Podstawy nauczania Kościoła o szkole (wykład ks. Belmont)

Gimnazjum oo. Pijarów w Rakowcach pod Krakowem (dwudziestolecie międzywojenne)

Choć na łamach „Myśli Katolickiej” było już nieco o wychowaniu, artykuły omawiające katolicką doktrynę o szkole rozpoczniemy od znakomitego streszczenia magisterium Kościoła w tej materii przygotowanego przez francuskiego kapłana, ks. Herwego Belmont, jednego z pierwszych duchownych, którzy przyjęli tezę z Cassiciacum.

Tekst ten jest tylko streszczeniem, jak zauważa sam ks. Belmont. Z tego też powodu, oraz dlatego, że nie wszyscy katolicy rozumieją doktrynę Kościoła w tej tak poważnej kwestii, niejedną myśl zawartą poniżej rozwiniemy na łamach naszej strony internetowej.

Redakcja „Myśli Katolickiej”

Nauczanie Kościoła o szkole

I. Wprowadzenie

Najpierw doktryna Kościoła!

We wszystkim, co ma bliższy lub dalszy związek z życiem chrześcijańskim, nim podejmie się jakąkolwiek decyzję, rozpocząć trzeba od przestudiowania i rozważenia doktryny Kościoła, który jest drogą, prawdą i życiem, i który przekazuje nam:
– światło Boże, świetlisty promień odwiecznej prawdy,
– zrozumienie rozwoju łaski chrzcielnej,
– przedmiot naszej niepokonalnej nadziei,
– kierunek pewny, by podobać się Bogu i prowadzić nas drogą do Nieba.

Postępowanie odwrotne – co jest niestety bardzo rozpowszechnione – jest cechą drugiej klasy ludzi, by użyć słów św. Ignacego, tej klasy, która błądzi i kpi sobie z Boga: „I oni chcą zrzucić z siebie przywiązanie, ale tak je chcą zrzucić, żeby jednak pozostać w posiadaniu rzeczy nabytej i żeby raczej Bóg poszedł za tym, czego chcą oni sami. I nie decydują się na porzucenie tej rzeczy, aby iść ku Bogu, chociażby ten stan [wyrzeczenia] był dla nich najlepszy” (źródło tłumaczenia: madel.jezuici.pl).

Ganiąc tę drugą klasę św. Ignacy ma na myśli tylko wybory i decyzje z dziedzin wolnych. Szkoła jest zupełnie inną dziedziną, w której Kościół Jezusa Chrystusa ogłosił swe nauczanie i prawodawstwo.

Najpierw doktryna Kościoła!

Następnie cnota roztropności. Przedmiotem królowej cnót nie jest pomniejszanie wymagań dobra, ani staranie, by omijać nauczanie Kościoła, ani opracowywanie wymówek. Jest nim znalezienie i wdrożenie odpowiednich, stałych i skutecznych środków do integralnego zastosowania doktryny.

Najpierw doktryna Kościoła!

Doktryna ta jest obszerna, obfita wręcz. Moim zamierzeniem nie jest wyłożenie jej w całości – potrzeba by było do tego czasu i kompetencji, których nie posiadam – ale krótkie rozwinięcie jej trzech elementów:
– obowiązków rodziców,
– natury szkoły katolickiej,
– fobii Kościoła[1].

II. Obowiązki rodziców

Te obowiązki są w bardzo prosty i energiczny sposób wyłożone przez Piusa XII (przesłanie radiowe na zakończenie Dnia Rodziny we Włoszech, 23 marca 1952 r.).

Rodzina jest kolebką, w której rodzi i rozwija się nowe życie, które, aby nie zginąć, potrzebuje troski i wychowania: jest to prawo i obowiązek podstawowy udzielony i nałożony bezpośrednio przez Boga rodzicom. Treścią i celem wychowania w porządku przyrodzonym jest rozwój dziecka, by stało się człowiekiem pełnym. Treścią i celem wychowania chrześcijańskiego jest ukształtowanie nowej istoty ludzkiej, odnowionej poprzez Chrzest, aby z niej uczynić doskonałego chrześcijanina. To zobowiązanie, które zawsze było zasadą i chlubą chrześcijańskich rodzin, jest uroczyście nakazane przez kanon 1113 Kodeksu prawa kanonicznego, który oświadcza: Parentes gravissima obligatione tenentur prolis educationem tum religiosam et moralem, tum physicam et civilem pro viribus curandi, et etiam temporali eorum bono providendi. Rodzice mają bardzo ciężki obowiązek zadbania, wedle swych możliwości, o wychowanie religijne i moralne, fizyczne i obywatelskie swych dzieci, a również o zapewnienie im bytu doczesnego.

III. Czym jest szkoła katolicka

Aby poznać myśl Kościoła (a więc prawdę Jezusa Chrystusa) otwórzmy encyklikę Piusa XI Divini illius magistri z 31 grudnia 1929 r., znakomite dzieło poświęcone wychowaniu chrześcijańskiemu:

A ponieważ konieczną rzeczą jest, by nowe pokolenia były wykształcone w sztukach i naukach, z czego korzyść i pomyślność czerpie ludzka wspólnota, a temu dziełu sama rodzina nie może sprostać, powstała społeczna instytucja szkoły, najpierw – dobrze to trzeba zauważyć – z inicjatywy rodziny i Kościoła, i to znacznie wcześniej, niż przez zabiegi państwa. Stąd szkoła, rozpatrywana także w swoim dziejowym początku, z natury swojej jest instytucją pomocniczą i dopełniającą rodziny i Kościoła; a wskutek tego z logiczną moralną koniecznością, powinna nie tylko nie sprzeciwiać się, ale owszem pozytywnie się zgadzać z obydwoma poprzednimi środowiskami, w jak najdoskonalszej możliwie jedności moralnej tak, by razem z rodziną i Kościołem mogła tworzyć jedno sanktuarium, poświęcone chrześcijańskiemu wychowaniu, pod grozą rozminięcia się ze swoim celem i przemienienia się przeciwnie, w dzieło rozkładu.[…]

Albowiem nie przez to samo, że w szkole się udziela (często bardzo skąpo) nauki religii, staje się ona zgodną z prawami Kościoła i chrześcijańskiej rodziny, i godna, by do niej uczęszczali katolicy uczniowie. By była ona taką, potrzeba, żeby całe nauczanie i całe urządzenie szkoły: nauczyciele, programy, książki wszystkich przedmiotów były przejęte chrześcijańskim duchem pod macierzyńskim kierunkiem i czujnością Kościoła w ten sposób, żeby religia była prawdziwie podstawą i uwieńczeniem całego wykształcenia, na wszystkich stopniach, nie tylko początkowych, ale i średnich i wyższych. „Konieczną jest rzeczą – żeby użyć słów Leona XIII – by nie tylko w pewnych godzinach wykładało się młodzieży religię, ale by całe nauczanie tchnęło duchem chrześcijańskiej pobożności. Jeśli tego braknie, jeśli to święte tchnienie nie będzie przenikać i rozgrzewać dusz nauczycieli i uczniów, bardzo mały pożytek będzie można zebrać z jakiejkolwiek nauki; przeciwnie, często wynikną z tego szkody, i to niemałe” [Militantis Ecclesiae, 1 VIII 1897].

Podkreśliłem [pewne] wyrazy, aby położyć nacisk na to, że szkoła katolicka absolutnie musi nią być we wszystkim, w swej całości.

IV. Fobie Kościoła katolickiego

1) Szkoła laicka (lub rzekomo neutralna), która jest ustawicznym, wszechobecnym, instytucjonalnym bluźnierstwem. „Przeto nie wolno pozwalać, by nasze dzieci otrzymywały dobrodziejstwo nauczania w szkołach, które nie znają religii katolickiej, lub które ją wprost zwalczają, w szkołach, w których jej doktryna jest obśmiewana, a jej podstawowe zasady odrzucane. A jeśli Kościół gdzieniegdzie na to pozwolił, to tylko z trudem, dla własnej obrony, i to otaczając dzieci różnymi sposobami obrony, które zbyt często zresztą uznane są za niedostateczne, by zapobiec niebezpieczeństwu” (Leon XIII, encyklika Affari vos, 8 grudnia 1897 r., do biskupów Kanady).

2) Szkoła [gdzie wyznawana jest] wolność religijna

„Podobnie za wszelką cenę, jako bardzo szkodliwych unikać trzeba szkół, gdzie wszystkie wierzenia są bez różnicy przyjmowane i traktowane na równi, jak gdyby, w sprawach tyczących Boga i rzeczy boskich, mało było ważne posiadanie zdrowych doktryn lub nie, przyjmowanie prawdy lub błędu. Daleko wam, Czcigodni Bracia, od braku świadomości, że wszelka szkoła tego rodzaju została potępiona przez Kościół, ponieważ nie może być [nad to] nic bardziej szkodliwego, nic bardziej odpowiedniego dla zniszczenia integralności wiary i odwrócenia młodych inteligencji od ścieżki prawdy” (Leon XIII, encyklika Affari vos, 8 grudnia 1897 r., do biskupów Kanady).

– Wolność religijna

„Wolność religijna” (zdanie, według którego istnieje prawo do cywilnej wolności w dziedzinie religii, abstrahujące od prawdziwości religii i jej zgodności z prawem naturalnym) nie jest zwykłym drobnym błędem, oczywiście godnym pożałowania, ale w istocie dość łagodnym.

Ten błąd atakuje podstępnie wiarę w królowanie Jezusa Chrystusa, w boskość Kościoła katolickiego. Błąd ten psuje prawdziwe pojęcie natury ludzkiej i natury społeczności politycznej. Jest on wobec tego samym rdzeniem rewolucji, która pozbawia dusze żywotności wiary, jej cechy publicznej i koniecznej, jej absolutności. Z tego powodu Grzegorz XVI określa go „majaczeniem”, a Pius IX, potępiając go, stwierdza, że „nie ma nic bardziej szkodliwego dla Kościoła katolickiego i dla zbawienia dusz”.

Względem społeczności w ogólności a szkoły w szczególności, wolność religijna jest błędem „kardynalnym”, którego ukoronowaniem jest indyferentyzm i którego skutkiem jest wytworzenie społecznie ateistycznej młodzieży.

– Szkoła sous contrat[2]

Typową szkołą gdzie wyznawana jest wolność religijna jest szkoła, która opiera się na francuskim prawie szkolnym nr 59-1557 z 31 grudnia 1959 r. zwanym ustawą Debré: jest to prawo, które ustanawia umowy między nauczaniem prywatnym (zasadniczo nauczaniem katolickim) a państwem i postanawia już w swym pierwszym artykule, że:

Zgodnie z zasadami określonymi w Konstytucji, państwo zapewnia dzieciom i młodzieży, w instytucjach nauczania publicznego, możliwość otrzymania wykształcenia zgodnego z ich zdolnościami, z równym szacunkiem dla wszystkich wierzeń.

Państwo głosi i szanuje wolność nauczania i jest gwarantem jego sprawowania przez instytucje prywatne otwarte w sposób regularny.

Podejmuje wszystkie korzystne środki, by zapewnić uczniom instytucji nauczania publicznego wolność kultu i wolność wychowania religijnego.

W instytucjach prywatnych, które zawiązały jedną z umów wymienionych niżej, nauczanie podległe zasadom umowy poddane jest kontroli państwa.

Instytucja, zachowując właściwy sobie charakter, musi udzielać tego nauczania z całkowitym szacunkiem dla wolności sumienia. Wszystkie dzieci, bez rozróżnienia co do pochodzenia, opinii czy wierzeń, mają doń dostęp.

[Oficjalne] wyjaśnienie powodów prawa idzie jeszcze dalej:

– co do umowy stowarzyszeniowej (le contrat d’association): „w instytucji prywatnej udzielane jest nauczanie publiczne”,

– co do umowy prostej (le contrat simple): „władze akademickie będą kontrolowały nauczanie”, „jest to porozumienie, które pozwala instytucjom prywatnym doświadczyć współpracy z państwem i poznać jego skuteczność i liberalizm”.

Nie można zarzucić poplecznikom tej ustawy tego, że ukryli swe ściśle masońskie intencje! To, co jest i pozostaje skandalem to fałszywa naiwność katolików, zrodzona z chęci zysku.

3) Szkoła mieszana

Nieszczęście czasów jak i przerażające osłabienie ducha chrześcijańskiego, nawet wśród najlepszych, wymuszają obowiązek przypomnienia anatemy, którą nakłada Kościół na to, co nazywa koedukacją płci, a co najczęściej określa się po francusku mianem „la mixité”[3].

Wyliczywszy niezliczone i bardzo głębokie szkody, jakie wywołuje szkoła niekatolicka, Papież Pius IX kończy stwierdzając pewność, że koedukacja wywołuje szkody tej samej wagi:

[Młodym umysłom] grozi ponadto pewne zepsucie z tego powodu, że w tych szkołach […] młodzież płci obojga zebrana jest na tej samej sali w celu uczestnictwa w lekcjach, a chłopcy i dziewczęta muszą siedzieć na tych samych ławkach. Skutkiem tego wszystkiego jest nieszczęsne wystawienie młodzieży na utratę wiary i zagrożenie dobrym obyczajom. (Święte Oficjum, 24 listopada 1875 r.)

Natomiast Papież Pius XI jako podstawę koedukacji, „nie mniej przeciwnej wychowaniu chrześcijańskiemu” niż zgniła edukacja seksualna, przytacza „naturalizm negujący grzech pierworodny” (Divini illius Magistri, 31 grudnia 1929).

Zaś ks. Wiktor Alan Berto, wykazawszy spustoszenie zaprowadzone przez ten naturalizm w wychowaniu chrześcijańskim, kończy następującym sądem, który powinien wzbudzać przerażenie: poplecznicy koedukacji są w stanie potępienia. Jego ocena ma posmak testamentu, bowiem wypowiada ją w swym przedostatnim tekście tu na ziemi („Myśl Katolicka” [„La Pensée catholique”], rok 1968, nr 117). Oto jego końcowy fragment:

Koedukacja[4] jest w trakcie niszczenia tego wszystkiego. Jej poplecznicy, jakkolwiek wysokich stanowisk by nie zajmowali, są w stanie potępienia. Tysiącami rzucają nieszczęsne dzieci w bliską okazję do grzechu. Nie sposób zapobiec temu, by piętnastoletni chłopcy umieszczeni w tej samej klasie obok dziewcząt w tym samym wieku, nie starali się poznać tego, co kryją – do tego słabo – te spódnice i bluzki, ani by te dziewczęta, pobudzone męską ciekawością, nie odczuwały specyficznie kobiecego pragnienia, by na nie patrzeć, dotykać, głaskać. Cała atmosfera szkoły jest tym skażona, przedwcześnie rozseksualizowana i rozerotyzowana. A nawet gdyby ci chłopcy i te dziewczęta byli bohaterami i bohaterkami, którzy stawią opór tym wszystkim okazjom i pokusom (ale kto w to uwierzy?), czy ma się prawo ich na to wystawiać i ich w tym utrzymywać? „A ja powiadam wam, że każdy, który patrzy na niewiastę, aby jej pożądał, już ją scudzołożył w sercu swoim”. I odwrotnie!

Panie Jezu, któryś też powiedział, że musimy stać się jak małe dzieci nieświadome swej płci, jeśli chcemy stać się jak aniołowie w Twym królestwie, co uczynisz w swej sprawiedliwości z tymi ohydnymi demoralizatorami, o których powiedziałeś: „Kto by zaś zgorszył jednego z tych małych, którzy wierzą we mnie wierzą, lepiej by mu było, aby zawieszono kamień młyński u szyi jego i zatopiono go w głębokościach morskich”? Opłakujemy niewinność, którą się psuje, powołania, które się niszczy, walczymy podług naszych sił, ale również znamy dzień i uroczyście się powołujemy się na Twój sąd w Dniu Twego gniewu: Ad tuum, Domine Iesu, tribunal appello.

V. Stawka

W wyborze szkół chodzi oczywiście o zbawienie rodzin i wieczność każdego ich członka. Ale stawka znacznie przekracza ten tak ważny (i niekiedy tak dręczący, lub przeciwnie, tak ignorowany, tak zaniedbywany) aspekt.

Chodzi tu bowiem o całe życie chrześcijańskie, rozwinięcie łaski chrztu i chwały wybranych, chwałę Boga, królowanie Pana Jezusa, przyszłość Kościoła katolickiego, cywilizację chrześcijańską.

Wykształcenie umysłu i wychowanie dziecka nie jest udane dlatego, że dziecko chodzi na Mszę niedzielną i nie żyje w cudzołóstwie. Jest to karykaturalne, skąpe, śmieszne pojęcie życia chrześcijańskiego[5]. Sprowadza ono życie chrześcijańskie do moralności, którą z kolei redukuje się do zachowywania szóstego i dziewiątego przykazania Bożego.

Te dwa przykazania są bez wątpienia najwyższej wagi: są ćwiczeniem się w miłości Boga, są koniecznym podłożem wszystkich cnót, są podstawowe dla społeczności chrześcijańskiej. Ale moralność wyraża się w dziesięciu przykazaniach, a do tego jest to tylko moralność przyrodzona. Moralność ewangeliczna wyraża się w całej Ewangelii. A życie chrześcijańskie to coś więcej, niż życie moralne: jest samym życiem boskim, do uczestniczenia w którym jesteśmy powołani, jest życiem teologalnym.

Jeśli szkoła nie kształtuje inteligencji chrześcijańskich (a Bóg wie, że cecha ta jest wymagająca i pod kątem przyrodzonym, i nadprzyrodzonym), w czym wykształcenie jest udane? Jeśli szkoła nie sprowadza wszystkiego do Pana Jezusa, inteligencji, serca, wyobraźni, charakteru, ambicji, troski o dobro wspólne, w czym wychowanie jest udane? Jeśli szkoła walczy, rozkłada lub swym milczeniem ośmiesza wychowanie chrześcijańskie udzielane przez rodziców, w czym jest prawowita, w jaki sposób jest pomocą dla rodziny? Jeśli szkoła sprzeciwia się dziełu Ducha Świętego w duszach, w jaki sposób dozwolone jest uczęszczanie do niej? Czy może być coś gorszego?

Mówiąc o szkole brać zresztą trzeba pod uwagę nie tylko aspekt wykształcenia umysłowego i zasad edukacji. Rodzice prawie nigdy nie doceniają (z wygodnictwa…) strasznych skutków złego towarzystwa.

Istnieje oczywiście katastrofalny wpływ zatajonego demoralizatora: jest to bardzo liczne plemię, przed którym „dobre dzieci” są bezbronne. Jest to samorodne plemię, ponieważ zepsuci stają się sami z kolei demoralizatorami. Zdolność zatajania zrodzona przez zmysłowość przepaja trwogą.

A do tego przebywanie w towarzystwie ludzi (kolegów, profesorów), którzy „spokojnie” żyjąc w grzechu lub w niewierze wyglądają na szczęśliwych, wytwarza atmosferę, która każdego dnia sączy swą kroplę trucizny i która głęboko podkopuje wiarę katolicką i ducha ofiary.

VI. Przekonanie, bohaterstwo, wzajemna pomoc

W obliczu takich obowiązków i takich niebezpieczeństw rodziny muszą się zbroić w przekonania i bohaterstwo, i korzystać z pomocy.

Przekonanie nie polega na dwóch lub trzech hasłach (czy fiksacjach wyobraźni), które zastępują zrozumienie[6] i w istocie służą tylko zakryciu lenistwa duchowego i osądzaniu bliźniego: przekonanie to całkowite przylgnięcie do poznanej, studiowanej, rozważanej doktryny katolickiej. Jest to pewność, że doktryna ta jest możliwa do zastosowania (z łaską Bożą) i że ona musi być stosowana.

Rodzinom potrzeba bohaterstwa. Zaparcia się siebie, ofiary, wytrwałości, ustawicznego kalibrowania inteligencji: wymaga to codziennej odwagi. Na nic się zda chowanie głowy w piasek… Lecz mamy nadzieję, niepokonalną: (I Kor. X, 13-14) „Niech was nie ogarnie pokusa, jak tylko ludzka; wierny zaś jest Bóg, który nie dopuści kusić was ponad to, co możecie, ale z pokusą zgotuje też wyjście, abyście mogli wytrzymać. Dlatego, najmilsi moi, uciekajcie od bałwochwalstwa” pieniądza, sytuacji i kariery, poważania świata.

Przestrzegajcie młodych, którzy planują założyć rodzinę: trzeba przygotować się do wielkich ofiar, trzeba być usposobionym do bohaterstwa. W przeciwnym razie ich bezbronność będzie zbyt wielka, by mogli mieć nadzieję na to, że odpowiedzą na łaskę Bożą: łaska ta oczywiście udziela sił i środków, by być wiernym jeśli się ją docenia i nieustannie o nią prosi, ale ma też wymagania, do których trzeba się przygotować[7].

Potrzeba rodzinom wzajemnej pomocy. Rodzina jest społecznością niedoskonałą, co znaczy, że nie posiada sama w sobie wszystkich środków by osiągnąć swój cel. Potrzebuje pomocy zewnętrznej. Jest to podwójnie prawdziwe w niezmiernie trudnej sytuacji, w jakiej się znajdują wobec świata zepsutego i demoralizującego. Czy chodzi o zorganizowanie nauczania w domu, czy łączenia się, by zakładać pewnego rodzaju szkołę, czy też by skorzystać z istniejącej szkoły, rodziny muszą móc liczyć na przyjaźń, oddanie, wielkoduszność społeczności (parafialnej, sąsiedzkiejdzielącej przekonania, przyjacielskiej, rodzinnej…), która je otacza. Nie wolno więc zapomnieć o tym, że rodziny mają konieczny obowiązek, w porządku sprawiedliwości, wychowania dzieci by wyrobić z nich (gdy nadejdzie czas i od teraz) przyjaciół, oddanych, wielkodusznych ludzi. Nic bardziej nie sprzeciwia się wychowaniu chrześcijańskiemu niż smutne „każdy sobie”[8], które traci sprzed oczu bliższe dobro wspólne a [nawet] uniemożliwia zobaczenie, że istnieje dobro wspólne.

VII. Zakończenie

W końcu, i będzie to moim ostatnim słowem, na nic odrzucanie złej szkoły, jeśli rodzina nie jest w swym wnętrzu sanktuarium, do którego oddech diabła nie przenika: wątpliwej jakości znajomości, telewizja, internet, miękkość[9], nieskromność, wulgarność, etc. Bez atmosfery chrześcijańskiej inteligencji, wielkodusznej cnoty, bacznej i stałej uwagi, zewnętrzne wady rozprzestrzenią swe zatrute opary. Po cóż uciekać przed złymi szkołami, społecznie się izolować (wbrew sobie) i finansowo obciążać się ponad miarę[10], skoro jest to tylko po to, by mieć w domu to samo?

Tłumaczył z języka francuskiego E. Ostrzyhomski. Źródło: „Quicumque” (blog ks. Belmont). Niniejszy wykład, nieco rozwinięty oczywiście, można obejrzeć w serwisie Youtube. Przypisy tłumacza:

[1] Czyli po prostu to, na co Kościół patrzy z odrazą i przed czym przestrzega.

[2] Chodzi tu o różne rodzaje umów z państwem francuskim, do jakich szkoły niepaństwowe są zobowiązane, by mogły udzielać świadectw i dyplomów uznawanych przez państwo.

[3] Po polsku używa się wyłącznie terminu koedukacja, więc słowo „mixité” nie jest w tym tekście tłumaczone.

[4] W tłumaczeniu pominięto uwagę językową, zbędną dla Czytelnika polskiego. Pozwolę sobie jednak zwrócić uwagę, że ks. Berto nazywa tych, którzy używają niewłaściwego słowa „ces cuistres”, prostakami.

[5] To zdanie jest jedną z najważniejszych uwag zawartych w tekście ks. Belmont. O tym skąpym, minimalistycznym pojęciu wychowania, obecnym również w naszym obozie, będziemy na pewno pisać na łamach „Myśli Katolickiej”.

[6] Chodzi tu o to, że hasła, slogany tylko pobudzają wyobraźnię i nie mają głębszego wpływu na inteligencję, na zrozumienie, na rozwój umysłu. Jakże to prawdziwe zwłaszcza w naszych czasach obrazków, memów i innych idiotycznych hasełek tak szkodliwych wychowawczo, sprzyjających „lenistwu duchowemu”.

[7] Tu jakże ważna nauka dla fideistów, którzy tylko się modlą, proszą o łaski, a nie współdziałają z łaską i nie przygotowują się do jej przyjęcia. Nieodzowne są w tej dziedzinie cnoty przyrodzone (intelektualne i moralne) oraz wierność obowiązkom stanu!

[8] Tę typowo polską cechę krytykowaliśmy już na łamach „Myśli Katolickiej” i krytykować będziemy. Uczmy się prawdziwie chrześcijańskiej solidarności.

[9] Fr. mollesse, łac. mollities, czyli miękkość lub zniewieściałość.

[10] Nie chodzi tu o całkowite unikanie ludzi (izolowanie się) ani o wydawanie wszystkich pieniędzy na wychowanie dzieci i życie w biedzie (obciążanie się finansowo ponad miarę), lecz o roztropne decyzje podejmowane w oparciu o doktrynę Kościoła.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s