno podawać ich w wątpliwość, lecz ten „minimalizm” nie wystarczy, by pójść do nieba. Trzeba podług nich żyć, i to nie byle jak. Jak widzimy, wiara w świętych obcowanie jest bardzo płodna wychowawczo. Trzeba tę prawdę wiary rozważać, przejąć się nią, a ciągła pamięć o świętych obcowaniu pomoże nam właściwie i po katolicku odczuwać ciągłą odpowiedzialność za bliźnich, obowiązek pomocy materialnej i moralnej, zgodnie z radami ewangelicznymi, oraz ochoczego (lecz i roztropnego) wypełniania obowiązków miłosierdzia względem ciała i względem ducha.

Induite vos sicut electi Dei, sancti et dilecti, viscera misericordiae, benignitatem, humilitatem, modestiam, patientiam: […]. Super omnia autem haec caritatem habete, quod est vinculum perfectionis: et pax Christi exsultet in cordibus vestris, in qua et vocati estis in uno corpore (Col III, 12-15 – lekcja z V niedzieli po Objaw. Pańskim, w tym roku XXV po Zesł. Ducha Św.), … „Pokój zaś Chrystusowy, do którego też wezwani jesteście w jednym ciele, niech panuje w sercach waszych”.

E. Ostrzyhomski

Przypisy:

[1] Nakł. Biblioteki Kórnickiej, Poznań, b.d. (lecz jest to oryginalne wydanie z 1907 r.).

[2] Pod wpływem modernistycznej „wiary” dziś mało kto potrafi przytoczyć cytat z Pisma św. do rzeczy. Szermuje się czasami na lewo i prawo cytatami z Pisma św. tylko po to, żeby uzasadnić swoje własne błędne mniemania.

[3] Piszę „parafii” w cudzysłowie, ponieważ dziś wszystkie kanonicznie erygowane parafie padły ofiarą modernistycznej rewolucji soborowej. Chodzi tu zatem o „wspólnotę kapliczną”, wiernych z tej samej kaplicy.

[4] Społeczność rodzinna składa się z trzech społeczności: małżeńskiej, rodzicielskiej i societas erilis, co można tłumaczyć jako społeczność domowa, gospodarska. Społeczność małżeńska składa się z małżonków: męża i żony i określa stosunek między nimi zachodzący. Społeczność rodzicielska składa się z rodziców i dzieci i określa stosunek między nimi panujący. Społeczność domowa składa się z pana i sług i stosunków między nimi panujących. Ta ostatnia jest naturalna i jest zupełnie innej natury niż ta, która powstaje wskutek umowy. Niestety, z powodu zwłaszcza socjalizmu przestała w zasadzie istnieć. Gdy na łamach „Myśli” zajmiemy się filozofią polityczną bez wątpienia omówimy i to zagadnienie.

[5] Elementów cnoty roztropności, zwanych jej częściami integralnymi (partes integrales), jest osiem: pamięć, zmysł rzeczywistości, spolegliwość (docilitas), domyślność, zdrowy sąd, umiejętność przewidywania, oględność i zapobiegliwość. Podaję je tu za o. Woronieckim (Katolicka etyka wychowawcza, tom II/1, KUL, 1986, §36.1-4, ss. 32-42), lecz docilitas tłumaczę jako spolegliwość, a nie ufność czy zaufanie. Roztropność również wymaga odrębnego opracowania, które z pewnością pojawi się na łamach „Myśli”.

[6] Nie jest to mój wymysł, lecz już Ojciec święty Pius XI o tym mówił w Divini illius magistri: „Pragniemy wszakże w szczególniejszy sposób zwrócić Waszą uwagę, Wielebni Bracia i Kochani Synowie, na opłakania godne dzisiejsze obniżenie rodzinnego wychowania. Objęcie urzędów i różnych zawodów życia ziemskiego i doczesnego, z pewnością mniejszej doniosłości, poprzedzają długie studia i dokładne przygotowania, podczas gdy do spełnienia podstawowego urzędu i obowiązku wychowania dzieci, dziś wielu z rodziców mało, albo zgoła nie jest przygotowanych, gdyż zbyt są pogrążeni w doczesnych troskach”. Zaś w tomie II (Praktyka) Podręcznika Akcji Katolickiej można przeczytać a propos urobienia rodzinnego Związku Mężczyzn Akcji Katolickiej: „Szczególny nacisk należy kłaść na obowiązki wychowawcze, nieznane wielu rodzicom katolickim, o których mają niejasne pojęcie nawet członkowie naszych stowarzyszeń” (wyd. I z 1935 r., s. 103). Stowarzyszenie im. Ks. Goliana pragnie zaradzić, w granicach swych skromnych możliwości, dzisiejszej pladze analfabetyzmu wychowawczego poprzez dobre rady, polecane lektury, teksty na łamach „Myśli Katolickiej”.

[7] W porównaniu np. z Węgrami, gdzie wczoraj (11 XI), po czterech latach „sedewakantyzmu” w tamtym kraju, bp Sanborn poświęcił ich własną kaplicę (budynek na własność). Dlaczego tam się udało to, co w Polsce wydaje się niemożliwe, napisane jest tutaj. Jak tam napisaliśmy, uważamy, że u nas potencjał mamy większy, ale został on zaprzepaszczony przez ludzi i trzeba dziś zaczynać tak naprawdę od początku.

[8] „Solidarność” (Z „Correspondance de Rome”) (w dziale „Do naszego obozu”), „Myśl Katolicka”, rok III (1910), nr 23, ss. 226-227.

2 thoughts on “Alter alterius onera portate – o odpowiedzialności za bliźnich (a propos uroczystości Wszystkich Świętych)

  1. „Ani nie boimy się prawdy, ani panicznie nie boimy się sprzeciwu. My polemizujemy rzeczowo, podając konkretne dowody, więc czy to zbyt wiele wymagać tego samego? Domagamy się po raz kolejny od wszystkich naszych przeciwników, starych i nowych, by przedstawiali argumentację rzeczową, (…)” źródło: https://myslkatolicka.org/2018/11/23/klon-mm/ (zakończenie)

    Biorąc powyższe pod uwagę – gdzież więc jest mój komentarz jakiś czas temu pod tym artykułem zamieszczony i odpowiedź na niego ? Komentarz ów był rzeczowy, poparty dowodami.

    • Odpowiadanie na komentarze nie jest naszym priorytetem, przygotowujemy mnóstwo artykułów własnych, tłumaczeń, wykłady. To nam zajmuje najwięcej czasu bo jest najbardziej wymagające. MK nie jest kolejnym forum dyskusyjnym.

      Pewien czas temu w kilkanaście godzin pojawiło się mnóstwo Pańskich komentarzy, co nas oczywiście nieco „zraziło” do Pana (wybaczy Pan termin, z braku lepszego). W ostatnim czasie jest ich znacznie mniej. Na te bardziej wartościowe chętnie odpowiemy. Na przykład na ten o Zamojskim odpowiedź już powstaje, ale na tę chwilę mamy ważniejsze tematy do opracowania. Ale ten komentarz nie był do końca poparty dowodami, bo Wikipedia nie jest dobrym źródłem, zwłaszcza gdy jest jedynym. W każdym razie prosimy o cierpliwość.

      A tak naprawdę zachęcamy do przemieszczenia się na Mszę non una cum i zapraszamy do dyskusji po Mszy. Od lat staramy się zorganizować takie spotkania i nam to jakoś wychodzi. Nikt inny tego nie robi (nawet nasi wrogowie, jeśli są uczciwi, to mogą potwierdzić), za to jest wielu fejsbukowych „sedewakantystów”. My wolimy dyskusje osobiste nad wszelkie internetowe, zwłaszcza na fejsbuku, gdzie łatwo zostać zakrzyczanym przez różnych „narodowych-radykałów” i „separatystów rasowych”, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią, a przeciwnikowi zarzucają chorobę psychiczną.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s