Kazanie ks. Zygmunta Goliana o wychowaniu rodzicielskim (pierwsze, ogólne)

Na stronie Stowarzyszenia im. Ks. Goliana nie publikowaliśmy dotychczas słów samego ks. Goliana. Żeby nasi Czytelnicy mogli odnieść pożytek ze znakomitych kazań tego duchownego przedstawiamy pierwszą z czterech części cyklu na temat wychowania dzieci.

Cały cykl został prawdopodobnie wygłoszony w Krakowie. Już od pierwszych słów uderza kaznodziejska gorliwość, bezpośredniość i bezkompromisowość ks. Goliana. Surowy język, którym ten wybitny polski ultramontanin świadomie posługuje się w swoich kazaniach licząc się z tym, że przysporzy mu raczej przeciwników, ma za zadanie dotrzeć wprost do dusz wiernych. Przemawia bez ogródek, prosto, jasno i z serca, tak, że szczeremu katolikowi nietrudno zbadać swoje sumienie w świetle jego słów, przejąć się nimi i zaangażować wszystkie siły, aby się udoskonalać, wiedząc, że Pan Bóg mu w tej pracy łaski nie odmówi.

W pierwszym kazaniu z cyklu ks. Golian ujmuje temat z lotu ptaka, zwracając uwagę na najważniejsze kwestie. Sprawą o ogromnym i niedocenianym znaczeniu jest społeczny wymiar wychowania, z którego wynika obowiązek rodziców, by dać społeczeństwu ludzi wartościowych. Kolejną rzeczą wielkiej wagi jest zdrowa pobożność rodziców, będąca kamieniem węgielnym dobrego wychowania dzieci. Pobożny rodzic doskonale rozumie, że jego pierwszym obowiązkiem jest troska o duszę swojego dziecka i odpowiednio do tego kieruje całym wychowaniem. Z tym priorytetem bezpośrednio wiąże się cała hierarchia dóbr w wychowaniu, bez której np. rozwijanie niektórych uzdolnień u dziecka będzie bezużyteczne, a nawet szkodliwe. Zaś uzdolnienia rozwijane mądrze, w sposób godny chrześcijanina, z zachowaniem właściwych proporcji, staną się ozdobą młodego człowieka. Decyzje dotyczące m.in. tego, jakie uzdolnienia rozwijać u dziecka są papierkiem lakmusowym zeświecczenia wychowania. Smutną karykaturą wychowania jest wychowanie świeckie, które zamieniło się w arenę dla miłości własnej rodziców widzących w dziecku kukiełkę, którą można się popisywać przed innymi, by sobie dodać splendoru.

Całe kazanie przeniknięte jest nawoływaniem, by żyć w całości (integralnie) po katolicku. Nie wystarcza sama tylko pobożność zewnętrzna. Należy „żyć po bożemu, po bożemu myśleć, mówić i czynić”, urządzać po bożemu swój dom i swoje stosunki towarzyskie.

C.D.

KAZANIE 1wsze MAJOWE.
O WYCHOWANIU DOMOWEM.

NAUCZYCIELSTWO.

[Prawdziwa pobożność]

Najmilsi!

Są ludzie, którzy się dziwią waszej pobożnej miłości dla Najświętszej Panny, nie mówię o tych, którzy się dziwią ze złości i rad wmawiam w siebie, że już dzisiaj takich złośników nie ma; nie mówię o nich, bochoćby byli, złość ich własnemu kłamałaby sercu, ale mówię o tych którzy się wam dziwią w dobrej, w dobrej, najlepszej wierze, mówiąc: „jakże ten lud niezmordowany w swej pobożności! Tyle kościołów, tyle odpustów, nabożeństw tyle: nic to, przecie: powiedziano mu, że przez cały Maj będzie Nabożeństwo do Najświętszej Panny, a on już tłumnie zapełnia dzień po dniu piękną jej świątynię! Ah! jak ten lud kocha przeczystą Matkę Chrystusową”.

Przebaczcie mi najmilsi, ale co do mnie, ja choćbym rad z całej duszy, takiej pochwały oddać wam nie mogę. Dziwię się zupełnie czemu innemu. Powiedziałbym raczej: „jaki też ten lud niedobry; tyle ma kościołów, tyle odpustów, tyle nabożeństw, tyle kazań, tyle szczęśliwych sposobności, o jakich inni ani słyszeli, tyle świętych, i tak tkliwie mówiących starej pobożności przykładów i pamiątek – i taki niepobożny, taki nieczuły, zimny, taki niekochający Matki Boskiej, która mu jeszczeto wszystko wyprasza”.

Ale mój księże, boś uprzedzony, bigot, fanatyk, nigdy ci nie dosyć, chciałbyś może, żeby od rana do wieczora ludzie przepróżnowali w kościele? Broń Boże. Wasza Miłość bardzo się myli. Ja najchętniej przyznaję, że was tu jest dosyć, dosyć nad oczekiwanie, i że tu dosyć często, dosyć długo przesiadujecie; że często kościoły nadspodziewanie przepełnione, że i w kościele i przed kościołem i przed obrazami odmawiacie modlitwy, śpiewacie pieśni o Najświętszej Pannie; że w domach, nawet w sklepach, kramikach, przed jej obrazem świecicie lampy i takoż śpiewacie; to wszystko wam przyznaję, to mnie nieraz porusza, rozczula, buduje – ale czyż to samo stanowi pobożność? Jako żywo. Cobyście też powiedzieli o rozpustnicy, któraby nosząc skaplerz, wciąż go całowała, wciąż tuliła do swej piersi, a mimo tego wciąż rozpustowała. Czybyście ją nazwali pobożną? Co to jest być pobożnym? Jestto żyć po bożemu, po bożemu myśleć, mówić i czynić. Czy tylko w kościele? Tak jest w Kościele, ale nie w tym kamiennym – w kościele którym u wiernych powinien być najprzód każdy dom, każda rodzina; w kościele, którym powinien być każdy z nas, a wreszcie w kościele którym być powinna cała nasza spółeczność. Dla takich kościołów przebywa tutaj w szczególniejszy sposób utajony Bóg-Człowiek, nie dla ścian, nie dla kamieni, tymczasem schodząc się tutaj, powiększacie tylko massę ścian i twardych, zimnych kamieni, i w takim stanie chcecie czcić tego, który jest samą płonącą miłością, i z takich kościołów wydobywacie pieśń dla tej, która jest Matką przedwiecznej miłości. Moi drodzy, Bóg widzi jak mi gorzka ta przymówka, ale mamże was chwalić, kiedy się sami przed Bogiem ganicie? Apostoł powiada: że się za nami Duch Św. modli wzdychaniami niewymownemi (Rom. VIII 26). Oh! by tak było, jużbyśmy sobie dawno wyjęczeli miłosierdzie pańskie. On jęczy, jak jęczy echo wśród nieczułych, zimnych skał, wśród wielkich ruin, ponurych grobów! Jaka zasługa tych ścian odbijających echo pieśni naszych, taka zasługa dusz naszych odbijających echo z tych jęków tęschniącej do nas miłości. Owo pobożność nasza! Więc jakośmy pobożni, tak nam się też po bożemu dzieje. Sami siebie oszukujemy. Idąc przeciw woli Boga, idąc drogą szatańską, modlimy się, śpiewamy, pytając się wzajem z niecierpliwością: co to jest, że nam tak piekielnie idzie? kiedyż to będzie lepiej? Wtenczas kiedy my będziemy lepsi – a kiedyż będziemy lepsi? wtenczas, kiedy spobożniejemy szczerze w nas samych, w uczynkach, w stosunkach naszych. Ale bo jakie dzisiaj nasze stosunki? Dom, rodzina, ot i wszystko. Czyż mało? Dom, rodzina, czy już Boże? Czyście tam wiernymi Jezusa, czyście tam dziećmi Maryi? czyście tam pobożni? Jakeście tam pobożni, dotknęliśmy zeszłą razą mówiąc o wspólnej modlitwie – dziś dotkniemy mówiąc o rodzinnem domowem wychowaniu – czyśmy z tej strony pobożniejsi? zobaczymy!

Czyśmy z tej strony więcej twojemi dziećmi, dziećmi twojego Syna, o Matko Królowa! – gdybyśmy niemi byli, tobyś nas zasłoniła przed gniewem Bożym choć krajuszkiem twego płaszcza, tobyś ugasiła jedną łzą macierzyńskiego wstawienia upały naszych niedoli – aleśmy grzesznicy!

O ucieczko grzeszników! módl się a nami, my się jeszcze tulimy do stóp twych ołtarzy – pozdrawiając cię Królową – ty nas wstawieniem twojem pod stopy Synaczka przygarnij.

ZDROWAŚ MARYO!

[Kapłaństwo wychowania dzieci]

A najprzód by nic nie przesadzać, chętnie wyznajemy, że jest jeszcze znaczna liczba domów chrzesciańskich, w których nauczycielstwo, powiem raczej kapłaństwo wychowania dzieci, jest z całą godnością spełniane. Gdybyż jeszcze nie to, wielki Boże! cóżby się już stało, gdyby jeszcze nie ta mała garstka młodzi, wychowanej starym chrześcijańskim obyczajem, mówiąc po ludzku, nie zostałoby nam jak tylko czekać na ostateczny piorun gniewu Bożego. Nie liczna ta garstka, to dziesięciu sprawiedliwych ocalających lud niewierny od zupełnego zniszczenia, to boski rozczyn broniący całej masy od zupełnego zepsucia. Wszakci z tym wyjątkiem tym zaszczytniejszym im rzadszym, twierdzimy bez wahania, że wychowanie domowe w ogóle pozbawione wszelkiego charakteru Ewangielicznego, jest jedną z naszych najokropniejszych plag. Plaga wychowania publicznego jest tylko jego następstwem, jego dalszym ciągiem.

Bolesna to rzecz – pytamy o powód? Pierwszym powodem jest brak wiary, brak pobożności w młodych stanowiących podstawę rodziny w małżeństwach, a następnie brak powołania, brak światła, brak siły, brak łaski niezbędnej do spełniania obowiązków tak świętego stanu.

[Niezrozumienie obowiązków rodzicielskich]

Rok w rok tyle się zawięzuje małżeństw, a proszę was ileż policzycie mężów i żon według serca Chrystusowego, ile policzycie osób, któreby wiążąc się tem strasznem zobowiązaniem, weszły pierwej wgłąb swego sumienia i powiedziały sobie: „Mam zawrzeć święte przymierze, Bóg zapewnie pobłogosławi mi dziećmi, dzieci te w moc swej ziemskiej strony będą potrzebowały mych starań – nieść im pomoc z tej strony wszelką – to mój obowiązek. Ale dzieci te będą też posiadać nieśmiertelną duszę, żyjącą przez prawdę, rozwijającą się i doskonalącą przez cnotę, dążącą do przeznaczenia i szczęścia wyższego nad wszelkie szczęście ziemskie; nieść im pomoc z tej strony, to także mój obowiązek – sto, tysiąc razy nieskończenie wyższy i trudniejszy od pierwszego. Wychowywać ciało opatrując je w pokarm, to konieczna, ależ to i zwierzęta czynią, najgłupsze i najdziksze zwierzęta. Rozwijać umysł wprowadzając w krainę nauk, umiejętności, sztuk; to dobrze, wszakże to i poganie najwyborniej czynią; ale wychowywać duszę, poić ją prawdziwem światłem, rozgrzewać ogniem świętej miłości, kształcić ją, podnosić na żywą Boga świątynię, na wybrankę nieba.” Ach! jaka straszna odpowiedzialność! A któżby tam o tem w takiej złotej, poetycznej, myślał chwili! Żenią się jak się żeniono w dniach przedpotopowych – jedząc i pijąc, kupując i sprzedając, kopiąc i budując; bez troski, bez myśli na to, co będzie – prawdę mówiąc, nad rzecz tak poważną, więcej zajmuje wyprawa, posag, ślubna toaleta, śnieżna białość, którą jedna chwila zbrudzi, i wiosenna świeżość kwiatu, która pod jednym oddechem zżółknie i powiędnie… a potem ten tłum widzów, ten szmer zazdrości, i to słowo: „robi partyą!” ale bo jaką partyą!… Oto przedmioty głównie zajmujące w tej tak decydującej chwili. No i proszę was cóżby sobie można z takich małżonków obiecować?

Z takiego braku wszelkiej poważnej myśli, z takiego zapomnienia o głównym celu małżeństwa – jakie następstwo? każdy przewiduje. Przyszło dziecię – matka je karmi swem mlekiem – rośnie, dojrzewa – ojciec pracuje, by utrzymać, byt ziemski na przyszłość zapewnić. Rzecz dobra, ani słowa; ale czy to już wszystko? Któż to dziecię nakarmi mlekiem boskiej nauki? ktoż mu poda chleb ducha? Boć jak Pismo mówi: „Człowiek nie żyje samym tylko chlebem, ale i wszelkiem słowem wychodzącem z ust Bożych.” Z jednej strony mówią: „mogę się spuścić na niańki, bony, nauczycieli, guwernantki;” z drugiej odpowiadają: „a gdzież ja tam biedny mam o tem czas myśleć, niech rośnie jeno jeszcze trochę, to pójdzie do szkoły.” Odpowiedź uszłaby jeszcze, gdybyście przynajmniej sami w tę duszę rzucili pierwsze nasiona prawdy i cnoty. Zrobiwszy na co was stać, na co czas i siły pozwolą, reszty moglibyście dopełniać przez pewnych, religijnych posiadających wasze zaufanie, ludzi. Ależ pamiętajcie przez Boga, że jakkolwiek wolno wam szukać ulgi u zacnych, mądrych po bożemu ludzi, w ponoszeniu ciężaru wychowania – wy jednak sami macie być zawsze pierwszymi mistrzami, pierwszymi nauczycielami swych dzieci. To święty obowiązek natury, to prawo religii, to rozkaz opatrzności, to wola Boga; a zresztą to głos twego serca! tylko słuchaj go matko, słuchaj go ojcze – to wasza krew, to wy, to wasze ostateczne dopełnienie, to kościół w którym macie służyć Bogu, spełniać wzniosłe, święte kapłaństwo: to cel łaski sakramentalnej, którą uświęciliście, uwiecznili wasz związek! Tak jest, na twych kolanach, o matko! dziecię powinnaś uczyć składać drobne rączki, i oczy w niebo podnosić, szczebiotać pierwszą modlitwę, wielbić Boga Stwórcę, Boga Zbawiciela, kochać Jezusa na rękach przenajświętszej Jego Matki, Jezusa na Kalwaryi, Jezusa w przenajświętszym Sakramencie; kochać Matkę Boską, Matkę naszą, Królową! Z twoich ust ojcze winny spłynąć w jego duszę pierwsze nasiona mądrości. Takiej nauki nie zapomni ono nigdy. Ale na to nie ma czasu – przez Boga! gdzie i na co obracacie czas? – „Ja mam stanowisko w świecie.” – ale dziecię twoim światem. „Ja muszę na chleb pracować, żeby z głodu nie umarło;” – ale dusza z głodu umrze! A ty matko co powiesz?… Ach wstydź się; ja ci przymówki nie zrobię, bo ja zbyt szanuję to święte, to kochane słowo: Matka. – Ale wstydź się, nie masz czasu dla dziecięcia? gdzie podziewasz twój czas? wstydź się, wstydź, matko chrześciańska. Oto jest wasza pobożność!

[Wychowanie światowe]

Ale na co innego jest czasu dosyć. Jest czasu dosyć, kiedy idzie o zrobienie z dziecięcia maryonetki, którąby poruszała własna miłość rodziców, by z nich robić te przedwczesne gieniusze, dziwy dowcipu, cuda umiejętności, ludzi skończonych w dziecinnym wieku, w skutek czego na całe życie pozostają dziećmi! O ileż trosk, ile zachodów, by je wyćwiczyć w tych zewnętrznych formach, które przy gruntownem wychowaniu i pod kierunkiem pobożnej matki, mogą być wybornie wdziękiem, ozdobą – ale zastępując miejsce rzeczy najpoważniejszych, są tylko nadużyciem i śmiesznością, oraz w tych sposobach błyszczenia podobania się, rozpustowania, gubienia się w świecie! O tem, by je wyuczyć robić interesa myślicie wszyscy, ale o prawdziwą naukę, naukę jedynie konieczną, której żadna inna zastąpić niemoże, a która tak zbawiennie inne w mądrych naszych zastępowała przodkach – o naukę wiary i obowiązków, o znajomość Boga nie ma się kto dla dziecięcia troszczyć. Uczycie je wczas obcych języków, reguł, metody mówienia, mordujecie młody umysł głupstwami mitologii, najniedorzeczniejszemi ustępami bajecznej pogańskiej starożytności; a jeżeli sami nie uczycie, to pozwalacie uczyć; ale czy się uczy pierwszych zasad wiary, najprostszych zasad życia ewangielicznego, świętych praktyk prawdziwej religii – o to najmniejsza troska. Unosicie się z radości, słysząc swe dzieci deklamujące z zapałem pełne najniebezpieczniejszego ognia ustępy mówców i poetów bez wyboru, ale czy odmawiają z zapałem miłości modlitwę chrześcianina, tę prostą, ale wzniosłą, świętą modlitwę, którą Bóg przyniósł nam w podarku z nieba? to obojętna! Ale nie obojętna wcale, że poniewieracie święte dary boże, nie obojętna, że wychowujecie Bogu ludzi bez wiary, bez czucia, bez życia – nie obojętna, że krzywdzicie spółeczeństwo, dając mu ludzi rozpustnych, niedołężnych, bez serca, bez głowy; nie obojętna, żeście Niebu wydarli anioła, a piekłu ciśli nową ofiarę; nie obojętna, żeście wyrodne prawnuki starych, a w boskiej mądrości czerpiących światło naddziadów, których prostotę zamiast wychwalać, uwielbiać na klęczkach, śmiecie obracać w śmiech i żarty; nie obojętna że kiedy oni szukając najprzód w potomstwie swoim Królestwa Bożego, znajdowali resztki z nadobfitem błogosławieństwie – wy dziś szukając najprzód chciwie resztek, i to resztek dziecinnych, niegodnych żadną miarą zabiegów człowieka, znajdujecie ból i wstyd, łzy i przekleństwo!

Ale bo jakże moglibyście nauczyć dzieci swoje tego, czego może sami nieumiecie? U wieluż to rodziców płochość taka płynie z najsmutniejszej nieświadomości w przedmiocie religii. Religii! Rzecz nie do uwierzenia, a przecież niestety tak jest. Są kobiety, które śmieją wchodzić w stan małżeński, niezdolne nauczyć swych córek najpierwszych prawd wiary. Są ojcowie niezdolni nauczyć swych synów jak się mają modlić wspólnemu Ojcu w Niebiesiech. I jakiemiż słowy wyrazić to okropne prawie powszechne prawdy Bożej zaniedbanie przesiąkające z rodziny w spółeczność? Gdzie wreszcie po takiej drodze zajdziemy? Jaka się przyszłość gotuje przy takiem zapomnieniu świętych przeznaczeń człowieka? Jeżeli dziecię, zamiast przez święte przykłady, święte rozmowy i czytania, dowiaduje się o Bogu przez złorzeczenia, bluźnierstwa, a o religii przez pogwałcenie świętych jej praw? czego się spodziewać? Ach! Ojcowie i Matki bierzcie się, bierzcie do Katechizmu do tej księgi każdego wieku, uczcie się sami! – „Ależ to rzecz dziecka” – więc bądźcie dziećmi i uczcie się, abyście dzieci wasze w bojaźni i miłości Pańskiej wychowywali – zniżcie się po bożemu – a po bożemu będzie i rodzina i społeczność – i to życie czasu i wieczności życie!

[Moralność bez Boga i religii]

A niemówcie, że naukę Religii zastępujecie moralności przepisami. Ach wierzajcie mi, że z podobnemi frazesami niedaleko zajdziemy. Przez Boga, jakaż to moralność bez odpowiedzialności; jaka moralność proszę oderwana od wiary, nie czerpiąca z niej całej swej siły i całej swej cnoty? O jakiejże to moralności chcecie mówić? O moralności Ewangielicznej? W samej istocie ona tak czysta, tak piękna. Ale czyż nie spostrzegacie, że ona traci cały swój wdzięk, całą potęgę przekonania, i skuteczność, skoro ją tylko odarto z charakteru boskiego, że odtąd jest tylko słowem człowieka, i że słowo człowieka, nie ma żadnej dla człowieka powagi? Jakto moralność bez Boga, bez nieba, bez piekła, bez wieczności, bez kary lub nagrody? Czy w samej istocie takbyście rozumieli? mówicież to na serio? „Zaszczepiamy w dziecku uczucie honoru”. A wasze honorowe zasady będąli skuteczniejsze? Honor? piękny wyraz, dźwięcznie brzmi w romansie, ma swój efekt w teatrze; ale w obec krążącej po żyłach pokusy, w obec gwałtownej namiętności na coby się przydał, gdyby święty strach sumienia nie bronił serca, nie krępował dłoni. Macie już po uszy owoców tej ślepoty. Przodkowie nasi w bojaźni pańskiej ćwiczeni, w tejże bojaźni ćwiczyli swe dzieci; moralności i honoru mieli pełno w szlachetnych, wielkich swoich duszach! Czuli się dziećmi Boga, bali się ojca w niebie, a on strzegł niepokalanej ich wielkoduszności. Do czego tylko dłoń swą przyłożyli, wszystko sami zacni, uzacniali, uświęcali; kochając z zapałem ten boski ogień dusz swoich, tę szlachetność po bożemu poświęceniem i wielkiemi czynami nabytą, przekazywali ją jako najdroższy klejnot swym dzieciom pełnym uszanowania, milczącym z czcią jakoby religijną w obec swych rodziców, uniżonym w obec starszych wówczas nawet, kiedy ten klejnot własną podnieśli zasługą. Dziś jak? krzyku i hałasu pełno, moralności i honoru obficie na ustach. Lada dzieciuch, w szkole lub za szkołą rozumuje o nich. O wychowaniu piszą się tomy, filozoficzne rozprawy jak najgłębiej ciemne, jak najogromniej niedorzeczne, jak najsmutniej nieuczciwe; a z tego wszystkiego co? Swawola, krnąbrność, rozpusta, miotanie się na wszystkie świętości czy nie świętości bez braku, nieuszanowanie, lekceważenie własnych życiodawców, miłość własna do najwyższego wygórowana stopnia, a obok niej samolubstwo z całą zgrają niecnych, szkaradnych nawyknień – ot i wszystko!

[Wezwanie do poprawy]

Powiecie: „tak źle nie jest,” Moi drodzy, czy rozumiecie, że ja rozkosz znajduję w podnoszeniu smutnych waszych stron? Cóż kiedy wiem, że tak jest, gdym na nieszczęście o tem zbyt głęboko przekonany – odwołuję się do rozpłakanych może w tej chwili dusz matek, do rozdartych najboleśniej serc ojców. Tak jest, tak jest o bracia! Oh! jakbym rad powiedział, że tak nie jest – ale dlaczegóż złe takie krzyczące? Wiem, że są wyjątki – wyjątki znam, cieszę się niemi, kocham je, wiem, że są rodziny jakoby stare, zacne, pobożne, chrześciańskie, że są dzieci, młodzież dziwnie kochania godna, że jej tu więcej niż gdziekolwiek indziej – mam ją tłumnie przed oczyma – noszę ją w sercu – ale to wyjątki, to wszystko mało, mniej jak być powinno po tylu nawoływaniach Bożych – i mówcie co chcecie – grzeszycie powszechnie niepobożnem, to jest nie po bożemu prowadzonem wychowaniem.

Po bożemu już uderzmy się w piersi, bo czas zmiłowania jeszcze nie przeszedł – a wołajmy: „nasza wina!” – po bożemu weźcie te słów kilka głęboko do serca, i po bożemu przedsiębierzcie poprawę w tej dzisiaj najważniejszej sprawie. Tego wam za przyczyną przenajświętszej Panny życzę, odkładając rzecz dalszą o wychowaniu na przyszłą da Bóg doczekać Sobotę.

Przepisała C.D. Źródło: ks. Zygmunt Golian, Kazania niedzielne, świętalne, passyjne i majowe, Wydawnictwo Dzieł Katolickich, Naukowych i Rolniczych, Kraków, 1858, ss. 584–592. Podkreślenia i śródtytuły w kwadratowych nawiasach od C.D. Brakujące cudzysłowy uzupełniono.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s