My, połowiczni katolicy

W wielu przytoczonych już przez nas cytatach można było wyczytać krytykę naszych narodowych wad. Trudno nam, Polakom, przychodzi czytać twarde słowa, tym trudniej, że rzadko traktowani jesteśmy, na arenie międzynarodowej oraz krajowej, z sympatią i wyrozumiałością. Domagamy się więc, by mówiono nam „same miękkie, pocieszające rzeczy” (S. Brzozowski, który widział problemy naszego narodu, choć był daleki od naszego obozu). Od miękkich i pocieszających rzeczy będziemy, co prawda, pokrzepieni na duchu, ale nie będziemy ani lepszymi ludźmi, ani lepszym narodem. Należy odróżnić krytykę pochodzącą z miłości ojczyzny i narodu od atakowania wynikającego z niechęci i pogardy.

Dla takich autorów jak generałowa Zamoyska, o. Woroniecki, redaktorzy i współpracownicy dawnej „Myśli Katolickiej”, wcześniej ultramontanie, a jeszcze wcześniej ks. Skarga i inni, którzy w ciągu wieków utyskiwali na to czy tamto, krytyka nie była zawoalowanym wynoszeniem się ponad ogół (jak ją rozumieją niektórzy, zaślepieni miłością własną), ale wyrazem dokładnego zrozumienia swoich obowiązków patriotycznych i dążenia do podniesienia ogółu. W tym celu wskazywali obszary życia religijnego, społecznego i prywatnego, które wymagały pilnej poprawy i konsekwentnego doskonalenia. Ale stałej, wytrwałej, nie polegającej na jakichś szczególnych „aktach” i „wyczynach”, na bohaterstwie dnia codziennego, jak powiedział o. Woroniecki, nie bohaterskich czynach wyjątkowych.

W poniższym artykule autor rozważa nasze niedomaganie, które polega na połowiczności w dziedzinie zasad religijno-moralnych. Chodzi o to, że łatwo popadamy w marazm i niestałość. Wymawiając się pracą, zmęczeniem czy brakiem czasu, zaniedbujemy formację religijną i w wierze tkwimy siłą przyzwyczajenia, nie przekonania. Ważne, by konsekwentnie, stale (regularnie) zgłębiana poważna lektura religijna (o której pisać na łamach „Myśli Katolickiej” będziemy, proponując dobre lektury) odzyskała swoje priorytetowe miejsce, przed lekturami czytanymi dla rozrywki czy z czystej ciekawości.

Anna Zofia P.

Połowiczni katolicy

I.

Ciągłe doskonalenie się jest obowiązkiem każdego człowieka, a więc w szczególności chrześcijanina, stosownie do nakazu Chrystusa Pana: „Bądźcie doskonałymi, jako Ojciec wasz Niebieski doskonałym jest”. Dlatego też każdy prawdziwy, szczery katolik winien wciąż dążyć do doskonałości moralno-religijnej, winien starać się osiągnąć coraz wyższy jej stopień, aby tym sposobem zbliżyć się do celu swego przeznaczenia – Boga. Stąd jednak wypływa zarazem wniosek, że wszelkie rozmyślne czy lekkomyślne uchylanie się od tego obowiązku musimy uważać za zboczenie z drogi prostej na krzywą, błędną, – uważać za samowolne pozbawienie się korzyści płynącej z dążenia do najwyższego Dobra i Prawdy.

Biorąc rzeczy z punktu widzenia nawet czysto ludzkiej praktyki, wiemy, że wszystko, co jest mniej doskonałe, jest też mniej trwałe, mniej pożyteczne, a nawet mniej estetyczne. A jednak my, Polacy, posiadamy ogólną wadę charakteru, utrudniającą nam drogę doskonalenia się. Pomijając ten szkopuł odnośnie do zajęć natury materyalnej, do pracy zarobkowej, pragnę tu zwrócić szczególną uwagę to nasze niedomaganie pod względem umysłowo-psychicznym.

Jest to, powtarzam, ogromna wada charakteru, czyniąca nas w dziedzinie zasad religijno-moralnych połowicznymi. Należąc do narodu, który wzrósł, zmężniał, został oświecony i ucywilizowany dzięki katolicyzmowi, tkwimy w nim przeważnie siłą tradycyi i przyzwyczajenia, lecz najmniej – przekonania. Wyjątkowo tylko zdajemy sobie sprawę z obowiązku, jaki na nas względem Kościoła ciąży, co do obrony przed atakami i zasadzkami wrogów, które od czasu walk religijnych nie tylko nie osłabły, lecz owszem, prawie z dniem każdym stają się czelniejsze i podstępniejsze. Ta tylko zachodzi różnica pomiędzy walkami z czasów wielkich herezyi i odszczepieństw a dzisiejszymi, że pierwsze nosiły cechę więcej brutalną i jaskrawą, odpowiednio do tła ówczesnych obyczajów, a ostatnie są więcej wyrafinowane, złośliwe, oszczercze, a co najgorzej – obłudne, bo zamaskowane rzekomą wolnością, postępem, tolerancyą, ba, nawet… taktyką!

W tej więc dzisiejszej walce ideowej katolika z jawnymi i ukrytymi wrogami religii i Kościoła potrzeba olbrzymiej siły przekonania, granitowej, niespożytej mocy Wiary, kryształowej czystości zamiarów i czynów! A my?… Czyż możemy z ręką na sercu nazwać się wszyscy całkowitymi, szczerymi katolikami, nie buntującymi się przeciwko Kościołowi, nie zdradzającymi Go nigdy? Chyba – nie… Toć każdy z nas ma, jak sądzę, wśród swoich znajomych, przyjaciół, a nawet bliższych mu krwią, może nawet wśród rodziny swojej – osoby, które, będąc z imienia tylko (lub w swem naiwnem przekonaniu) katolickiemi, pozostają w ciągłej rozterce z Kościołem, wyszukując w nim wad i błędów i chętnie dzieląc się swemi, wątpliwej wartości, spostrzeżeniami z bliższem otoczeniem, a nawet bezmyślnie – z pierwszym lepszym znajomym. Są to katolicy „połowiczni”, t.j. tacy, co, nie rozumiejąc swego wielkiego posłannictwa i zaszczytu, jaki im daje przynależność do św. Kościoła powszechnego, do Wiary jedynie prawdziwej, – marnują perły prawdy Bożej, trwoniąc je w mętach swej gadatliwości, lekkomyślności, ignorancyi i nierozsądku.

Nie sposób tu przytaczać wszelkich zarzutów, tak hojnie miotanych przeciwko Kościołowi przez tych połowicznych katolików, – dość powiedzieć, że one wysuwane są przy każdej sposobności i okazyjce, jak to widzieliśmy np. z powodu encyklik papieskich (w szczególności o modernizmie), z przyczyny powstania mankietnictwa, v. maryawityzmu, zbrodni Macocha, z racyi wykładów ks. prof. Zimmermana, wypędzania zakonników z Francyi i Portugalii, różnych jubileuszów, nie tylko heretyków, lecz nawet i Grunwaldu, no, i po drodze, z powodu niezłomnego stanowiska „Myśli Katolickiej” w obronie katolickiej zasady.

Zapewne, niejeden z tych połowicznych katolików poznałby swój błąd, gdyby głębiej wniknął w istotę katolicyzmu, gdyby nie z oderwanych szczegółów, ale z syntezy całości, z organicznej budowy tej Boskiej instytucyi czerpał swą naukę i natchnienie;gdyby, oprócz wątpliwej wartości czasopism i powieści, czytywał i dzieła poważniejsze, zwłaszcza z dziedziny apologetyki chrześcijańskiej, a choćby, gdyby tylko uczęszczał w niedziele i święta na nauki kościelne i przystępował częściej do Sakramentu Pokuty. Ale gdzie takich katolików szukać wśród t.zw. dzisiejszej „inteligencyi”? Oni tak mają czas zajęty pracą zarobkową, różnemi posiedzeniami, a zresztą teatrami, kabaretami, grą w karty, a panie – modami, wizytami i… plotkami, że doprawdy, po tak „nużąco” spędzonym dniu, poza gazetą i belletrystyką, nie stać ich na poważną lekturę i słuchanie kazań kościelnych.

To też niejeden z tych nominalnych katolików możeby się nawet zdziwił, dowiedziawszy się, że, występując z zarzutami przeciwko Kościołowi, buntuje się przeciwko samemu Chrystusowi (vide: „Zapoznawana prawda” przez ks. Szcześniaka). Niejeden znowu, krytykując zarządzenia papieskie, nie przypuszcza nawet, że się porywa z motyką na słońce, bo nie pojmuje, jak mówi poeta, że „takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”, podczas gdy widnokrąg Namiestnika Chrystusowego roztacza się na cały glob ziemski, zamieszkany przez różne ludy Mu podlegle.

(Dok. n.)                                                                                                        

L.M.S

Przepisała Anna Zofia P. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok IV (1911), nr 15, ss. 142-143. Podkreślenia A.Z.P.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s