Kazanie ks. Karola Antoniewicza o wychowaniu dzieci (na święto narodzenia Najświętszej Maryi Panny)

Ks. Karol Bołoz Antoniewicz SI (1807-1852), wybitny XIX-wieczny polski kaznodzieja

Dla rozumnego człowieka, niekoniecznie nawet chrześcijanina, sprawa wychowania dzieci jest najwyższej wagi. Od tego zależeć będzie nie tylko przyszłość dziecka, ale i jego własnych rodziców, a także całego społeczeństwa. Katolik jednak jeszcze bardziej drży przed tym zadaniem i przykłada się do niego lepiej, niż uczciwy poganin, bowiem wie, że dar życia przekazany dziecku jest przekleństwem, jeśli miałby do wiecznego potępienia prowadzić. Nic przed tym uchronić nie może jak dobre, chrześcijańskie wychowanie w domu.

Zaczynać jednak trzeba od samego początku, bowiem błąd u początku jest brzemienny w konsekwencjach. Jak wielu rodziców to zaniedbuje, pobłażliwie samych siebie tłumacząc (oszukując), że „to tylko dziecko”, że „jeszcze młody to wiek”, że „z tego wyrośnie”. Nic bardziej szkodliwego dla dziecka! Baczyć trzeba zwłaszcza na pierwsze przebłyski rozumu, kiedy to najwyższe władze człowieka powoli wchodzą w okres największej podatności na wpływ dobry lub zły.

Niestety, jak mało rodziców katolickich rozważa tę poważną sprawę! Nie tylko ks. Antoniewicz ubolewał w XIX w. nad tym, jak ona wyglądala wśród katolików w Polsce. Dziś wystarczy tylko spojrzeć jak niektórzy spośród „przywiązanych do Tradycji” a nawet sedewakantystów (włącznie z tymi, którzy uważają się za „katolików integralnych”!) wychowują swe dzieci, a nie trzeba wcale nawet doszukiwać się ukrytych grzechów i win, gdy liberalni katolicy sami obnoszą się publicznie ze swym przywiązaniem do tego świata i zepsuciem, a dziecko swe wystawiają na widok nowoczesnego tłumu i internetowej widowni w nieskromnych strojach. Jak mówi ks. Antoniewicz, „rodzice nie na to wychowują dziecko, aby je jako cudotwór nosić po świecie”. Przeciwnie, „w zaciszu domowego pożycia dobre dziecka wychowanie jest jedyną, największą sprawą rodziców”.

Z.D.T.

Na święto Narodzenia N. Panny Maryi. O wychowaniu dzieci.

Dziewiętnaście wieków minęło, gdy radością i weselem napełnił się domek Joachima, bo oto w tym dniu urodziło się małe dzieciątko. A na te dziecinę całe niebo z radością i czcią spoglądało; przed tą małą dzieciną cała piekieł zadrżała potęga. Bo ta mała dziecina była to Marya – ta najpotężniejsza niewiasta, co miała zetrzeć głowę węża piekielnego – ta jutrzenka, która poprzedzała przyjście słońca sprawiedliwości – ta gwiazda jasna, która błogiem swem światłem rozwidnić miała ciemność nocy, ciążącą na całej kuli ziemskiej. Ta mała dziecina była to Marya.

Wielki, święty, błogosławiony to dzień przyjścia na świat Najświętszej Maryi Panny! Ale świat na to radosne zdarzenie tak zimny, obojętny, oziębły! Gdzież radosne okrzyki? gdzież tłumy ludu, dzięki Bogu zanoszącego? gdzież wdzięcznych serc odgłosy, pod sklepienia wzbijające się nieba, że przybyła nakoniec ta chwila, która dała światu Matkę Zbawiciela – że przybył ten dzień, w którym się zbliżało, w którym się rozpoczęło dzieło zbawienia ludzkiego? Ludzie zawsze ludźmi – zawsze ta sama obojętność względem najwyższej sprawy. Jako przed 19 wiekami działo się w Nazarecie, tak też i dziś w naszym się dzieje wieku. Kościół obchodzi pamiątkę tego dnia, dla nas najszczęśliwszego. Czyż radość Kościoła nie powinnaby radością napełnić serc naszych? czyż serca nasze nie powinnyby się stać echem tych rozkołysanych dzwonów, które uroczystem brzmieniem napełniają powietrze? czyż usta nasze nie powinny powtarzać radosnych hymnów na cześć Maryi? Ten dzień Narodzenia Maryi wielu spędza na pijaństwie, rozpuście, plotkach, grzechach wszelkiego rodzaju; z całego ludnego miasta jakaż maleńka zebrała się tu garstka! Inni czasu nie mają! Oj! gdyby tylko na tem się nie skończyło, że nie będą mieli czasu zdążyć do nieba! A gdy Marya w gniewie i boleści odwraca oczy swoje od tych niby katolików, od tych niby to uczciwych ludzi, którzy najświętsze obowiązki wiary depcą nogami – z radością spogląda Ona na was, na tych, co się tu w celu uczczenia Jej zabrali. Serce jej policzy synów i córki swoje, a ręka Jej wam pobłogosławi.

Czyż podobna, aby się znalazł taki, któryby Maryi nie znał, któryby Maryi nie kochał? Ach! i wielu się znajdzie! Cóż dziwnego, wszak niestety, nie mało jest rodziców, którzy zasad tej świętej miłości nie zaszczepili w sercu dziecka swego, którzy sami odciągają dzieci od Maryi, jak gdyby się obawiali Jej błogosławieństwa nad niemi. Sinite parvulos et nolite eos prohibere ad me venire. Zaniechajcie dziatek, a nie zabraniajcie im do mnie przychodzić![1] – oto słowa, któremi Marya do was, ojcowie i matki, dziś się odzywa: „Nie zabraniajcie dziatkom waszym do mnie przychodzić abym one pobłogosławiła i pod płaszczem opieki mojej do nieba zaprowadziła; Jeśli ja nad niemi czuwam, czegóż lękać się macie?” Was, ojcowie i matki, którym Bóg powierzył te niewinne istoty, niech zachęcą te słowa, abyście za pomocą i opieką Maryi wychowywali swe dzieci, a liczba Świętych wzrośnie na ziemi i w niebie. Zdaje mi się, że największą tem przysługę Maryi uczynicie; my zaś lepiej także tej uroczystości uczcić nie możemy, jak podając wam niektóre uwagi nad tą ważną sprawą dobra katolickiego wychowania – niechże uwagi te będą dzisiejszej nauki osnową!

O, Maryo! dziecinną rączką Twoją pobłogosław słowom moim! pobłogosław wszystkim rodzicom i wszystkim dzieciom miasta naszego, aby z tem nowem pokoleniem wzrastała nowa dla Ciebie i Syna Twego chwała i aby ze względu na ich niewinność Bóg odpuścił kary, na które miasto nasze zasłużyło grzechami.

W tej chwili, gdy nowy na świat przybywa człowiek, gdy matka zapomina o wszystkich boleściach swoich, a ojciec uradowany przyciska dziecię do serca swojego – Wiara święta staje przy kolebce dziecięcia i pyta rodziców: „I cóż sądzicie? czem będzie to dziecię? Ja pospieszam przyjąć je przez chrzest święty do grona dzieci bożych; ale kto wie, czy ono będzie pociechą i chlubą Kościoła, tej wspólnej matki wiernych na ziemi, czy może będzie hańbą i sromotą, co teraz bardzo często się zdarza!” Staje też Ojczyzna u kolebki nowego obywatela swego i pyta rodziców: „Cóż sądzicie? czem będzie to dziecię? czy przez rozum i cnotę swoją będzie ono chlubą i podporą kraju, czy też burzycielem jego spokoju i zarzewiem wszelkiej nieprawości”?

Do was, do was, rodzice, ojcowie i matki wszelkiego stanu, to zmierza pytanie. Wy za złe i dobre przed Bogiem i ludźmi odpowiedzieć musicie. Od pierwszej życia chwili kochacie to dziecię; oby miłość wasza, jako jest gorącą była równie roztropną i rozumną! Rozum z sercem, węzłem wiary świętej spojony, niechaj was nauczy, jako macie wychować dziecko wasze! Nie szukajcie własnego szczęścia, ale szczęścia dziecka; pracujcie aby je szczęśliwem uczynić, ale szczęściem prawdziwem i trwałem! Daliście mu życie – ale zaiste najzgubniejszy to dar, jeśliby wieczną śmiercią zakończyć się miało; chcielibyście, aby dziecko wasze było piękne, miłe i zdrowe – ale przyroda może mu tych darów odmówi; chcielibyście, aby dziecko wasze było wymowne i rozumne – ale może przy wszystkich kosztach i wydatkach nie dokażecie tego; chcielibyście, aby znaczne w świecie zajmowało stanowisko – ale nie przewidujecie tych przeszkód, co zniweczą zamiary wasze; zbieracie dla niego bogactwa – ale jedno bankructwo, jeden bunt w kraju, i wszystko zniknie. Pracujcie raczej, abyście mu dali cnoty, a praca wasza nie będzie nadaremna; to jest jedyne dobro, którego nikt mu nie wydrze. Pomrą kiedyś i dzieci wasze, groby ich otoczą grób wasz; ale też może wy jeszcze sami płakać będziecie nad grobem ich, a nie używszy owoców pracy waszej, coście dla nich uzbierali w cudze pójdzie ręce; lecz owoce dobrego wychowania – oto skarb, który z sobą wezmą, który im i wam doczesne i wieczne przyniesie błogosławieństwo.

Szczęśliwe, po tysiąckroć szczęśliwe to dziecko, co z katolickich urodziło się rodziców – katolickich nie powierzchownie tylko, ale w samej istocie. Pierwsze słowa, które posłyszy, są to słowa życia i zbawienia; oczęta jego zaledwie się światłu otworzą, nie widzą przed sobą, jak tylko dobre cnót przykłady; siebie jeszcze nie zna ono, a już zna Boga, Pana swego, Stwórcę świata; zaledwie rozwiąże się język jego, a już umie wzywać imienia boskiego; zaledwie rączki z pieluszek wolne, już umie je składać i wyrażać znak krzyża świętego; modlić się i mówić razem się nauczyło. Błogosławione dziecię, którego usteczka pierwsze słowa wymówiły:  Jezus! Marya! Jest nadzieja, że z temi słowy na ustach „Jezus! Marya!” zakończy życie swoje. Nazwie cię ojcem – pokaż mu, iż ma potężniejszego, lepszego ojca w niebie; nazwie cię matką – pokaż mu obraz Maryi.

Matko katolicka! naucz dziecko swoje, skoro tylko zdolną będzie pamięć jego, tej modlitwy zbawiennej, której sam nauczył nas Zbawiciel, aby od niej rozpoczynało i kończyło każdy dzień życia swego. Przemów często do dzieci słowy króla-proroka: Chodźcie i słuchajcie mnie, a ja was nauczę bojaźni boskiej.[2]

Ojcze katolicki! wpośród zebranych dziatek swoich powtarzaj często słowa starego Tobiasza: Pamiętaj o Bogu w każdym dniu życia twego; strzeż się abyś nigdy na grzech nie zezwolił. Błogosław Boga w każdym czasie i proś Go, aby Ci dopomagał we wszystkich sprawach twoich, abyś we wszystkiem zawsze pełnił wolę Jego. Nie czyń drugiemu tego, czegobyś nie chciał, aby tobie czyniono. Nie odwracaj od ubogich ócz twoich, aby Bóg nie odwrócił ócz miłosierdzia swego od ciebie. Czyń miłosierdzie podług możności twojej; masz wiele, daj wiele; masz mało, daj mało, ale zawsze ze serca szczerego[3]. Dobra matka trzymając dziecię na ręku i ocierając łzy jego, powtarza one słowa królowej Blanki, do króla Ludwika dziecka powtarzane: „Mój synu, grzech jeden godzien jest tylko łez twoich”. A wysilając się na wszystkie trudy, starania najczulsze około niego, odzywa się słowy matki Machabejczyków: Proszę cię synu, patrz w niebo! Bóg sam, o dziecię moje, jest Ojcem Twoim; On wysnuł tkankę dni twoich; wszystko od Niegopochodzi, wszystko do Niego powraca, wszystko w Nim żyje, a jeśli potrzeba umrzeć, wszystko w Nim umierać powinno.[4]

Gdy pierwszy przebłysk rozumu obłoki dziecinnego wieku rozsunie, bogobojni i rozumni rodzice poznają ważność tych pierwszych przelotnych chwilek, które im podaje serce, co jeszcze nie zna zamętu i upojenia zmysłów; a jako dobry ogrodnik nie da przeminąć tym pierwszym, ciepłym, majowym chwilom, aby nie rzucił nasionka w dobrze uprawną glebę – tak dobry ojciec nie da tym kosztownym przeminąć momentom, gdzie łaska chrztu w całej swej nieskalanej, nienaruszonej czystości otwiera serce na przyjęcie zarodu cnót wszelkich. Zaledwie dziecię chodzić umie, prowadzi je matka do kościoła i tu razem z niem klęczy u stóp ołtarza. Anioł-stróż dziecka, Anioł matki modlitwę ich Bogu przedstawia, a Marya oba te serca pod swoją bierze opiekę. Ciekawe niewinności oczęta z podziwem patrzą na święte wiary naszej obrzędy – i wstyd, hańba dla was, wiekiem dojrzałych i nibyto rozumnych i mądrych: dziecko małe zawstydza was – dziecko małe czuje i wielbi przytomność Boga w tych świętych przybytkach, które wy znieważacie płochem, zuchwałem, nieprzyzwoitem, obojętnem zachowaniem waszem. Dziecko wierzy i wyznaje przytomność Boga swego, w Najświętszym Sakramencie pod postacią chleba i wina utajonego. Błogosławieństwo tobie, matko, któraś nauczyła to serce niewinne, jak ma kochać Boga swego, jak ma się zachować na tem świętem miejscu, gdzie codziennie powtarza się ofiara, która na górze kalwaryjskiej spełnioną została, gdzie Hostya wieczna umiera i odżyje za grzechy nasze! Błogosławiona wiara twoja, błogosławiona nadzieja twoja, błogosławiona miłość twoja! bo wiara twoja wyda owoc żywota w twojem i dziecka twego sercu – bo nadzieja twoja ciebie i dziecko twoje zaprowadzi do nieba – bo miłość twoja radością i pokojem napełni życie twoje i dziecka twego!

Matka wskazuje dziecku te groby, gdzie spoczywają popioły przodków jego, i w młodem sercu, co ledwie bić poczęło, zbawienną bojaźń śmierci zaszczepia; wskazuje mu chrzcielnicę, gdzie na życie łaski się odrodziło: „Tutaj – mówi do niego – dziecię moje, przywdziałeś szatę niewinności, o którą Jezus Chrystus u ciebie się upomni; raczej wszystko utrać, nimbyś miał ją utracić! Przysiągłeś Bogu twojemu wieczną wierność; Aniołowie-stróże miejsc tych byli świadkami przysięgi twojej – niech będą świadkami jej dochowania. Wiesz, ile cię kocham, że tylko jakoby dla ciebie i w tobie żyję – jednak przenoszę widzieć cię umierającego w oczach moich, aniżeli gdybym miała cię widzieć obrażającego choć jednym grzechem śmiertelnym Boga swego. Lżejsze są łzy, cobym przelała nad grobem twoim, nad te, cobym przelała nad utratą niewinności twojej. Raczej wszystko i życie utrać, jak żebyś miał utracić Boga swego!”

W zaciszu domowego pożycia dobre dziecka wychowanie jest jedyną, największą sprawą rodziców. Wspólnie w miłości i zgodzie ojciec i matka działają, a gdy pierwszy nie szczędzi prac i trudów swoich, aby dać sposób wychowania i zabezpieczyć byt doczesny dziecku swemu, druga jako delikatną pielęgnuje je roślinkę, starając się bojaźnią i miłością Boga zabezpieczyć niewinne serce od zepsucia. Dobra matka nie biega po polach i teatrach i nie powierza skarbu swego najdroższego pieczy najemnych sług. Wie ona dobrze, że nie na tem wychowanie polega, aby zrujnować się na bony, od których dziecko albo niczego, albo tego się nauczy, czegoby wiedzieć nie powinno, lub bez czego by się obeszło. Pogardza ona pochlebstwami niewiernych przyjaciół, którzy, potrzebując względów rodziców, czy jest, czy niema czego, zawsze są w zachwyceniu nad cudownem dowcipem i rozumem dziecka; bo rodzice nie na to wychowują dziecko, aby je jako cudotwór nosić po świecie – dziecko u nich to nie towar na spekulacyę przeznaczony, ale serce ich serca, ale dusza, na podobieństwo boskie od Boga i dla Boga stworzona. Niema tam niepotrzebnej ostrości, niema nierozumnego pobłażania i troskliwości zniewieściałej.

A zobaczmy, jak to czasem wygląda wychowanie. Dziecko kichnie, kaszlnie, szpilką się zadraśnie, a już gwałt w całym domu; pełno zabawek, cukierków, obrazków, aby zapomniało o nieszczęściu swojem. Ale niema rózgi, kiedy kłamie, kiedy uparte i nieposłuszne, kiedy od złości tupie nogami, drze i szarpie wszystko, co mu się nawinie: mały jak palec, a zły jak padalec; jest to malutki kat w domu: i ojciec i matka i brat i siostra i sługa i domownik i pies i kotka – od niego spokoju nie mają. Dziecko się rozdąsa i jeść nie chce, a matka w płacz; dziecko nie chce słuchać, pacierza mówić, a matka na to nic, „bo to dziecko”… Oj! jeśli już ono nie kocha, nie boi się, nie szanuje Boga, nie spodziewajcie się po niem ani pociechy, ani miłości, ani uszanowania, ani bojaźni. A niechaj kto rodzicom powie o tem, biada mu: „to grubijanin, to człowiek bez czucia”. Zdarza się nieraz słyszeć usprawiedliwienie: „To jedynak, więc rzecz naturalna, że rozpieszczony!” Naturalna, bo aż nadto często się przytrafia – to prawda; ale żeby to była rzecz rozumna – oj, to nieprawda! Jedynak? – no, to macie więcej czasu i sposobności dopilnować go; właśnie dlatego, że jedynak, jeśli nie dla miłości jego, nie dla miłości Boga, to dla miłości własnej starajcie się go dobrze wychować, abyście się z niego pociechy doczekać mogli. – A w domu katolickim, gdzie bojaźń i miłość Boga panuje, gdzie rozum nie jest, jak to mówią, pod pantoflem ślepej miłości, postępują innym torem: tam miłość, ale nie pieszczoty; tam łagodność, ale nie słabość; tam surowość, ale nie gniew; tam przywiązanie, ale i bojaźń; tam wolność, ale i czujność. Oczy rodziców zawsze są tam otwarte na wszystkie niebezpieczeństwa, które młodemu zagrażają sercu; odsuwają oni wszystkie złe przykłady i bezbożne rozmowy; drzwi domu ich zamknięte są dla ludzi rozwiązłych i bezbożnych.

Jako gospodarz rozumny stara się poznać swą rolę, jej własności i przymioty, aby wiedział, jakie powierzyć jej ziarno – tak też i rodzice winni są poznać dobrze serce dziecka swego, aby wiedzieć dobre i złe jego skłonności. Czuwają oni nad każdym uczynkiem, słowem, niemal nad myślą jego; czuwają nad pracą, zabawą, nauką, osobą, z którą ono obcuje; czuwają sami nad sobą, aby uczynkiem i słowem nie dać zgorszenia dziecku, aby żaden obraz, żadna książka szkodliwa nie zabłąkała się w ich domu, coby mogło zmysłową obudzić ciekawość. Kochając dziecko, umieją oni pogodzić miłość z bojaźnią i posłuszeństwem – bo to rzecz pewna, przez wszystkich ludzi rozumnych, pogan i chrześcijan, we wszystkich uznana wiekach, że kto nie umie zachować swej powagi i winnego mu uszanowania, ten miłości też nigdy nie pozyska.

Ale teraz jakże to często zdarza się widzieć rodziców, ulegających dzieciom! Dziecko takie to wszechwładny tyran w domu: nie dziecko ojca, ale ojciec dziecko przeprasza; nie matka dziecku, ale dziecko matce rozkazuje. Och! takiego pobłażania straszne przykłady widzimy w Piśmie świętem. Kto ma wiarę i wierzy słowu bożemu, niechaj zadrży, jak straszną Bóg na cały naród spuścił karę za niedbalstwo i słabość jednego ojca! Czytamy w Księdze pierwszej Królów o Helim, arcykapłanie, który miał synów: Ophni i Phinees, wylanych na wszelką rozpustę i nieprawość. Mawiał on do nich wprawdzie: „Poprawcie się” – lecz nie karał. Heli, złamany wiekiem i chorobą, ślepy, 98 lat mający, zda się, żenie mógł więcej uczynić, jak takie dawać przestrogi. A jednak dlatego, że nie poskramiał za młodu dzieci swoich, przysłał Bóg do niego proroka, i rzekł mu Samuel w imieniu Boga, i spełniła się groźba Boga: wpadli Filistynowie i posiekli na sztuki 20.000 żołnierza i zdobyli Arkę Przymierza, chlubę, chwałę i obronę Izraela, i padli trupem synowie Helego, który sam smutną zakończył śmiercią. O! iluż takich Helich, iluż Ophnich i Phineesów w nowszych czasach!

Omijam inne Pisma świętego przykłady: Amana, Absalona, Diny i tym podobne – ale raczej przytoczę radę Ducha Świętego, aby ją rodzice w serce sobie wrazili i aby postępowali podług tej nauki Boga samego, nie zaś podług nauki modnych, nowych edukatorów, guwernerów i guwernantek, z dalekich sprowadzonych krajów, którzyby chcieli przenieść zaród zepsucia i bezbożności w następne pokolenia, a którzy, podobni szczurom ziemnym, młodej roślinki podgryzają korzenie. Bo to pewna, że jeśli dzieci wasze nauczą się od młodości kochać, czcić i szanować Boga, pociechą i radością będą napełnione dni życia waszego; nie zapłacze matka nad rozpustą córki, ojciec nie będzie ubolewał nad niewdzięcznością syna; nie będą razić ucha matki dwuznaczne o córce rozmowy, nie obiją się o ucho ojca przekleństwa na syna miotane; będziecie zbierali słodkie owoce z tych uczynków, coście w wiośnie życia waszego z taką pielęgnowali troskliwością. Wiara święta skrzydłem macierzyńskiej opieki pokryła ten pierwszy wiek dzieciństwa ludzkiego; ona pierwsza wykryła zarysy boskości w dziecięciu, a ten czysty obraz Boga w całej swej pierwotnej jasności i piękności nosi jeszcze wybitnie wrażoną pieczęć przymierza, nie startą żadną zbrodnią.

Niebo tylko tym obiecane, którzy dzieciom podobnymi się staną. Sam Zbawiciel, Pan nasz, Jezus Chrystus, przychodząc na świat i odchodząc, okazał godność tego wieku i dla niego tak czule wynurzył całą miłość swoją. Dzieci najpierw krew swoją za Niego przelały; dzieci były pierwszymi Kościoła świętego męczennikami; dzieci ostatnie palmy i kwiaty słały Mu pod nogi, ostatnie śpiewały Mu „Hosanna!” Patrzcie, patrzcie, ojcowie i matki! ale tylko wy, którzy, po katolicku żyjąc, po katolicku wychowujecie dzieci wasze, bo inne tego widoku nie są godne, ani go zrozumieć nie zdołają! patrzcie na Zbawiciela Pana: gęste tłumy ludu zewsząd szukają Go i otaczają; oko Jego, pełne miłości, spogląda dokoła; usta Jego, które mądrości przedwiecznej wydają wyroki, otwierają się – przywołuje dziatki do siebie, podnosi rękę i błogosławi im.

Nie! to nie dosyć! łącząc to, co jest najświętsze, największe, z tem, co jest najniewinniejsze, najczulsze, w osobie dziecięcia sam siebie nam przedstawia Chrystus, Mistrz nasz. O, matki szczęśliwe i błogosławione! widzę, widzę was, prowadzące za rękę dziateczki wasze, aby jak najbliższe przy Zbawicielu świata zajęły miejsce; widzę oczy wasze, łzami macierzyńskiej zalane miłości – słyszę bicie serca waszego, gdy Zbawiciel wkłada ręce swoje na głowę dzieci waszych, gdy z rąk Jego napowrót je odbieracie. O! niejedna tu może matka pomyśli w sercu swojem: Czemuż, czemuż i ja nie mogę złożyć dzieci moich na łono Zbawiciela mojego, aby ręką Jego pobłogosławione w moje wróciły ramiona? – Możesz, możesz! Ten sam Zbawiciel przebywa na tym ołtarzu; przyprowadź Mu swe dziecię, kiedy zechcesz, nie raz jeden, ale co dzień; nie potrzebujesz się trudzić daleko i przebijać przez tłumy ludu do tego ołtarza; On czeka na ciebie i na dziecię twoje; z błogosławieństwem Boga powrócicie do domu waszego. – Czyż była podówczas chociaż jedna matka tak wyrodna, któraby była wydarła to błogosławieństwo dziecku swemu, nie dając mu przystępu do Zbawiciela? Nie wiem. Ale to wiem, że takich ojców i matek jest teraz aż za wiele, którzy boją się, aby ich dzieci nie wykroczyły przeciw „dobremu tonowi” świata, i niechętnie widzą, jak córki chodzą do kościoła i przystępują do sakramentów, jak synowie do mszy świętej służą, lub, pokornie klęcząc, z książeczki się modlą.

„Ach! ja nie dla Boga, lecz dla świata wychowuję dziecko moje”. – Nie bój się! jeśli córka twoja będzie dobrą katoliczką, będzie teżdobrą kobietą, córką, matką i żoną; jeśli syn twój będzie dobrym katolikiem, będzie też dobrze wypełniał obowiązki jakiegokolwiek stanu. Powiedz jaśniej: „Ja tak kocham dziecko moje, że chciałbym aby nie do nieba, lecz do piekła się dostało”. A jeśli tak mówisz, to rozumiem! Mój Boże! u pogan nawet pierwszem zadaniem prawa było wpajać w młodzież miłość pracy, posłuszeństwa, cnoty, ojczyzny i religii; dzikich puszcz mieszkaniec odbiera jakąkolwiek naukę czczenia najwyższej istoty: drży na głos piorunów, jako na głos bóstwa – z uszanowaniem przed osiwiałą spuszcza oczy głową – czci mogiły przodków swoich, usiłując naśladować ich cnoty. Ale u nas w pośród wielkich, a nawet małych miast, widać młodzież na wszelką rozpasaną swawolę. Gdzież uległość, uprzejmość, skromność, coby miała odznaczać wiek dziecinny? Bluźnierstwo już w ustach dziecka, na twarzach dziewic jeśli nie bezwstyd, to przynajmniej lekkomyślność. Ani prośby rodziców, ani świętość obyczajów, ani powaga praw tamy położyć złemu nie zdołają. A wina gdzie? W złem pierwszych lat wychowaniu. „Ach! ja wszystko czyniłem, a jednak dziecko jest wyrodne”. Prawda, to się trafia; ale jaki stąd wniosek, powiem o tem, da Bóg, innym razem. Są wpośród ludu katolickiego dzieci, pozbawione znajomości wiary swojej, poznania i posiadania Ciebie, Boże, bo są matki, które uczą dzieci wstydzić się Ciebie i są ojcowie, co uczą bluźnić przeciw Tobie!

Lecz wy, którzy wśród niedowiarstwa i zepsucia świata nie straciliście ani wiary, ani cnoty, ojcowie wszelkiej czci godni, a szczególniej wy, matki pobożne, których pieczy ten pierwszy krok dziecięcia powierzony, nie schodźcie z dobrej drogi waszej, pomimo wszystkich planów, zdań, rad, złych książek, a gorszących przyjaciół i plotek! nie bójcie się za wcześnie wpajać w miękkie serca miłości i bojaźni Boga! Już chrzest wyraził na sercu ich piętno wiary świętej – już są ludźmi w oczach Boga. Stań się, ojcze, prawdziwym ojcem syna twego! stań się, matko, prawdziwą matką córki twojej! Będą oni codziennie wznosić za wami ręce i serca swoje do Boga, a błogosławieństwo Jego zakwitnie w domu waszym, oko jego w miłości nad wami czuwać będzie – szczęśliwe będzie życie, szczęśliwa śmierć wasza i w przybytkach niebieskich na wieki się połączycie. Nosząc słodkie jarzmo boskie, sami włożyliście je na dzieci wasze; zamieni się ono dla nich na koronę chwały i spełni się słowo Ducha Świętego: „Błogosławieni, którzy od pierwszych lat swoich noszą jarzmo Pańskie!”

O, Maryo! na cześć i chwałę Twoją poświęciłem te słowa moje, z miłości ku Tobie, z miłości ku wszystkim rodzicom, z miłości ku wszystkim dzieciom! Lecz czemże jest słabe i niedołężne słowo moje? Wiem, że słowo ludzkie – to nasionko, które tylko skropione rosą miłosierdzia w bujny kłos wykwitnie. Proś więc Boga; o Maryo, aby raczył nam pobłogosławić – aby to, co z głębi wyrosło serca, do serca trafiło – aby krew Syna Twego, za te niewinne przelana dusze, przemówiła do serc wszystkich matek, tu zgromadzonych. Maryo, Matko nasza! użycz wszystkim matkom opieki Twojej, aby swoje, aby Twoje dzieci dla nieba wychowały! Amen.

[1] Mat. XIX. 14.

[2] Ps. XXXIII. 12.

[3] Tob. IV. 6-9.

[4] 2 Mach. VII. 28.

Przepisał G. G. M. Źródło: Kazania Ks. Karola Antoniewicza Towarzystwa Jezusowego zebrał Ks. Jan Badeni T. J., Wydanie trzecie przejrzane i pomnożone, tom II. Kazania o Matce Boskiej, Kraków 1906, ss. 7-16.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s