Przemówienie hr. Ostrowskiego o liberalizmie

Wielki Papież, jakim był Pius IX, powiedział, że francuscy katolicy liberalni są bardziej niebezpieczni od Rewolucji i od Komuny Paryskiej. Jak późniejsi moderniści byli oni prawdziwym koniem trojańskim w mieście Bożym, czyli w Kościele.

Tak pospolity wśród katolików liberalizm nie ograniczał się jednak do XIX-wiecznej Francji. Jak wiemy dzięki prasie integralnie katolickiej sprzed stulecia, to śmiertelne dla wiary i religii zjawisko było obecne również wśród katolików polskich, często bardziej instynktowne niż przemyślane (a to najczęściej z braku charakteru). Było tak sto lat temu, czyż dziś nie jest tak samo? Nie brak bowiem liberałów, którzy biorą udział w akcjach o charakterze religijnym z modernistami, nawet w celach mniej lub bardziej słusznych, nie brak rodziców wcale lub mało troszczących się o prawdziwie katolickie wychowanie swych dzieci, nie brak liberałów stawiających na drugim miejscu wiarę i jej wymagania w życiu codziennym. A gdzie są dziś katolicy garnący się do zrzeszeń autentycznie katolickich by wspólnie i sensownie pracować dla sprawy Boga i Kościoła? Czyżby nie widzieli, jak wiele jest do zrobienia?

Przemówienie tak drogiego nam Juliusza hr. Ostrowskiego, założyciela Związku Katolickiego i współpracownika ks. prał. Benigniego, wygłoszone 8 grudnia 1909 r. o tym właśnie mówi: o tej zarazie panoszącej się w naszym katolickim kraju i niektórych jej przejawach. Ponieważ dziś niestety sytuacja jest znacznie gorsza, do tego nawet stopnia, że katolicy liberalni mylą nie tylko katolicyzm z liberalizmem, ale nawet katolicyzm integralny z liberalizmem, będziemy raz po raz ganić tę chorobę umysłu, niekiedy słowami dawnych katolików integralnych, niekiedy naszymi własnymi.

Z.D.T.

Przemówienie Juliusza hr. Ostrowskiego
na ogólnem zebraniu Konferencyi św. Wincentego
,

odbytem w dn. 8 b. m., z okazyi kwartalnego święta stowarzyszenia,
w lokalu Związku Katolickiego w Warszawie.

Najdostojniejszy Pasterzu!

Szanowni Słuchacze!

Najwłaściwszym może tematem przemowy w obecności osób, żądnych według zasad Ś-go Wincentego uświęcać się za pomocą jałmużny, byłoby miłosierdzie, owa „miłość, rozlana w sercach naszych przez Ducha Ś, Który nam jest dany” (Rom. V, 5), o której Ś-ty Paweł tak pięknie się wyrażał:

„Gdybym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłościbym nie miał, stałem się jako miedź brzęcząca, albo cymbał brzmiący”.

„I chociażbym miał proroctwo i wiedział wszystkie tajemnice i wszelką naukę i miałbym wszystką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłościbym nie miał: nic nie jestem”.

„I choćbym wszystkie majętności moje rozdał na żywność ubogich i choćbym wydał ciało, tak iżbym gorzał, a miłościbym nie miał, nic nie pomoże”.

Ta miłość, pochlebiam sobie, którą żywię dla bliźnich moich, dzisiaj pobudza mnie i ośmiela do podniesienia tu przed Wami, Szanowni Słuchacze, sprawy, według mnie, pierwszej wagi.

Jest nią kwestya liberalizmu, tego usposobienia wolnościowego, bardziej instynktownego u wielu niż wyrozumowanego, które, na podobieństwo szkodliwego zarazka, szerzy wśród nas coraz większe spustoszenie i przeciw któremu czas wielki znaleźć środek i ochronę.

Co to jest liberalizm?

W przeciwstawieniu do obowiązku (bo przecie, jako stworzenia Boskie, mamy względem Stwórcy obowiązki), liberalizm, z orzeczenia filozofów, jest to niczem nieograniczona swoboda człowieka wobec zasad i czynów.

Ta swoboda bezwzględna opiera się na negacyi prawa Bożego, obowiązującego każdego człowieka; w rzeczy samej na negacyi Boga: bo jeśliby Go się uznawało, jakżeby nie poddać się Jego woli?

Ta swoboda myśli i woli, zrodzona z protestantyzmu jak wszystkim wiadomo, została przez Rewolucyę uroczyście światu ogłoszoną i, jako ewangelia nowej ery, przez znaczną część inteligencyi, zawsze do nowinek skorą, naprzód we Francyi, a stopniowo gdzieindziej, przyjętą i narzuconą.

Pierwszym wynikiem zasady tak szczytnej: „ni Dieu ni maître” (ni Boga ni Pana) było wszczęcie prześladowania, przypominającego czasy pierwszych chrześcijan, obalenie hierarchii kościelnej, skasowanie zakonów, zagrabienie dóbr kościelnych, zamordowanie króla i jego rodziny, oraz straszny wylew krwi wszystkich tych, których stan duchowny czy szlachecki wskazywał jako domniemanych przeciwników nowego porządku rzeczy.

Względy polityczne i utylitarne, chęć posługiwania się religią, jako wygodnym środkiem rządzenia, wpłynęły na zawarcie z Kościołem konkordatu, czyli ugody. Rychło ujawniły się prawdziwe pobudki obłudnego podania ręki, gdy Papieża, broniącego praw Kościoła, pozbawiono dóbr jego i wtrącono do więzienia, jako zwykłego przestępcę.

Pomimo tak ciężkich przejść, Kościół dźwignął się z ruin we Francyi i żywotność swą zaznaczył w wielkiej liczbie powołań na księży, zakonników i misyonarzy. Jeszcze raz Francya stanęła niejako na czele państw katolickich. Napoleon III trzymał załogi w Rzymie i bronił Stolicę Ś-tą przed najazdem Piemontczyków i masonów.

Jednakże ziarno liberalizmu, raz rzucone w świat na grunt, przez filozofów przygotowany, zakiełkowało wszędzie, a troskliwie przez nieprzyjaciół Kościoła hodowane, wydało swoje właściwe owoce.

Przedewszystkiem wpływ na prawodawstwo, na wychowanie publiczne zachowali sekciarze i prorocy masońskiej demagogii.

Katolicy sami, w wielkiej mierze olśnieni pięknie brzmiącemi hasłami swobody, równości i postępu, uwierzyli zbyt łatwo, że i oni z dobrodziejstw zapowiedzianych skorzystają; zapragnęli więc godzić bez zwłoki zasady te wolnościowe z wiarą swoją; zaczęli myśleć, mówić i czynić, tak jak najzaciętsi wrogowie Kościoła: o bezwzględnej wolności, o bezwzględnej równości i o jakiemś ułudnem, nowem, nieopartem na prawie Bożem, braterstwie.

Zaczęto więc uważać wszystkie wyznania jako równorzędne, tak jakby prawda mogła z fałszem iść w porównanie.

Zaczęto, zgodnie z sekciarzami, dawać Kościołowi drugie miejsce po państwie; wyrażało się to w głośnym wniosku słynnego przywódcy katolików francuskich hr. Montalembert’a: „Wolny Kościół w wolnem państwie,” wniosku heretyckim i przez Kościół potępionym: bo jak ciało z duszą jest złączone, tak państwo z Kościołem złączone być winno.

Zapomniano, czem jest Kościół: przedstawicielem i zastępcą Boga na ziemi.

Czy godzi się Boga albo Jego przedstawiciela i zastępcę na drugiem miejscu stawiać?

W tym samym duchu bezwzględnej swobody stawiano naukę świecką narówni z najwyższą prawdą, przeciwstawiając mniemane dogmaty naukowe prawdom religijnym.

W ustępstwach swoich katolicy poszli tak daleko, że starali się naśladować i prześcigać innowierców w wycieczkach przeciw tajemnicom wiary i że nawet stróże prawd kościelnych, teologowie i egzegeci, poczęli negować pierwiastek nadprzyrodzony w Piśmie Świętem i Kościele, nastawać na instytucye kościelne, na indeks, na hierarchię i t. d., tak, że Pius X zmuszony był zebrać i potępić ich herezye i odsądzić kilku w błędzie upartych od Kościoła. Wystarczy przypomnieć kilka nazwisk, należących do różnych narodowości: Loisy, Tyrrell, Scheil, Murri.

Tolerancya dla błędu i fałszu stała się najmilszą zasadą, którą niejeden dzisiejszy katolik szczyci się, jako hasłem człowieka o szerokich poglądach.

Naprzykład u nas żywimy tolerancyę, a nawet pewną admiracyę dla Towiańskich, Szechów, Lutosławskich, gdy, przeciwnie, z coraz większą trudnością znosimy czystą naukę Chrystusa Pana i Jego Zastępcy.

Tą tolerancyą uwodzeni, podtrzymujemy prasę i sztukę o dążeniach wprost przeciwnych zasadom Kościoła.

Tą tolerancyą uwodzeni, pobłażamy wyuzdaniu obyczajów i pornografii, łączymy się z krzewicielami rozluźnień rodzinnych, z rozwodzicielami i feministami.

Tą tolerancyą powodowani, przejmujemy się teoryami, podkopującemi pojęcie prawa własności; pod tym względem takie jest pomieszanie pojęć, że z ostrożnością należy brać do ręki dzieło ekonomiczne albo czytać rozprawy w pismach peryodycznych , chociażby wyszły z pod pióra rzekomo katolickiego.

Tą tolerancyą przejęci, katolicy wprowadzają innowierców do naszych instytucyi społecznych i dobroczynnych, zapominając, że wszelka akcya społeczna jest przedewszystkiem dla katolika akcyą religijną. Zdeprawowali tym sposobem nasze instytucye sami, zdzierając z dawniejszych cechę katolicką, a nadając nowym charakter świecki, często z naszą wiarą niezgodny. Zowią to walką z klerykalizmem.

Już nie miłość bliźniego chrześcijańska, ale jakiś altruizm pogańsko-utylitarny, właściwie najczęściej próżność albo interes, powodują nami.

Gdzie jednak ta zgubna tolerancya największe wyrządziła szkody moralne, to w szkole.

Łatwą rzeczą jest dowieść, jakie są skutki dzisiejszego wychowania i wykształcenia szkolnego. Na całym, niestety, obszarze krajów polskich patrzymy na młodzież zbuntowaną przeciwko Bogu, przeciwko rodzicom, przeciwko wszelkiej władzy, przeciwko społeczeństwu, które chciałaby do góry nogami przewrócić.

Patrzymy spokojnie na młodzież tonącą w niemoralności, – w zaniku poczucia szlachetniejszego coraz częściej chwytającą za broń samobójczą.

Bezbożnicy wołają, patrząc na to wszystko: „postęp! postęp!” a rodzice katoliccy, ślepo za nimi idąc, bezmyślnie wtórują: „postęp! postęp!”

A co z tego postępu bez wiary wyniknąć może? Nigdy nic, prócz anarchii, nienawiści i nieszczęść wszelakich.

Pod pozorem postępowego wykształcenia rodzice katoliccy powierzają dzieci swoje przewodnikom i nauczycielom niekatolikom i bezbożnikom, którzy sami i zapomocą podręczników, przez takich, jak oni, ułożonych, przedstawiają Kościół jako rzecz ludzką, uczą napadać na jego wierzenia, prawa, instytucye; obok dzieci naszych młodzież bezwyznaniowa albo innowiercza uczęszcza do szkół i przyczynia się do zacierania koniecznej różnicy między prawdą katolicką a tamtemi uprzedzeniami i nawyknieniami, między moralnością chrześcijańską, boską, a etyką niezależną, wolnościową, czyli pogańską lub heretycką.

Gdybyśmy nie byli zobojętnieli pod względem religijnym, bylibyśmy od dawna postarali się, by nauczyciele naszych dzieci, nie wyłączając geografii i historyi, byli jednego z nami wyznania. Ujęliśmy się za językiem ojczystym w sposób niewłaściwy, bo demoralizujący młodzież; ale za tym postulatem prawowierności nauczycieli i podręczników, chyba nieco ważniejszym, kto przemówił, kto zatroszczył się o niego?

Do dzisiejszego dnia biskupi nie zgodzili się na propozycyę, by w seminaryach duchownych wykładali innowiercy, obawiając się słusznie o całość wiary alumnów. Czyż wiara młodzieży szkolnej ma nam być obojętniejszą? Czyż wiara młodzieży świeckiej nie jest bardziej narażoną, gdy bardziej jest bezbronną?

Obojętność katolików na wszystko, co im jest najbliższe, co im powinno być najdroższem, jako to: wiara, przyszłość, dzieci, objawia się w bierności zupełnej koło zakładania szkół wyznaniowych.

Wszystkie wyznania starają się o to, by miały szkoły swoje; jedni katolicy o to nie dbają, twierdząc, że wszystkie szkoły, posiadające prefekta, są przez to samo katolickiemi!

Wielkim trudem i kosztem koło szkolne Ś-go Stanisława założyło gimnazyum katolickie w Warszawie. Czy gimnazyum to obudziło żywszą sympatyę i zainteresowanie się rodzin katolickich? Czy prasa o niem wiele głosi? Czy też przykład ten znalazł może naśladowców tak doniosłej inicyatywy? Raczej zapytać jeszcze: czy z braku środków nowa nasza uczelnia nie podzieli rychło losu owych przedsiębiorstw, które w widokach czystego zysku powstają, jak grzyby po deszczu, i znikają niepostrzeżenie, jako widocznie społeczeństwu niepotrzebne?

Łzy się cisną do oczów na myśl, ile ta obojętność, z braku zasad, z braku jasnego poczucia obowiązku pochodząca, z owego właśnie liberalizmu, ile ona szkody i nieszczęść nam przysparza!

Jeszcze jeden dowód obojętności dla spraw naszych przytoczyć muszę.

Gdy przy dzisiejszym ustroju państwowym dopuszczane jest zrzeszanie się, czemu tak mało katolików wchodzi do związku wyznaniowego, jakim jest Związek Katolicki, gdzieby znaleźli sposobność uświadomienia religijnego i wzmocnienia duchowego, działalności celowej i pożytecznej? Wolą zaś poświęcać czas, pieniądze i wpływy swoje różnym działaniom bez cechy religijnej, zwalczającym nawet otwarcie akcyę katolicką. Czy tacy katolicy zasługują na miano katolików?

Ale już może zbyt długo zatrzymałem uwagę łaskawych Słuchaczy. Chciałem tylko wskazać na źródło wszelakiego zła, które się u nas dzieje, mianowicie na ten liberalizm, wytwarzający jakąś religię indywidualną, dowolną, ludzką i zwalczający ową powszechną, rzymską, apostolską. Religia tak pojęta wysusza serce, rodzi w niem egoizm i obojętność na najżywotniejsze sprawy Kościoła prawdziwego.

Już raz się obejrzyjmy i przestańmy żyć liberalizmem i tą specyalną tolerancyą, która jest właściwie obojętnością religijną; przestańmy pracować z wrogami i dla wrogów naszej wiary, bo nietylko to nie jest żadnym postępem, ale robotą bezmyślną i pozbawioną miłości, bo niszczącą nas samych i społeczeństwo nasze.

Owocem Ducha jest miłość, ale Ducha, który jest z Boga. – Miłość ta nie raduje się z niesprawiedliwości, mówi Ś-ty Paweł, ale się weseli z prawdy. Miłość ta zapewnia pokój i zgodę, te najdroższe skarby człowieka na ziemi, o które napróżnobyśmy się inną drogą ubiegali.

Przepisał G. G. M. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok II (1909), nr 51, ss. 401-402.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s