Kazanie ks. Zygmunta Goliana o wychowaniu rodzicielskim (drugie, o karności)

[Kazanie pierwsze, ogólne]

Drugie kazanie ks. Goliana z cyklu o wychowaniu jest treściwym zbiorem praktycznych przykładów ilustrujących niewłaściwe podejście rodziców do wychowania, niepedagogiczne postępowanie czy niesprawiedliwe stosowanie kar. Pomimo upływu tak wielu lat i zmienionych warunków życia kazanie nie straciło na aktualności i może być pomocą dla tradycyjnych rodziców, którzy skarżą się często na brak dostępu do praktycznych wskazówek.

Po krótkim wstępie tłumaczącym, że jego karcące słowa wynikają z gorliwości o dusze wiernych, ks. Golian przechodzi do omówienia błędów wychowawczych skutkujących nieposłuszeństwem dzieci. Winą za owe błędy duchowny obarcza utratę przez rodziców, w szczególności ojców, autorytetu w oczach dzieci. Następnie omawia dwa skrajne podejścia do wychowania, którymi rodzice wypaczają, czasem bezpowrotnie, dziecięcy charakter. Pierwszą skrajnością jest wychowanie pobłażliwe, niepozwalające na zahartowanie charakteru, tak że dziecko przyzwyczajone w młodym wieku do uległości rodziców, do nieposkramiania swojej niesforności i do niećwiczenia się w cnocie, w późniejszych latach pobłaża samo sobie. Drugą skrajnością jest wychowanie okrutne i niesprawiedliwe, które „poniża, znikczemnia duszę dziecka i tamuje do niej na zawsze przystęp uczuciom szlachetnym”. Jakże ważne jest, by rodzice umieli właściwie rozróżnić, kiedy harda wola dziecka musi być mądrze naprostowana, a kiedy z kolei, wątła jak trzcina, wymaga wzmocnienia i oparcia o ich własną silną wolę! To rzeczy nieobecne w nowoczesnej pedagogice, opartej na zasadach Rousseau, która dla rodzica przeznacza co najwyżej rolę kamerdynera małego suwerennego władcy – dziecka, a nie rolę autorytetu i przewodnika.

C.D.

KAZANIE IIgie MAJOWE

O WYCHOWANIU DOMOWEM

KARNOŚĆ

[Karcące słowa wypływają z gorliwości]

Jakośmy przyobiecali, tak z łaski Bożej stajemy wpośród was z dalszym cięgiem naszego poselstwa. Wasza Miłość zebraniem swojem dowodzi, że pojmuje stanowisko nasze, że pojmuje myśl zajmującą nas obecnie. Mówimy gorzko; czujemy, że słowa nasze zastarzałe urażają rany – mówimy z powagą wyrzucającą cierpko wszelkie zło bez obwijania – mimo to jesteśmy słuchani. Z tej strony ktoby wam chlubnej nie oddał słuszności, sam byłby dziwnie niesłusznym. Jest postęp, postęp wielki – serce rośnie z radości – wprawdzie przykład dla nas kapłanów nieco zawstydzający, i dobrze zawstydzający – ale nic to – wstydźcie nas tu, w domu bożym – tu, gdzieśmy wam szczególniej przyświecać powinni – wstydźcie nas coraz wytworniejszą pobożnością waszą – my wzajem wstydzić będziemy Waszą Miłość w jej zachowaniu się domowem, rodzinnem, będziemy tam wstydzić wielką jeszcze niepobożność waszą. Tem śmielej uczyńmy to, im was lepiej ku temu widzimy usposobionych; tem gorliwiej im silniej przekonani jesteśmy, że to ku powszechnemu dobru naszemu; z tem większą miłością i tym większym zapałem, im więcej to dobro leży nam na sercu, im więcej z powołania naszego kochamy się w szerzeniu Królestwa Bożego i w całej spółeczności naszej i w każdej rodzinie i w każdej chrześciańskiej duszy.

Czynimy to z tem serdeczniejszą otuchą, że pod protekcyją naszej Przenajświętszej Matki i Królowej. Zda nam się, że karcąc Waszą Miłość w prawdzie – karcąc z tego miejsca, na którem nas, acz najniegodniejszych, wola Jej Syna postawiła – karcimy was od Niej – Jej słowem – w Jej duchu. Uważamy was tutaj jako swawolne dzieci – ale zawsze dzieci kochające matkę. Wczoraj jeszcze broiło się złe bez troski, bez myśli, z zaślepieniem umysłu, z zatwardzeniem woli. Dzisiaj dzieci jeszcze broją, ale po każdem złem wchodzą w siebie – a u nóg Matki płaczą i proszą – wołają przepraszając: „Spojrzyj o Przenajświętsza! – Czy gniewasz się na nas – wypogódź przepiękne Twe oblicze! O jako serce Twoje dla grzechów naszych siedmiu mieczami przeszyte! Boli nas Twoja boleść!” – I nuż potem wydobywać z duszy co najtkliwsze imiona: „Matko najśliczniejsza, Matko najmilsza, Matko przedziwna!” na co się jeno miłość zdobyć może, tem pragniemy zagoić, utulić Jej boleść – łzę Jej na łzę litości zamienić, smutne oblicze uśmiechami rozjaśnić; a Matka zniewolona dowodami żalu, pieszczotami dziecinnej, przepraszającej miłości – odpowiada zrazu surowo i karci – bo jeszcze jest Matką, bo nas kocha sercem matki pragnącej widzieć dziatki swoje dobre, a tem samem szczęśliwe – więc i gorzko napomina – ale zawsze jako matka, co to jeszcze niby się gniewa, ale płaczącym tkliwą dłonią łzy ociera i mówi: „No już cicho, przebłagam ja Ojca, tylko się poprawcie!”

[Konieczność ciągłej naprawy życia]

Tylko się poprawcie! to warunek nieodzowny. W pierwszej już nauce mówiłem wam, co zapewne i sami dobrze czujecie, że niedopełnienie tego warunku, wciąż opóźnia skuteczność wstawienia się Maryi– a co gorsza, że im dłuższa odwłoka, tem cięższa nad nami ręka sprawiedliwości boskiej. Marya jest ucieczką grzeszników, ale grzeszników pokutujących. Grzeszyć wciąż, grzeszyć całem życiem, grzeszyć w najważniejszych stosunkach i obowiązkach, i wołać do Matki Chrystusa: „Módl się za nami”, jestto znieważać Jej współboleść i politowanie nad zasłużonymi cierpieniami grzeszników – znieważać Jej Syna. Święta jest rzecz modlić się, śpiewać litanie, ale żebyście je śpiewali dwadzieścia razy na dzień bez szczerego przedsięwzięcia poprawy – żebyście się jak najwidoczniej poprawili w Kościele, spobożnieli w modlitwach, jeżeli się nie poprawicie i nie spobożniejecie w samych sobie, w domach waszych, w rodzinach, jęk nasz przyciągnie tylko grzmot gniewu Bożego, a błagalny głos Maryi, nie powstrzyma piorunu, bo Ona cała Boża przeciw woli Bożej nie zasłoni nikogo.

I oto dlaczego tak silnie nastajemy na upobożnienie rodzinnych stosunków, z których zresztą wszystko dla nas płynie.Wzięliśmy niejako w pierś naszą rozbolałe serce Maryi, i narzekamy na was, jak narzeka matka na niepoprawne dzieci – narzekamy ubolewając i prosząc.

Tak narzekając na zaniedbanie wspólnej domowej modlitwy, prosiliśmy z całej duszy o jej przywrócenie, tak potem ubolewając gorzko nad zaniedbaniem chrześciańskiego wychowania dzieci, błagaliśmy was o gorliwe rozmiłowanie się ku temu w rzeczach Boskich i dla was samych i dla dzieci waszych – tak i dzisiaj uskarżać się na toż będziemy, a wystawiać bolesne skutki niekarności w wychowaniu dzieci – w czem bym wam tem pewniej słowo od Przenajświętszej tej powiedział Matki, proszę pozdrówmy Ją, a wzajemną sobie u Niej w tej tak ważnej rzeczy wyjednywajmy pomoc.

ZDROWAŚ MARYO!

[Powody i skutki pobłażliwości]

O rodzice! czy wiecie wy, że nic wam tak wyraźnie nie zalecają Księgi święte, jak zachowanie w uczciwej karności latorośli waszych. Nieszczęście wielkie, jeżeli rosną dziko nie w Chrystusowej, ale w ziemskiej zgniłej atmosferze, jeżeli rozrastając się cieleśnie, marnieją na duchu bez odrobinki Bożego pokarmu – ale równie wielkie nieszczęście, jeżeli straciwszy w ich oczach powagę; pozwalacie tym na pół umarłym wielkim głodem duszom, dobijać się samobójczo. Jeżeli zamiast je porwać, kiedy więdnąc dojrzewają, pod wpływ czyście Boży, i ścisnąć wędzidłem rozzuchwalone już, ale jeszcze miękkie żądze – zdusić zawczasu stugłową hydrę – na krzyż karności wbić niesforność dziecka, by się potem samo umiało na krzyż przybijać – wy je samopas puszczacie – o biada wam, biada dzieciom waszym, biada spółeczności, lepiejby wam było nie zwać się ojcami – im lepiejby było nie zwać się dziećmi waszemi. Słuchajcie co mówi Duch św. Przez usta Mędrca: „Masz syny? ćwicz ich a nachylaj ich z dzieciństwa. Masz córki? strzeż ich panieństwa a nie szafuj im weselem oblicza… (Ecl. VII 25 26).” Kto ćwiczy syna swego, czyni zazdrość nieprzyjaciołom, a między swymi najduje zeń chlubę.” On umrze jakoby nie umarł! „bo zostawi po sobie podobnego sobie.” Zostawi obrońcę domu przeciw nieprzyjaciołom, a przyjaciołom wdzięcznego dobroczyńcę”… A dalej jeszcze: „Pieść syna, a będziesz drżał przed nim; igraj z nim a zabolejesz, będziesz pił gorycze…” (Ecl. XXX 9) Jak rumak stepowy nieujeżdżony staje się twardousty, tak dziecko rozpustne staje się nieugięte. Śmiej się z nim, wnet będziesz żałował, a na ostatku ścierpną zęby twoje – nie ćwicz go, a wnet się obrazisz o szkaradność jego… (Ecl. XXX 8). To Pismo św. tak mówi! A najlepszy Duch św. pedagog. On doradzał patryarchom, on doradzał starym przodkom naszym. Dziś kto się Go radzi? Wszystko też zmienione, przewrócone! – Kto się dziwisz nędzy naszej – patrz z jakiego źródła płynie.

Z łaski pobłażania, zniewieściałości naszych obyczajów, powaga ojcowska rozbrojona prawie, czemże jest dzisiaj? Niegdyś ojciec umiał karać z godnością i z godnością przebaczać, patryarcha i król w rodzinie tych karcił, owych zachęcał; jeszcze nie wypowiedział swej woli, a już ją wyczytano z oblicza i wzroku – kiedy zmarszczył czoło, syny co już domowi jego przysparzali chwały, a po za domem rej niepospolity wodzili, z pokorą uchylali swe głowy do ojcowskich kolan, i w milczeniu na przebaczenie czekali. Dziś jakże inaczej! Dzieciuch zaledwie dobędzie się z pieluch, już idzie o własnej wolności, osiwiałych rodziców traktuje zgóry. Nieuszanowanie w mowie i obejściu, spoufalanie się, lekceważenie w obec obcych często posuwane do żartów, do najgrawania – oto jest owoc tej przedwczesnej wolności, tych koncesyj niedołęstwa i pobłażania rodzicielskiego bez żadnego względu na Boga i na świętość obowiązków. Rodzice doczekawszy się jakiego takiego wyrostka, już go zwykli puszczać bez wędzidła „pędź gdzie chcesz, czyń do chcesz – masz już rozum, masz już lata.” Lata? jakie? 18, 20 lata najniebezpieczniejsze – chwila walki między duchem a błotem, chwila, w której szkarady i zgorszenia świata wszystkiemi porami sączą się wgłąb duszy, kiedy w sercu pożar, pożar w głowie, pożar w duszy, kiedy on sam cały pożar – wówczas puszczasz go na własną wolę? Ach to tak wygodnie! By powściągać, karcić, karać, trzeba poświęcenia, głosowi własnej krwi trzeba nie raz zadać gwałt. Ale by przeoczać błędy, pokrywać występki, pobłażać, psuć i tak zabijać ciało i duszę dziecka, o na to nie trzeba wiele – na to dość być samolubem!… „Ale bo dziecko takie dziwnie czułe, zaraz popada w zły humor, nie znosi wyrzutu.” Czy będzie takie czułe, kiedy dni twoje zaprawi goryczą, dom napełni zgryzotą – dobre imię twoje schańbi?… Ty dziś oszczędzasz mu łez, o nie jednę on tobie gorzką łzę wyciśnie!

[Prawdziwa miłość rodzicielska]

„Cóż więc chcesz, byśmy byli katami dla dzieci?” Nie, ja chcę tylko, byście byli dla nich samą miłością – ale tą miłością mądrą, świętą, Bożą, jakiej po was Bóg wymaga. O nie, ja nie mówię, by czoła wasze wiecznie chmurzyła surowość, lica wasze nigdy do nich nie przemawiały uśmiechem, by serca wasze nie przebaczały najmniejszej lekkomyślności wieku, Boże uchowaj – to tak dalekie od nas, tak nam owszem smutno i pomyśleć o tej drugiej ostateczności, że są rodzice, którzy wciąż z przekleństwem w ustach, ogniem w oczach, grzmotem w głosie, kaźnią w dłoni, chcą prowadzić swoje dzieci. Ojcze taki – gdybyś kochał twoje dziecię, tę wątłą trzcinę, podniósłbyś ją twoją dłonią, wzmocnił, oparł o swoją silną wolę, a nie wydzierałbyś tego życia, które ma od ciebie. Ale ty gorzej robisz, gorzej jakbyś zabił ciało, bo poniżasz, znikczemniasz duszę dziecka, tamujesz do niej na zawsze przystęp uczuciom ślachetnym, ty co zamiast sprawiedliwym – jesteś straszny, mściwy, dziki!

Od takiej surowości zachowaj nas Panie; takiej surowości nie chcę, brzydzę się nią, pogardzam, potępiam ją. Ale czyż ztąd wniosek, że wszelka powaga, wszelka surowość z wychowania winna być wygnaną. Okrucieństwo i brutalstwo nas oburza i słusznie, ale czy dlatego mamy pochwalać tę ślepą tkliwość, czułostkowość, która w dziecku nigdy nic do poprawienia nie widzi? Bądźcie łagodnymi, pozwalam, ale dla dobrych; ale czyż trzeba robić z dzieci jakieś bóstwa, i obchodzić złe ostrożnie, bojaźliwie, czcić je, czcić ich głupstwa, kaprysy – ojcze i matko! trzebaż wam być bałwochwalcami złośliwego ich dowcipu, najniebezpieczniejszych tak wczas rażących skłonności? Jestli to dobrze, że ledwie ukarawszy dziecko jak najsłuszniej, wnet je prosisz o przebaczenie, ledwie, że przed nim nie klękasz, prosząc by się nie gniewało? Jestli to dobrze, że się tak bardzo, z takiem uniesieniem przechwalasz, iż napominającej to lub owo odpowiedziało – to jest, że było nad swój wiek zuchwałe? Nie dość, że wymawiasz każdy błąd, wszelkie złe w dziecku, ale jeszcze je wysławiasz jako owoce szczęśliwego usposobienia, jako błysk rozwijających się zdolności… karmisz się, poisz się złudzeniem do tego stopnia, że sam nie widzisz w nim tego, co w nim wszyscy spostrzegają; tej wyniosłości i nieprzyzwoitości w ruchach, tej dumy w obejściu się, tej oschłości lub porywczości w mowie, tych przedwczesnych upodobań w rzeczach nawet dorosłym mniej przyzwoitych, tej chętki uchodzenia za człowieka skończonego, tego nadskakiwania podejrzanego, tej chęci elegancyi i t.d. Jakto, ty jesteś ojcem, ty matką, jesteście sędziami, którym Bóg sam złożył w ręce władzę wykonywania sprawiedliwości względnie waszych dzieci, a wy, czy te dzieci złe, czy dobre, chcecie je wciąż prowadzić dobrocią, tkliwością? Ach powiedzcie raczej okrucieństwem, nienawiścią; bo i proszę nienawidząc je nawet, cóżbyście im mogli wyrządzić gorszego! „Ach my surowo karzemy nasze dzieci, cóż kiedy nic nie można zrobić z nich dobrego.” Żałuję was bardzo, ale któż wie czyście sami niewinni. W jakiem to czynicie usposobieniu? Z jakiem uczuciem, w jakiej chwili, z jakiej przyczyny? Był powód nieraz do naganiania, do ukarania nawet – nie zrobiliście tego. Może dziecię uznało winę więc przeprosiło? To nie, byliście tylko w dobrym humorze, a teraz dziecko takie pokorne – uznaje, że źle zrobiło, przeprasza, nic to, gniewasz się bardzo, przeklinasz, bijesz, bo cię głowa zabolała, ten lub ów interes nie poszedł dobrze, coś nie było według gustu – i zaraz przypominasz złe przemilczane dwa, trzy, cztery dni wstecz, i co wówczas pominąłeś uśmiechem dziś karzesz – a w jaki sposób? za co? z jakiem twarzy wyrazem? jakiem słowem? Czy to sprawiedliwość? czy to miłość rodzicielska? Czy to miłość Tego, który cię uczynił ojcem, matką?

„Ale to już nie dziecię – to już przecie dorosły lub dorosła, mają rozum – czują to, poznają – że mnie ojcu, że mnie biednej matce ich szczęście na sercu, a pomimo tego nie chcą się poprawić!” Tak, to prawda, są charaktery niepokonane; groźba ich gniewa, kara zawstydza, pobłażanie psuje, ani rozumem, ani powagą nie dojdziesz z niemi do ładu. Macie takie niedobre, niegodziwe dzieci? Żałuję was, bardzo żałuję; ale czy nie ma już sposobu? Czy już wyczerpaliście wszelkie środki? Słuchaj matko – to prawda, że gdy wiek dziecinny minie, gdy młodość przyjdzie z instynktem wolności wówczas wychowanie trudne. Młodzieńczej duszy ciąży wszelaka powaga, wszelki rozkaz, wszelkie jarzmo jest nieznośne – ale twoja powaga, o matko nie traci nigdy słodyczy. Bądź tylko pełną miłości Bożej – bądź pobożną! Prawda z ust pobożnej matki mimo oporu trafia do serca, a kiedy opór złego dziecka wyczerpnie wszystko co dlań miało jej serce, kiedy się zupełnie rozbroi, jeszcze jej pozostaje jedna potęga, jeszcze jej zostały łzy… Łzom matki kto się ostoi… Gdybym miał najtwardsze serce, i na wszystko był nieczułym, nie pojmuję jeszcze jakbym się oparł łzom matki. Oh! łza matki najtwardszą duszę przeniknie, spadnie na samo dno serca, w natajemniejszy wsączy się zakątek i rozbroi, bo człowiek nie jest tygrysem, bo może się wylać na wszystko złe, o wszystkiem o sobie samym zapomnieć – ale choćby chciał, zapomnieć nie może, że pod sercem matki żyć począł, pierwszy raz odetchnął – i choć zapomni cierpieć własnym sercem, to widok łzy, którą wycisnął boleśnie z serca własnej matki zaboli go bardzo i nadewszystko rozczuli!

„I to już mało?…” bo zaślepiony porwany wirem najszaleńczych uczuć, piekielnem łakomstwem świata lub rozpusty. To podnieście serca do tego, który w ręku swojem trzyma serca wszystkich ludzi. Zrobiwszy coście mogli, błagajcie Boga, by zdziałał to, czego wy już nie możecie. Proś ty matko, jak niegdyś św. Monika – Mówiłaś już długo nieugiętemu Augustynowi o Bogu, o Jego dobroci, Jego strasznej sprawiedliwości – błagałaś ze łzami, by wrócił na drogę prawdy i cnoty – na próżno! próbuj teraz mówić o twym dziecku z Bogiem wielkiego miłosierdzia i wierz, że tam łzy twojej boleści trafią, że się dziecko twej modlitwie i twym łzom nie oprze.

To co do karności w chrześciańskiem wychowaniu, resztę już zostawmy na później da Bóg doczekać – a teraz prośmy w pobożnych pieśniach Rodzicielki Chrystusowej o łaskę dla rodziców – i o łaskę dla dzieci. Amen.

Przepisała C.D. Źródło: ks. Zygmunt Golian, Kazania niedzielne, świętalne, passyjne i majowe, Wydawnictwo Dzieł Katolickich, Naukowych i Rolniczych, Kraków, 1858, ss. 592 – 599. W tekście poprawiono małe litery na wielkie w zaimkach odnoszących się do Pana Boga lub Matki Bożej. Podkreślenia i śródtytuły w kwadratowych nawiasach od C.D. Kazanie trzecie i czwarte wkrótce.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s