O szkołę gruntownie katolicką

Jak tragiczne owoce przynosi dzisiejsza „szkoła”, widać na każdym kroku, na ulicy, w autobusie, w sklepie, w parku… Eutanazja i zrównanie „par” sprzecznych z naturą z małżeństwem w naszym niekatolickim narodzie i państwie to tylko kwestia pewnie kilkunastu lat (choć niektórzy myślą, że nastąpi to szybciej). Oto wynik odejścia od Boga, zwłaszcza w domu i w szkole, a różne „konserwatyzmy” tego nie powstrzymają.

Wśród tradycjonalistów nie jest znacznie lepiej. Rodzice w różnych krajach, nie tylko w Polsce, dziwią się, że ich dzieci opuszczając dom całkowicie porzucają praktykę sakramentalną i wiarę. Jest to oczywiście pierwszorzędna wina rodziców zaniedbujących wynikający z samej natury obowiązek wychowania potomstwa po katolicku, a nie liberalnie, i integralnie, a nie „minimalistycznie” (o czym mówił np. ks. Belmont). Dawno już temu ks. Zygmunt Golian wypominał to nam, Polakom: „wychowanie domowe w ogóle pozbawione wszelkiego charakteru Ewangielicznego, jest jedną z naszych najokropniejszych plag” (źródło). Trzeba jednak wychowywać nie tylko religijnie, lecz wszechstronnie (roztropność, męstwo, wielkoduszność, cnoty przyrodzone, etc. etc.).

Nie tylko wychowanie w domu leży odłogiem. Rodzice zaniedbują też zupełnie niemniej ważną kwestię szkolną. Niewielu się tym interesuje, niewielu inwestuje w to czas i pieniądze, a gdy się ponadto weźmie pod uwagę naszą skrajnie indywidualistyczną polską naturę, trudno się dziwić, że rodzice nie łączą się, by zakładać szkoły prywatne[1]nie radzą się wzajemnie, nie współpracują. Nie jest to rzecz łatwa, rzecz jasna, ale potrzeba do tego zmysłu organizatorskiego i w ogóle umiejętności rządzenia, z którą u nas bardzo słabo od dawna[2].

Zamiast zwalać winę na „świat”, „rząd”, a najlepiej „żydów i masonów”, trzeba się raczej obudzić z opieszałości i miękkości i wziąć się do ciężkiej pracy, w oparciu o czystą doktrynę katolicką. Bez takiego wychowania w domu i w szkole polska młodzież dalej będzie łatwo padać łupem deprawatorów, modernistów i innych wrogów Boga i Kościoła i gdy ona podrośnie, nasz naród dogoni najbardziej zdegenerowane społeczeństwa współczesne.

E. Ostrzyhomski

O szkołę

Społeczeństwa toną w niedoli i odmęcie burz rewolucyjnych i niemoralności, a jeden tylko na to ratunek istotny i gruntowny – to odbudowanie i odrodzenie społeczeństw przez szkołę.

Nic też dziwnego, że paląca kwestya szkolna jest dziś na ustach wszystkich nietylko u nas, ale i w całym cywilizowanym świecie. Doniosła, pełna taktu i mądrości politycznej mowa Dmowskiego w Dumie wykazała tak jasno potrzebę szkoły polskiej, że w kwestyi potrzeby szkoły takiej dodać nic prawie już niepodobna, chyba to tylko, że gdyby jej nasze społeczeństwo nie otrzymało, to nietylko samo straciłoby na tem, ale straciliby także ci wszyscy, którzy w sferę obcowania czy to prywatnego czy też politycznego, z nami wchodzą. Miliony ludzi nieufnych i niezadowolonych – to ferment dla żadnego społeczeństwa niepożądany. Fakt bijący w oczy, nie potrzebujący objaśnień.

Co innego jednak potrzeba tej szkoły, a co innego, jaką ta szkoła ma być. O to, nie zaś o tamto toczą się walki i spory.

Szkoła nie może pozostać taką, jaką dotychczas była. Społeczeństwo musi się zdobyć na energię i postawić szkołę jeżeli już nie na wysokości zadania pod każdym względem, bo to nie od razu da się osiągnąć, to przynajmniej – na zdrowym i jedynie pewnym fundamencie, i o to starania czynić, o to zabiegać winno. Inaczej, jakkolwiek ta szkoła będzie nazwana i ktokolwiek będzie ją przewodził, nie zmieni to postaci rzeczy, że szkoła będzie niecelowa i zła.

Publiczna szkoła polska, w krótkim okresie swego istnienia, jeśli miała błędy, to były one rezultatem dwóch przyczyn:

a) niepomyślnych uprzednich warunków wychowania, co nie wypływało z jej winy;

b) i oparcia szkolnictwa nie na Kościele, co już było jej winą.

Ten błąd ostatni stanowi cechę charakterystyczną nietylko szkoły naszej, lecz w ogóle szkolnictwa wszędzie. Pomimo coraz to nowych ulepszonych systemów, stosowanych w wykładach; pomimo coraz bogatszych i coraz bardziej pomysłowych pomocy naukowych; pomimo coraz większego rozwoju studiów pedagogicznych – szkoła w początkach XX wieku gorzej kształci i gorzej wychowuje niż szkoła z przed lat. Fakt to niezbity, i nawet najbardziej zaślepiony zwolennik i wielbiciel współczesności nie zdoła tej smutnej prawdzie zaprzeczyć. Do szkoły dziś, niestety, najczęściej uczęszcza się nie po prawdę, lecz po błąd.

Zwłaszcza niektóre przedmioty nadużywane są w celu propagandy antyreligijnej, a szczególnie antykatolickiej. Do takich przedmiotów zaliczyć można mianowicie historyę, tak powszechną jak i poszczególnych krajów, oraz historyę literatur wszelkich. Podręczniki przepełnione bywają celowymi fałszami historycznymi i głuchą nienawiścią do Kościoła. Dawniejsze protestantyzują nieustannie, dzisiejsze zaś przemycają coraz jawniej liberalne, ateistyczne i antyspołeczne poglądy.

Fakt ten powtórzył się wszędzie. Przyczyną zaś jego jest walka, którą rewolucya wydała Kościołowi na dwa fronty: z jednej strony, tamując zasadom i poglądom katolickim dostęp do społeczeństw, a z drugiej strony, otwierając naoścież wrota wszelkim błędom. Pierwszy etap – to zawsze siejba protestantyzmu, a za nim już brutalnie toczy się cała orgia fałszywych teoryi. Wszędzie wpływ protestantyzmu szerzył się głównie przez naukę historyi, bo przeważnie wykładano ją z podręczników, ułożonych na podstawie dzieł protestanckich, co paczyło światopogląd i prowadziło do błędów filozofii racyonalistycznej, która jest logicznym protestantyzmu wynikiem.

Szkoły protestanckim duchem ogarnięte, szerzyły niechęć do Kościoła, przedstawiając go w fałszywym świetle swych własnych uprzedzeń i nienawiści.

Wszystko, co katolik czcić i kochać był winien w szkołach tych było ośmieszane lub dyskredytowane. Wycieczki przeciw papiestwu, drwiny z filozofii scholastycznej, zarzuty okrucieństwa, tyranii obskurantyzmu zohydzały Kościół i przedstawiały go, jako żądną panowania klikę ludzi, tamujących postęp, siejących ciemnotę i zabobony, z których dopiero myśl, odrodzona w protestantyzmie, świat wyzwoliła.

W tym duchu prowadzona nauka historyi sprawiła to wreszcie, że niechęć do Kościoła pomału stała się powszechną nawet wśród katolików.

Zło ciągłym powrotnym ruchem wzmagało się i opasywało duszę społeczeństw, jakby coraz obfitszemi więzami. Jak kanianka dusi koniczynę, tak więzy te tłumiły coraz bardziej życie duchowe społeczeństw. Nauczyciel sączył zło w ucznia, z ucznia wyrastał z czasem nauczyciel, który znów sączył zło w innych – istne perpetuum mobile.

W pewnej szkole np. w klasie III wykładano historyę Rosji z podręcznika, w którym traktowano kwestyę Husa, Lutra, sławnej „sprzedaży” odpustów, jezuickiej nibyto zasady „cel uświęca środki” i t.p. bądź historycznych przekręconych, bądź zupełnie urojonych faktów, nie mających żadnego przecie związku z historyą Rosyi. Rozdział o Lutrze rozpoczynał się słowami: „Powstał wreszcie ten, który śmiało i odważnie stanął na straży prawdy przeciwko fałszom, szerzonym przez duchowieństwo katolickie, i przeciwko nadużyciom papieża”. Jedenastoletnia uczennica, katoliczka, do tego stopnia przejęła się sączonymi w nią poglądami, że przysposabiając lekcyę w domu, z rozkoszą i zapałem na głos powtarzała sobie słowa powyższe, by zamanifestować swe liberalne poglądy i dążność oświatową.

Gdyby jeszcze owa szkoła szerzyła zasady, na których była oparta (działo się to w szkole rosyjskiej), byłoby to zrozumialsze, ale co za cel ta szkoła miała w szerzeniu zachwytu dla protestantyzmu – tego żadna logika ludzka wytłumaczyć nie zdoła.

Jakkolwiek wiemy dobrze, że w Kościele zdarzały się i zdarzać mogą nadużycia i rzeczy gorszące i smutne, boć on nie z aniołów się składa, – to jednak są to rzeczy, które dopiero umysł dojrzały właściwie i sprawiedliwie zrozumieć i ocenić może. Niema żadnej racyonalnej potrzeby kładzenia specjalnego nacisku na te rzeczy. Dopiero wyrobienie i ugruntowane przekonanie, wsparte wiedzą, może się z niemi spotkać bezkarnie. Tymczasem nam w szkołach od najniższych klas nietylko że z przesadną gorliwością opowiadano nadużycia istotne, ale nadto kładziono w głowę duby smalone o wielkości Lutra, o intrygach i zbrodniach Jezuitów,o wstrętnej pysze papieży i tym podobnych tendencyjnych fałszach.

Nauka szkolna, zamiast jednolitego kierunku, jedynie zdolnego wychować i wykształcić w całem znaczeniu tego słowa – dwoistym kierunkiem podawenej filozofii, innej w nauce religii, innej w całości przedmiotów szkolnych, wyrabia ludzi o dwoistym w życiu światopoglądzie.

Nic też dziwnego, że potem, jak słusznie wzmiankuje „Polak-Katolik” z dnia 3 lipca w artykule „Z Krakowa”, patrzymy na takie oryginalne objawy, że człowiek inteligentny, katolik praktykujący, wraca z kościoła od spowiedzi i zasiada sobie w domu najspokojniej do odczytania liberalnej gazety, którą, w dodatku, swym groszem katolickim popiera!

W duchowości ludzi zapanowała nieopisana chwiejność, zabrakło im bowiem kręgosłupa. Gorętsi w najskrajniejsze powpadali błędy i poodchodzili od Kościoła zupełnie; umiarkowańsi miotali się czas jakiś w nieopisanym chaosie, starając się pogodzić sprzeczność dwóch teoryi; protestanckiej i katolickiej i nie mogąc się z tych sprzeczności wywikłać, doszli do indyferentyzmu. Nie zarzucili praktyk życia katolickiego, lecz w teoryi o życiu społecznym i umysłowem poglądy liberalne w nich zatryumfowały.

Taki stan rzeczy obniżył moralność, w której też wkrótce przerażający nastąpił upadek. Ligi „wolnej miłości”, szerzące się wśród niedorostków i podlotków nawet, zbudziły wreszcie uśpione sumienie społeczne i zwróciły uwagę wszystkich na źródło demoralizacyjne szkoły.

Zamiast jednak wyrwać zło z korzeniem, zastosowywano tu wszystko, prócz jedynie i prawdziwie radykalnego środka. Z wielkim nieraz nakładem pracy i wielką ofiarnością niektóre szczegóły doprowadzano do doskonałości, lecz to zła bynajmniej usunąć nie zdołało, gdyż, podobnie jak w życiu człowieka upadłego poprawa dopiero wtedy następuje, gdy człowiek ten z gruntu duszy do Boga się nawraca i w prawdzie wobec Niego staje, – tak też i wychowanie społeczeństw tylko jawny, szczery, bezwarunkowy powrót do Boga uleczyć zdoła. A na to trzeba, aby całokształt wykształcenia nie dawał chaosu pojęć, lecz na pewnych i stałych podstawach wiary prawdziwej poglądy ludzi gruntował. Tego zaś dokonać może jedynie tylko szkoła wyznaniowa.

Międzywyznaniowy charakter szkół wpływa na zamilczanie prawdy, gdyż, by nie urazić i nie zadrażnić uczuć religijnych dzieci obcego wyznania, wiele kwestyi drażliwych, a jednak bardzo potrzebnych, nie porusza się wcale i przez to o religii dowiadują się dzieci nie z całokształtu nauk, lecz jedynie na lekcyach religii. Przez to religia staje się czemś odrębnem od całości życia i wiedzy, czemś do pewnego stopnia obcem, odświętnem tylko.

Katolikom nie może wystarczyć postawienie szkolnictwa na zasadzie tylko religijnej, gdyż zasada ta nie zabezpiecza wychowania od wpływów heretyckich. Wszakże protestant, żyd, mahometanin, mankietnik mogą być ludźmi wysoce religijnymi; na jakiejże zasadzie przy podobnym ustroju szkolnictwa wstęp na stanowisko nauczyciela w szkołach naszych mógłby im być wzbroniony?

Kościół zawsze tej zasady przestrzegał, by heretycy i bezwyznaniowcy do dusz dziecinnych nawet dotykać się nie mogli. Warto przytoczyć choćby dekret Św. Oficjum z roku 1866. Według tego dekretu, katolikowi, który ma możność korzystania ze szkoły katolickiej, niewolno posyłać swych dzieci do szkół, utrzymywanych przez heretyków.

Zakaz ten Św. Officium jest sub gravi[3] z powodu niebezpieczeństwa, na jakie narażone są dusze dzieci, oraz z powodu publicznego zgorszenia.

Zakazuje tego nawet prawo naturalne, gdyż powierzenie dzieci opiece wychowawcy-heretyka naraża na niebezpieczeństwo ich dusze. Dlatego też uważać można za winnych grzechu śmiertelnego tych rodziców, którzyby bodaj przez miesiąc, a nawet i krócej, posyłali swe dzieci do szkół heretyckich.

Jeżeli rodzice w danej miejscowości nie mają szkoły katolickiej, winni raczej, jeśli środki im na to pozwolą, posłać swe dzieci do innego kraju, a nie oddawać ich do szkoły heretyckiej. Koszta i boleści rozłąki z dzieckiem nie są dostatecznym powodem, któryby upoważnić mógł rodziców do korzystania ze szkół, utrzymywanych przez heretyków.

W razie gdy niema katolickiej szkoły, do którejby rodzice mogli posyłać swe dzieci, Biskup może w poszczególnych wypadkach pozwolić, by dzieci uczęszczały do szkół, utrzymywanych przez heretyków, lecz pod dwoma warunkami:

1) Że nie będzie tam książek wrogich Kościołowi, i 2) że biskup, proboszcz, a zwłaszcza rodzice użyją stosownych środków, by odwrócić od dziecka niebezpieczeństwo zgorszenia.

Jeżeli rodzice, posyłając swe dzieci do szkół heretyckich, mają na celu stopniowe przygotowanie dzieci do apostazyi, – podlegają klątwie kościelnej. Jeśli zaś tego zamiaru nie mają, klątwa ich nie dosięga, – popełniają jednak ciężki grzech zgorszenia względem swych dzieci, które bez należytego powodu i należytych ostrożności narażają na codzienny wpływ nauczycieli-heretyków; popełniają grzech ciężki zgorszenia względem parafii, gdyż ufnością swą, okazywaną szkołom heretyckim, i przenoszeniem tych szkół nad szkoły katolickie uzuchwalają heretyków do trwania w ich błędach, a innym rodzicom katolickim dają zły przykład, zachęcający do naśladowania; popełniają grzech ciężki publicznej pogardy względem prawa kościelnego, które zabrania posyłać dzieci do szkół mieszanych, utrzymywanych przez heretyków.

Takich więc rodziców uważać należy za publicznych grzeszników i gorszycieli. Taka nauka zawarta jest w dekrecie Św. Officium. Gdy do połowy XIX wieku szkolnictwo wyłącznie prawie zostawało w ręku zakonów, społeczeństwo miało gwarancyę wychowania młodzieży w zdrowej atmosferze prawdy i dobra gdyż Kościół czuwał nad moralnością nauczycieli i nad nauczaniem, mając z urzędu swego możność kontrolowania nietylko zewnętrznej działalności nauczycieli, lecz i dopilnowania najtajniejszych głębin ich ducha.

Bluźnierca, cynik i wszelakiego rodzaju gorszyciele niełatwo w progi szkolne wkraść się mogli; zresztą społeczeństwo szanowało jeszcze duszę dziecka i oburzało się na myśl gorszenia maluczkich.

Przeróżne zarzuty czyniono szkołom zakonnym. Zapewne, w instytucyach ludzkich bez usterek obejść się nie może, więc i w szkołach zakonnych mogły być usterki, wynikające bądź z ułomności ludzkiej, bądź z pojęć pedagogicznych danej epoki. Nic jednak zastąpić nie zdoła tego otoczenia ludzi, poświęcających bogactwa, talenty, naukę, tytuły i zaszczyty świata dla idei wychowania ludzi w myśl Bożą; nic zastąpić nie zdoła tej wyższej atmosfery moralnej, wśród której wzrastały młode pokolenia. Kasata więc szkół zakonnych ciężką krzywdę wyrządziła społeczeństwom. Żadna, najlepiej nawet postawiona szkoła świecka, krzywdy tej wynagrodzić nie zdoła, gdyż najszlachetniejszy nauczyciel świecki nie świeci dzieciom przykładem tak wysokiego ideału życia, jak nauczyciel zakonnik.

A cóż dopiero mówić o takich np. wypadkach, gdy dzieci widzą, jak nauczyciel pijany zatacza się na ulicy i brutalnie zaczepia przechodzące kobiety?

Kilkanaście lat temu nauczyciele pewnej szkoły średniej w Królestwie po sutych libacyach tak ślicznie się zachowali, że aż znaleźli się w kozie. Nazajutrz uczniowie napróżno w klasach wyczekiwali profesorów swoich…

Szkoła zakonna takiego zgorszenia nie dawała. Mają jeszcze szkoły zakonne i tę przewagę, że nie obciążają budżetu państwowego tak, jak szkolnictwo świeckie. Nauczyciel zakonnik nietylko nie pobiera pensyi, lecz nieraz znaczny swój majątek prywatny, prócz bezinteresownej pracy całego życia, niesie nauczaniu w ofierze. Gdyby nawet nauczyciel-zakonnik, sprzeniewierzając się swemu powołaniu, nie chciał nawet słyszeć o umartwionemu życiu, i podniebieniu swemu jak najbardziej dogadzał, to jednak nie kosztowałby społeczeństwa tyle, co przeciętny nauczyciel świecki, obarczony rodziną i pełen apetytów ziemskich. Gruntowną nieznajomość spraw szkolnych zdradzają ci katolicy, którzy, narówni z heretykami, potępiają szkoły zakonne, – te szkoły, które tak sławne jednostki i tak dzielne pokolenia wychowały światu. Jeżeli bezbożność na coś bardzo gwałtownie powstaje i coś zwalcza z całą zaciekłością, to, musi owo „coś” strasznie psuć jej szyki.

Gdy wróg zdobywa fortecę, to ku opanowaniu najważniejszych jej punktów skierowuje całą energię. W starciu dwóch prądów – wiary i niewiary szkoła wyznaniowa była tym jednym z najważniejszych punktów fortecy, była tym szkopułem, o który zamachy niewierzących najczęściej się rozbijały, i dlatego to postarali się oni, by nawet samą ideę takiej szkoły zohydzić światu. I można powiedzieć, że im się to udało. Najlepszym dowodem jest to, że dziś wielu katolików w imię źle zrozumiałego postępu również zwalcza szkołę wyznaniową.

Gdy stronnictwa wywrotowe z całą energią i siłą biją na szkołę wyznaniową, – robią źle, błądzą, ale są przynajmniej w zgodzie z logiką programów swoich; ale katolicy, zwalczający zasadę szkolnictwa wyznaniowego – to anomalia, to tchórze, to zdrajcy nietylko sprawy Kościoła, ale i własnego społeczeństwa.

Prócz tego ze strony katolików jest to dowód wielkiej ignorancyi istotnych potrzeb szkolnictwa. Dzięki całym szeregom podobnych ignorantów katolickich i równie, niestety, licznej falandze ludzi złej woli, katolicy zwykle sprawę przegrywają.

Przepisał Canicus. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok I (1908), nr 18, ss. 137-139. Przypisy E.O. oraz (nowej) „Myśli Katolickiej”:

[1] I o tej konieczności łączenia się przypominał ks. Belmont w wykładzie omawiającym podstawy nauczania Kościoła o szkole. Katolikom brak solidarności i w tak ważnej kwestii, jak szkoła, od której zależy przyszłość naszego narodu w wielu jego aspektach (jak np. powołania – jak się można dziwić, że ich brak, skoro wychowanie nie jest prawidłowe?).

[2] Wbrew temu, co wielu sądzi, Polacy okazują się bardzo karnym narodem, gdy mają nad sobą mądrego przywódcę. Lecz w naszym narodzie mało jednostek potrafiących zorganizować, rządzić i rozkazywać, czyli brak tych, którzy posiadają roztropność polityczną (prudentia gubernativa). W tym temacie polecam książkę o. Jacka Woronieckiego Umiejętność rządzenia i rozkazywania (istnieją różne wydania, starsze i nowsze). Wiadomo też, czasy są inne, a postępująca rewolucja wpłynęła i na nasz naród, czyniąc go mniej karnym, niż był.

[3] Sub gravi: obowiązujący pod karą grzechu ciężkiego.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s