O charakterze, do naszego obozu

Nieznany z nazwiska autor artykułu z „Correspondance de Rome” opiera swoją analizę fatalnego stanu sprawy katolickiej już w tamtych odległych czasach na jednym głównym argumencie: zło pochodzi z braku charakteru u katolików. Ów brak charakteru przejawia się w przyjmowaniu przez katolików łatwej postawy liberalnej, która od prawdy woli „święty spokój”, dobre samopoczucie, zgodę, sympatyczne relacje, nawet z przeciwnikami Kościoła i wrogami wiary.

Łatwiej bowiem, w imię fałszywie pojętej pokory, pobłażliwie przymykać oczy na błędy nawet w najbliższym otoczeniu, niż je prostować. Łatwiej, w imię fałszywie pojętej jedności, jeść i pić przy wspólnym stole, niż uderzyć pięścią w stół i zepsuć wszystkim dobry nastrój stanowczą obroną atakowanej prawdy. Łatwiej ustąpić, w imię fałszywie pojętej łagodności, niż zmierzyć się z gniewem oponentów, gdy męstwo wymaga reakcji. Łatwiej, wreszcie, jawić się jako ktoś pokorny, zgodny i łagodny niż wystawić się na zarzuty o pychę, tworzenie podziałów i konfliktowość. Łatwiej, ale czy bardziej po katolicku?

Pierwotna „Myśl Katolicka” nie obawiała się złośliwej łatki „nadkatolików” przypiętej jej przez „pokornych”, zgodnych i łagodnych liberałów. Dlatego sformułowaną w artykule „Correspondance de Rome” piękną misję przywrócenia sprawie katolickiej ludzi o prawych, mężnych charakterach z ochotą przyjęła za swoją.

A. Potocka

Do naszego obozu

Charakter

z „Correspondance de Rome”

Coraz częściej słychać dziś skargi i ubolewania nad losem sprawy katolickiej. I nie można powiedzieć, że skargi te są przesadzone.

Jakkolwiek uskarżanie się nie jest rzeczą zdrożną, czy jednak nie lepiejby było, zamiast tego, zbadać przyczynę fatalnego stanu rzeczy i znaleźć środki zaradcze?

Kto tylko głębiej się zastanawia, dochodzi do przekonania, że zło pochodzi prawie wyłącznie z braku charakteru wśród wielu, nawet wybitnych, katolików.

Cóż to jest charakter? Jest to pojęcie dość skomplikowane i rozbiór jego należy uprościć. Faktycznie od organizmu, który toczy ciężka choroba, niewiele zazwyczaj wymaga się wysiłku, co najwyżej tyle tylko, ile on jeszcze znieść może, tyle tylko, ile konieczne, by zatamować zło i wywołać reakcyję fizyologiczną, jako wstęp do polepszenia i wyzdrowienia.

Takiego też minimum należy żądać od wielu, bardzo wielu katolików naszej epoki. Jakaż to klęska stan taki! To niezbędne minimum odnośnie do katolików stanowi: strzedz się owej uprzejmej pobłażliwości, która każe spokojnie znosić, z całą swobodą tolerować, a nawet z pewną sympatyą traktować błędne doktryny, jak również ich autorów i obrońców.

Ta sama pobłażliwość nakazuje żyć w najlepszej zgodzie z najgorszymi nicponiami; wymaga, byśmy w swej obecności dozwalali wygłaszać i wykonywać najprzeróżniejsze dziwne i niebezpieczne rzeczy: każe wreszcie zamykać oczy i milczeć na to, co najwyższym wstrętem przejmuje sumienie uczciwego człowieka.

Sypie się, jak z rękawa, najprzeróżniejsze „poważne” ku temu powody: względy grzeczności, uprzejmości, obowiązek przystosowywania się do ducha czasu, do środowiska, w jakiem się przebywa, i t. p. i t. p. Trzeba się starać nie widzieć, – bo i poco? Wróg jest od nas silniejszy. Należy milczeć, gdyż można go podrażnić i do gorszych popchnąć ekscesów. Opór? pocóż opór, zwłaszcza stanowczy? Chyba po to tylko, by tem silniejsze wywoływać napaści. Ależ, naturalnie, ustępować, ustępować zawsze: na ustępstwach zyskuje się najwięcej! Należy wszystko godzić i łagodzić, bo to bardziej w duchu wiary, to nawet szczyt dyplomatycznej zręczności!… To też żyje się ze wszystkimi bez różnicy, spotyka, bywa, bo to właśnie kruszy przesądy! Przy dobrze zastawionym stole, w gronie przyjaciół, czujemy się jak nie można lepiej; przy ostrygach prawimy sobie komplementy; przy pieczystem tniemy gawędę w przyjacielskim tonie o tem i owem; przy szampanie wznosimy toasty na cześć tolerancyi; w wonnym dymie cygar spalamy resztki uprzedzeń; przy „Monachorum” wysławiamy pokój i nowy porządek rzeczy; wreszcie „kochajmy się!…” niech żyje!… uściski, serdeczności, rozczulenie… I to się nazywa najwyższą sztuką i umiejętnością życia! Odwrotna strona medalu: nizki oportunizm, płynący z zupełnego braku charakteru.

Ależ to właśnie sposób najlepszy, wypróbowany! To sposób słynnego Talleyranda, któremu norweskie łososie i perigordzkie indyki z truflami przyniosły daleko większe dyplomatyczne zwycięstwa, niż jego ambasadorowie!

Byłoby jednak uczciwiej i słuszniej nazwać ten genialny sposób polityką naiwności, tchórzostwa i zaprzaństwa.

Polityką naiwności, gdyż prawdziwymi indykami, które w ucztach tych dają się zjadać, służąc w dodatku na dwóch łapkach, są katolicy… Bo weźmy fakta: jakież mamy z postępowania tego rezultaty? Powodzenie?… Chyba dla wrogów, którzy połykają ostrygi, spijają szampan, ale nie ustępują ze swego nigdy. Gdyby jeszcze wyznawcy tej metody z waty mogli sobie powiedzieć: „Oto zniesione sekciarskie prawo! oto pozyskana ulga! i t. p.” – mieliby przynajmniej wówczas czem się zastawić. Lecz nie mają nic, absolutnie nic: straty i niepowodzenia – to ich bilans cały!

Polityką tchórzostwa? Tak, choć to silny wyraz. Kryć się, nie śmieć, czołgać się… przepraszam, tańczyć piruety przed wrogiem – dowód to może wielkiego sprytu, lecz nigdy odwagi. Odwaga – to mężne mierzenie się z wrogiem oko w oko, to z podniesionym sztandarem i mieczem w ręku narażanie się na ciosy. Jest to także gotowość zadawania ciosów, mając dane, że się nieprzyjaciela w proch zetrze, gdy się dobrze wyceluje i silnie uderzy.

Wreszcie polityką zaprzaństwa, gdyż zasadą Kościoła był zawsze opór złu i walka o dobro. Sam Boski Mistrz nauczył tego słowem i przykładem; apostołowie poszli w Jego ślady, a za nimi szeregi prawdziwych wyznawców krwią i męczeństwem znaczą drogi po świecie całym zawsze i wszędzie tam, gdzie spotykają Neronów lub „bohaterów…” à la pionierzy z roku 93[i]. Stąd więc wszelka słabość, wszelkie nizkie płaszczenie się, wszelka karygodna chwiejność wobec błędu jest przeciwna Wierze, jest pierwszym krokiem do zaprzaństwa i zdrady.

Wyznawcy tej polityki prowadzą Kościół po bolesnej i upokarzającej, kalwaryjskiej iście drodze. Zbrodnią jest, gdy synowie w jakikolwiekbądź sposób podają rękę mordercom swej matki!

Osłabia to nawet rodzaj ludzki: upadek energii przodków przechodzi na potomków i wzmaga się w pokoleniach, które już na świat przychodzą z wyraźną tendencyją do postępowego zaniku energii; przyzwyczajenie do chwiejności i tchórzostwa również przechodzi na potomstwo i również w pokoleniach wzrasta i wzrastać będzie wciąż. Nieuniknionym skutkiem tego – zabicie katolickiego męstwa, co jest wprost zbrodnią.

Mówiąc o tem wszystkim, trudno nam nie poświęcić słów paru prasie, która nosząc miano katolickiej, jest nią tylko „do pewnego stopnia”. Jeden ze świętych, który żył bardzo niedawno, proboszcz z Ars, pisał w roku 1850 do dwóch Francuzów, zakładających dziennik katolicki:

„Macie więc zabrać głos. Słowo ludzkie winno być czynnikiem łączności. Należy jednak dobrze to zrozumieć. Nie trzeba się rządzić fałszywą miłością. Bez względu na osoby, należy zawsze mówić prawdę. Należy wymiatać całe stosy nagromadzonych kłamstw, nie patrząc, kto się temu opiera. Należy zwalczać błędy nawet wśród chrześcijan, gdyż mniej od innych (jeśli to możliwe) mają oni praw błędy te wyznawać. Kochajcie przeciwników waszych, módlcie się za nich, lecz nie schlebiajcie im, nie komplementujcie ich nigdy! Nie szukajcie też tego, byście się wszystkim podobali…”

Jakże to wielka nauka dla wszystkich katolików, a zwłaszcza dla prasy, co mieni się katolicką, gdzie spotkać można ludzi bardzo uczciwych, którym to jedno chyba zarzucić można, że starają się „podobać wszystkim”, tylko nie… „klerykałom!”…

Tak, cechą charakterystyczną naszej dziwnej epoki jest brak charakteru. Jedynym środkiem przywrócenia sprawie katolickiej należnego stanowiska i zabezpieczenia jej na przyszłość jest wyrobienie w ludziach charakteru.

Od tego pięknego zadania któryż gorliwy katolik uchylić się może?

Przepisała A. Potocka. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok III (1910), nr 21, ss. 206-207.

[i] Chodzi zapewne o rok 1793 i m.in. postawę Żyrondystów, „nowej arystokracji”, w obliczu natarcia Jakobinów, czerwonych rewolucjonistów, którzy pragnęli głowy króla Francji. Żyrondyści nie byli za tak skrajnym rozwiązaniem. Gdy jednak zagrażał im zarzut o zdradę, czyli obronę „zdrajcy” (Ludwika XVI wg. Jakobińskiej „góry”), okazał się ich charakter, bowiem również poparli zgładzenie niewinnego. (przyp. A.P.)

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s