List Ludwika Veuillot o słabości charakteru katolików z komentarzem dotyczącym sytuacji dzisiejszej

Na stronie, która powołuje się na ultramontan i katolików integralnych i zamierza wiernie trzymać się ich linii nie sposób nie przeznaczyć miejsca Ludwikowi Veuillot (1813-1883), którego w tak wielkim poważaniu miał sam Papież Pius IX. Był on katolikiem nieustępliwym, wiernym w każdym szczególe życia zasadom wiary i Kościoła, skutecznym i odważnym dziennikarzem autentycznie katolickim, co czyniło go siłą rzeczy niezłomnym wrogiem liberalizmu, który wówczas panoszył się we Francji i całej zresztą Europie. Ten Francuz-katolik w swych strasznych czasach stanął na wysokości zadania jak mało kto.

Poniższy list jest z 8 sierpnia 1843 r. i traktuje o tym, o czym już pisaliśmy, m.in. przytaczając teksty z naszej drogiej „Myśli Katolickiej”: o braku charakteru u katolików, o ich miękkości, słabości, kompromisowości. Ale ponieważ tekst ten ma już swoje lata, katolicka pedagogika wymaga, by był opatrzony jakimś komentarzem, ponieważ dziś ludzie są tak pozbawieni zmysłu katolickiego (również w środowiskach wiernych tradycji a nawet odcinających się od modernistów zupełnie), że mogliby go opacznie rozumieć. To jest też powód, dla którego taką metodę przyjęliśmy na naszej stronie, lecz temu ważkiemu tematowi poświęcimy wkrótce odrębny artykuł. Tymczasem zachęcamy do lektury listu francuskiego ultramontanina ze szczególnie trafnym komentarzem ks. Belmont.

Redakcja „Myśli Katolickiej”

List Ludwika Veuillot [o słabości charakteru chrześcijan…
… wobec wrogów Pana Jezusa i Kościoła]

Do Pana [Wiktora Karola Maurycego] de Foblant
8 sierpnia 1843

Bracie mój Maurycy, jesteś wielkoduszny i rozumiem, jakie uczucia wzbudza w Tobie choroba naszych katolików w Nancy, jak i wszędzie indziej. Mieliśmy ten spektakl w Paryżu, jeszcze będziemy go mieli. Być może naszym przeznaczeniem jest ujrzeć, jak Kościół francuski umiera na to zło, o ile Kościół może w ogóle umrzeć, a to niekiedy idzie dość daleko.

Wolałbym jedną z tych epok, kiedy to wydaje się, że jej koniec będzie w morzu krwi. Miałbym większą nadzieję na to, że [Kościół francuski] się podniesie. Błogosławieni ci, którzy słuchali mszy w katakumbach, błogosławieni ci, którzy służyli do niej jakiemuś wandejskiemu kapłanowi uciekinierowi, w otoczeniu rannych, sierot i wdów! Oni mogli zwiastować tryumfy. W naszych katedrach, gdzie zostawia się nas w spokoju, możemy liczyć tylko na upokorzenia. To nie ciało jest tym, co przemawia i co się buntuje, to duch. Upokorzenia – pragnę ich dla siebie, Bogu dzięki; ale nie chcę ich dla Pana Jezusa, a to Jego się upokarza.

Poddaje to Tobie pod rozwagę, nie wydaje mi się, by świat widział wcześniej coś podobnego. Kościół jest znieważany, a my nie jesteśmy ani uciekinierami, ani zmuszeni, by się ukrywać, ani pozbawieni środków działania. Wręcz przeciwnie, korzystamy z naszych dóbr, z naszej wolności, z naszych praw obywatelskich, jesteśmy silni, z bronią przy ramieniu, podczas gdy się znieważa [Kościół]. Patrzymy jak się to dzieje i idziemy do Komunii. Ks. Rohrbacher[i] nie przytoczyłby innych przykładów i, jeśli się o tym pomyśli, jest to czymś nowym i jest to przerażające. Mniej się obawiam o świątynię, którą szaleńcy chcą zniszczyć, niż gdy wierni myślą tylko o swej strawie w obliczu tego niebezpieczeństwa. To ci naprawdę niszczą Kościół, którzy swym ciałem nie zastawiają Kościoła, którzy nie dają się zmasakrować na stopniach dla jego najmniejszej prerogatywy.

Niegdyś, by nie zanegować wiary, chrześcijańscy rodzice woleli, aby ich dzieci spotkało nieszczęście i mężnie patrzyli, jak na ich oczach były mordowane: dziś chętniej dopuszcza się do tego, że tracą wiarę, niż że zabraknie im jakiegoś dyplomu. Z zimną krwią kupuje się tytuł adwokata lub lekarza za cenę stu grzechów śmiertelnych, które mogą popełnić przed otrzymaniem go. Zwie się to „myśleniem o ich przyszłości”: to słowo mówi wszystko. Gdy było się chrześcijaninem, przyszłość była w niebie; już jej tam nie ma, [teraz] jest w sklepikach, w handlu, sprawunkach, w błocie: aby tam dotrzeć depcze się najpierw krucyfiks. Nie ma już chrześcijan, bowiem nie ma już wiary. Gdyby była wiara, widziano by, że z taką ilością tchórzostwa wystawia się swą duszę na niebezpieczeństwo i ujrzano by to, czego nie widzimy: ludzi mężnych.

Oświadczam Ci to, między nami, że konferencje św. Wincentego a Paulo i cała ta miłość bonów na zupę i bonów na ziemniaki, sprowadzona do tego poziomu, na którym ją widzę, wzbudza we mnie politowanie! Nic nie rozumiem z tego systemu, w którym pragnie się zbawić dusze za pośrednictwem dziesięciogroszowych monet a unika się wypowiedzenia słowa za każdym razem, gdy trzeba je powiedzieć. Odkryto sztukę pomagania biednym bez pomagania Jezusowi Chrystusowi. Gdyby „Journal des Débats”[ii] nie wynalazł nazwy neokatolików, powinniśmy ją wynaleźć, my, dla tej tchórzliwej rasy, bowiem jest ona rzeczywiście nowa. Wszędzie, gdzie ją odczuwam, pod mitrą, pod sutanną, pod ubiorem mieszczanina, widzę tam braki i narośle, które zeń czynią nowy gatunek. Są to chrześcijanie z o wiele większym brzuchem i z o wiele mniejszym sercem.

Co trzeba robić, drogi Maurycy? Najpierw modlić się do dobrego Boga; prosić Go o tę jedyną łaskę szaleńczego umiłowania Go, bez żadnego rodzaju roztropności ani rozumowania w tym, co nas dotyczy; przyjmowania krzyży, zniewag, zabiegania o nie, przygotowywania się do nie obawiania się niczego i nie przysięgania, że nigdy nie zastosuje się wobec siebie nieco dyscypliny. Co do naszych braci, ostrzec ich czym prędzej, by nie obawiali się narażać komuś, bowiem dopiero wtedy będą się bronić i przypomną sobie, że tu są Kościołem wojującym, a nie Kościołem kiszącym się.

Gdy widzę, jak biskupi znoszą uniwersytet, jak świeccy marzą tylko o swej ciepłej strawie, jak zakony umierają z głodu wśród całej tej młodzieży, która nie ma nic do roboty i oddaje się utrzymywaniu biedaków, ponieważ to mniej kosztuje niż dziewczyny i jest to bardziej uczciwe, mówię, że pozostaje tylko jedno niebezpieczeństwo: że wszystko pozostanie w tym samym stanie. Trzeba szukać wydarzeń i je wprawiać w ruch.

Nie mam powołania monastycznego, zwłaszcza benedyktyńskiego. Ale otrzymam, jeśli Bóg tego zechce, powołanie oddania siebie. Trzeba tylko służyć Bogu. Wszystko inne jest zbyt marne i zbyt niebezpieczne w czasach, jak te obecne, dla duszy, która miała możność ujrzeć Krzyż, na którym umarł Pan Jezus. Gdy będę z powrotem w Paryżu, postaraj się mnie odwiedzić i zorganizujemy zimową kampanię. Z Bogiem, drogie dziecko; miłuję Cię w mym sercu. Przedstaw moje najczulsze wyrazy szacunku Twej wspaniałej i szacownej matce. Powiedz jej, że Bóg ją kocha i że mamy szczęście należeć do Jego męczenników, w czasach, gdy chrześcijanie nie obawiają się niczego tak, jak Krzyża; czyli tego, co stanowi samo znamię chrześcijanina. […]

Wyjęte z biuletynu „Notre-Dame de la Sainte-Espérance”, nr 279 (kwiecień 2013)

Rok 2013 stanowi dwusetletnią rocznicę narodzin Ludwika Veuillot (11 października 1813). Jest to dla nas okazja, by cieszyć się tym nieporównywalnym piórem, oddanym na usługi wspaniałego ducha katolickiego i wielkiego serca. Korespondencja, którą właśnie przeczytaliśmy, została napisana podczas jego pobytu w opactwie Solesmes. Nie ma wątpliwości, że da się tam usłyszeć echo rozmów, które przeprowadził Ludwik Veuillot z opatem Guéranger i które są źródłem prawd, które obaj chcieli donośnie oznajmiać rodzinom katolickim. List ten jest świadectwem wielkiej energii, wielkiej przenikliwości myśli, szczerości, która nie otacza się środkami ostrożności. Zasługuje na kilka wyjaśnień.

Katolicy nie są powołani (jak to się mówi we Francji) do tego, by być wyrzutkami społeczeństwa. Jeszcze bardziej niż wszyscy muszą rozwijać talenty, których udzielił im Bóg, muszą zajmować wpływowe miejsca, aby doprowadzać do zapanowania Ewangelii Jezusa Chrystusa, muszą móc cieszyć się właściwym poziomem materialnym, by zapewnić chrześcijańskie wychowanie swym dzieciom.

Każdy musi mieć tu na tym świecie dokładny obowiązek stanu, każdy musi zająć miejsce, w którym rozwija się intelektualnie i moralnie, każdy musi być zdolny do pracy dla dobra wspólnego społeczności, w której żyjemy. Potrzeba lekarzy, pielęgniarek i położnych, adwokatów i inżynierów, kupców i rzemieślników, prezesów firm i uczonych, i tutti quanti, którzy są katolikami, bez których społeczność całkowicie porzuci to, co otrzymała od Kościoła, a chrześcijaństwo zostanie tylko wspomnieniem.

To wszystko jest prawdą. Ale nie za wszelką cenę. Nie za cenę dusz, cnoty, prawości, żarliwości, wytrwałości. „Na co człowiekowi zdobycie świata, jeśli stracił swą duszę?” Problem przedstawia się następująco: „Szukajcie więc najprzód królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a to wszystko będzie wam przydane”. Oznacza to nie tylko to, że trzeba pokładać synowską i całkowitą ufność w Bogu, oznacza to również to, że rzeczy tego świata, które nie są rozpatrywane jako coś przydanego, jako dar Boży i środek do zabiegania o Jego królestwo, stają się trucizną dla życia chrześcijańskiego.

Oto, co energicznie wyraża Ludwik Veuillot. Jest to przedmiotem nieszczęsnego doświadczenia powtórzonego tysiące razy. Dlatego widać kohorty młodzieży idące na rzeź jeden po drugim; idą na studia, aby zająć stanowisko przynoszące duże zyski pieniężne: nigdy nie wracają, ponieważ tracą wiarę, tracą cnotę chrześcijańską, tracą niebo.

Albo jeszcze, widzimy, jak wyjeżdżają pełni dobrych intencji, ale bez formacji inteligencji, bez moralnej zbroi, bez lęku przed grzechem: ci również nigdy nie wracają, zatopieni w grzechu czy światowości, którą są, bezużyteczni dla Królestwa Bożego.

Odpowiedzialność rodziców jest poważnie z tym związana: na Sądzie Ostatecznym będą musieli zdać sprawę z dzieci, które Bóg im powierzył. A wówczas haniebne światowe wymówki na nic się zdadzą: zarabia dużo pieniędzy, jest w dobrej sytuacji, miał piękny ślub, wybrał mniejsze zło… A potępione dzieci pociągną za sobą w to zatracenie swych rodziców.

Jest to smutna historia apostazji jednostkowych, apostazji społeczności w krajach, które kiedyś tworzyły chrześcijaństwo. Szukano zaspokojenia pożądliwości i wyobrażano sobie, że to niebo będzie przydane. Tragiczny błąd.

Trzeba więc, by chrześcijańscy rodzice ważyli swą odpowiedzialność; trzeba, by badali środki, które postawią ich dzieci w sytuacji, która prowadzi do nieba, która będzie prowadziła do królowania Pana Jezusa, czy to sama przez się, czy to przez rodzinę, którą pozwoli wychować.

Któż o tym pomyślał na tyle poważnie, jak tego sprawa wymaga? Aby przejść przez niebezpieczne peryferia nie idzie się samemu, idzie się grupą. Ale kto o tym myśli, zaczynając studia na uniwersytecie, które zabijają dusze? „I nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a duszy zabić nie mogą. Ale raczej bójcie się tego, którzy i duszę i ciało może zatracić w piekle”. Czyż to nie Ewangelia jest tym, co zapomniano?

Oto, co pisałem niedawno do młodej osoby, którą martwi ten problem:

To, że często wracam do trudności, z którymi spotykają się katolickie pielęgniarki, zarówno podczas studiów jak i w trakcie praktykowania swego zawodu, jest spowodowane tym, że jest to łatwy przykład do przedstawienia: powaga problemów, z którymi konfrontacja może być nieunikniona, współpraca, której się od nich wymaga jednym ciągiem, wąski margines manewru, który jest im pozostawiony, nieustanny brak prywatności, w której muszą pracować: to wszystko pozwala łatwo dostrzec, jak trudno jest wykonywać zawód w świecie, jak trzeba się uzbroić i otaczać się bronią duchową i ludzką, jak samobójcza jest lekkomyślność. Ale w rzeczywistości analogiczne problemy istnieją w niezliczonych dziedzinach zawodowych, często w sposób mniej wyrazisty, lecz również bardziej podstępny.

Nieświadomość wielu katolików powoduje, że nie myślą o istniejącym problemie, nie przewidują mniej lekkomyślnych rozwiązań (we trójkę zabierać się za studia, wyjeżdżać za granicę, wchodzić tylnymi drzwiami, odmówić sobie, działać dyskretnie, lub coś innego) i każdy po kolei idzie na rzeź. Niektórym się udaje wyjść bez szwanku, i jest to cudem, ale wielu zostawia swą duszę, czy swą niewinność, czy swą żarliwość.

Jest to prawdziwy problem, dla którego rodziny katolickie winny się zbierać i go rozważać. Katolicy, podług darów, które otrzymali od Boga, muszą starać się o to, by wywierali dobroczynny i skuteczny wpływ społeczny: ale nie za wszelką cenę. Będzie to katastrofalne, iluzoryczne i śmieszne.

Ten wpływ społeczny może zresztą być wywierany na inny sposób, niż tylko zawód ad hoc: wychowanie rodziny, świadectwo wiary, sumienność w wykonywaniu obowiązków stanu: oto ‘społeczne czynniki’ w inny sposób prawdziwe i głębokie, niż retorskie sztuczki adwokata czy gadanina posła.

To wszystko wymaga refleksji, modlitwy i czasu.

Tłumaczył z języka francuskiego W. Wołoszyn. Źródło: „Quicumque” (blog ks. Belmont). Ks. Belmont został wyświęcony przez abpa Lefebvre’a w 1978 r., a w 1980 r. odszedł z FSSPX. Przyjmuje tezę z Cassiciacum, ale błędnie pojmuje naturę biskupstwa w Kościele (w tym temacie z pożytkiem można przeczytać m.in. cały numer specjalny „Sodalitium” w wersji francuskojęzycznej, nr 44 z lipca 1997 r.). Przypisy MK:

[i] Ks. Renat (René) Rohrbacher (1789-1856), francuski kapłan i historyk Kościoła, poseł do parlamentu (Assemblée Nationale). W wieku 17 lat ukończył studia klasyczne, po czym uczył przez trzy lata. W 1810 wstąpił do seminarium w Nancy i w 1812 r. przyjął święcenia kapłańskie. Przez kilkanaście lat związany był z ks. de Lammenais i założonym przezeń Zgromadzeniem św. Piotra, ale gdy ten ostatni nie poddał się potępieniu Rzymu, ks. Rohrbacher odciął się od niego i został wykładowcą historii Kościoła w seminarium, które sam ukończył. Jego główne dzieło, Historia powszechna Kościoła katolickiego (I wyd.: Nancy, 1842-1849) było napisane w duchu apologetycznym i przyczyniło się do wykorzenienia gallikanizmu z Francji.

[ii] „Journal des Débats” (pol. „Dziennik debat”) był tygodnikiem założonym zaraz po pierwszym zebraniu Stanów Generalnych w 1789 r., w którym pojawiały się sprawozdania z debat i dekretów prowadzonych i ogłaszanych przez Zgromadzenie Narodowe. Pod różnymi nazwami pismo istniało aż do 1944 r.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s