Juliusz hr. Ostrowski o tym, jak katolicy szkodzą sprawie Kościoła (cz. I)

MK header„Christus voluit omnes ab errore revocare et maluit mori, quam tacere”[i]

Jak katolicy szkodzą sprawie Kościoła.

Największą szkodę sprawie katolickiej przynosi nieznajomość prawdy. Człowiek bowiem dobrej wiary i dobrej woli stara się postępować według przyjętych zasad, i chociaż przez słabość natury od nich chwilowo odstąpi, jednakże one przyświecają jego sumieniu – i zawsze do nich powraca i do nich się nagina. Ale, jeśli zasady są błędne, nie dziw, że i postępowanie jest błędne.

Dlatego tak ważnem jest prawdę, i to całą prawdę, głosić; bo prawda jest Boską; kto ją posiada, posiada największy skarb. Ona wiedzie do Boga i daje zbawienie. Półprawdy,  głoszone dzisiaj tak często, czy w celu małodusznym schlebiania opinii czy w celu na pozór szlachetnym jednania słabo wierzących i wcale niewierzących, nie mogą wydać dobrych owoców: to nie jest miłość bliźniego, albo też jest miłość źle zrozumiana. Opinia, której się schlebia, brnie dalej w swoich błędach; tak samo brną i oporni, jeśli im się szczerej prawdy nie pokazuje: dlatego, że tylko prawda, a nie jej naśladownictwo, ma siłę przyciągającą i przekonywującą, i tylko tej prawdzie towarzyszyć może łaska Boża, która kruszy serca i kształtuje wedle swego upodobania.

W naszym kraju panuje fałsz liberalizmu niepodzielnie i zaślepia nas coraz bardziej w sposób o przyszłość niepokojący. Nietylko niema tych, coby się odważyli przeciw niemu wbrew ogólnej opinii wystąpić, ale niema prawie takich, coby sobie zdawali sprawę, na jak niebezpieczne dostaliśmy się manowce.

Niestety, najlepsze siły stają często w obronie fałszywej doktryny, nie bacząc na wyraźną naukę Kościoła.

Wiemy, jak wielu katolików naukę tę lekceważy w tem, co dotyczy spraw społecznych, tłumacząc sobie, że sprawy owe powinny być Kościołowi obojętne, jak gdyby ich moralna podstawa mogła Kościoła nie obchodzić, – jak gdyby Bóg nie był Stworzycielem człowieka i Panem wszystkich jego czynności, pojedyńczo czy zbiorowo wziętych.

Biada nieświadomym, ale jeszcze większe biada nieposłusznym!

Lecz prawda jest dla tych, którzy, mając uszy, chcą słyszeć. Ci mogą prawdę poznać z wielu źródeł. Jedno jest źródło wciąż obficie płynące, z którego wszakże katolicy nasi, zda się, najmniej czerpią, – a tem jest źródło nauk, idących z Rzymu od Głowy Kościoła. Mało kto u nas naukami temi się interesuje i zna je dokładnie, a jeszcze mniej jest takich, coby je stosowali i szerzyli.

Zdawałoby się, że tego głosu najwyższego Nauczyciela, prostującego opinię i kierunki biskupów, księży i świeckich, nie mamy koniecznej potrzeby poznać i że wiadomości o religii, jakie skądinąd posiadamy, na wszystkie wypadki życia i na wszystkie sytuacye aż nadto wystarczają.

Tymczasem, gdyby kraj nasz katolicki był religijnie wykształcony na podstawie Listów apostolskich, mianowicie Piusa IX, i Syllabusa z 1864 r., który jest streszczeniem tych Listów w sprawie błędów współczesnych, – nie bylibyśmy zaszli tak daleko. Wiedzielibyśmy, jak po katolicku sądzić historyę, co myśleć o rzekomych nabytkach ideowych, o sławetnych prawach człowieka, o mniemanych wolnościach tegoczesnych, o ześwietczeniu rodziny, szkoły, zawodów, słowem, całego życia społecznego i państwowego. Nie odrzekalibyśmy się naiwnie klerykalizmu, bezmyślnie wtórując masoneryi i innym wrogom Kościoła; nie klęlibyśmy się na każdym kroku demokratyzmem – instytucyą, drogą sercu wolnomularzy, bo najprędzej do ich celów zdążającą. Zdawałoby się, słysząc nazwę stronnictw wszelkich odcieni, że Pan Bóg stworzył ludzi na to, aby byli demokratami. Już filozofowie greccy potępiali demokracyę, która z definicyi i z tendencyi nie znosi żadnej wyższości, ani duchowej ani innej, wymaga równości, której niema w naturze, i, niwelując bezwzględnie wszystko, rychło dochodzi do przesady, niesprawiedliwości i tyranii.

Ponieważ religia bynajmniej nie zaprzecza nierówności, jakie natura sama tworzy, i przyznaje hierarchię, czyli podporządkowanie ludzi, stanów i instytycyi, jako niezbędny warunek ładu społecznego, – więc demokratyzm ma pochop do usuwania religii, nietylko z życia publicznego, ale i z serc ludzkich.

Demokratyzm stał się ulubioną formą rządów dla wrogów Kościoła, którzy w jednych krajach katolickich już ją zaprowadzili, a w drugich zaprowadzić się starają.

Katolicy, którzy z całym zapałem popierają demokratyzm, w różnych swoich objawach na liberalizmie oparty, – nie znają widać Encyklik, bo, znając je, nie mogliby chyba im nie ulegać i fałszywej doktryny nie unikać.

Gdy się kto w błędzie bardzo zagalopuje, nie skory jest wówczas przed własnem nawet sumieniem przyznać się do winy i zdanie swe sprostować. Źle też bywają przyjmowane wszelkie nawoływania po temu.

Gdy jednak prasa i literatura nasza dostarczają coraz to nowych dowodów ogólnego zapamiętania w zgubnych doktrynach, katolikom milczeć nie wolno: Powiadam wam, iż, jeśliby ci milczeli, kamienie wołać będą (Łuk. XIX, 40), – zwłaszcza, że fala błędu przez różne wpływy zagraniczne potęguje się niemal z każdym dniem.

Młodzież, szukająca wyższego wykształcenia poza granicami kraju, na wszechnicach nawet katolickich, słowem, młodzież, na którą mielibyśmy prawo pokładać najlepsze nadzieje, – wraca do kraju, nietylko nieuleczona z błędów, lecz owszem jeszcze bardziej w nich ugruntowana siłą rzekomo-uczonej argumentacyi.

Wpadła mi w ręce broszurka ks. Aleksandra Wójcickiego o pracy polityczno-społecznej katolików niemieckich, jasnym stylem instytucyę „Volksverein’u” opisująca.

Wydaje mi się, że przy sposobności można było wspomnieć, dla wiadomości czytelnika, o pewnych objawach liberalizmu i dążności do wyzwolenia się z pod kierunku władzy kościelnej, które w ostatnich czasach wiele miały rozgłosu, a które za wpływem biskupów i pewnego odłamu prasy katolickiej zostały potrosze ukrócone.

Brak wyjaśnienia o tem zajściu tłumaczy się opinią ks. Wójcickiego, wypowiedzianą w końcu rzeczonej broszury o innem stowarzyszeniu katolickiem w Niemczech: mianowicie, przytaczając ustęp ze znanego chlubnie pisma włoskiego Civilta Cattolica, daje ks. Wójcicki do rozumienia, że postawa obecna Centrum niemieckiego jest zupełnie poprawna.

„Centrum – mówi ustęp z Civilta Cattolica – nie jest jedynie grupą katolicką dla obrony interesów religijnych, lecz jest partyą polityczną, która uznaje i broni społecznych potrzeb ogółu”. Ustęp powyższy stwierdza fakt, ale tu chodzi przecież o zasadę (str. 82).

Nie mamy nic przeciw temu, by katolicy, odpowiednio zorganizowani, mieszali się do polityki. Centrum było i jest partyą polityczną, i nikt go za to nie gani; wymaga się tylko, aby pozostało wierne założeniu i było przedewszystkiem stronnictwem obrony interesów katolickich.

Jeśli stronnictwo to liczyło w gronie swojem mężów, nie należących do wyznania katolickiego, to było to wszakże pod warunkiem podporządkowania się ich pod hasła i program stronnictwa.

Jednakże skutki kompromisów i współwyznaniowa robota okazały potrzebę utrzymania, a nawet udoskonalenia pierwszej myśli założycieli (str. 84), t. j. urzeczywistnienia instytucyi, mającej na celu obronę spraw katolickich. Okazała się też potrzeba zaniechania międzywyznaniowości, a wyjątki, dawniej tolerowane, ustać chyba muszą, jeśli Centrum ma trwać i gruntownie dla przyszłości budować.

Zamiast tego, autor uważa (str. 85), że „takie współdziałanie mężów wyznania katolickiego i innych pośród stronnictwa Centrowego jest cennym zakładem szerzenia pokoju pomiędzy wyznaniami chrześcijańskiemi i ułatwia obronę tego, co wszystkim jest wspólne”.

Na ten pogląd nie można się zgodzić wobec faktów, które stwierdziły, że ta właśnie mylna taktyka osłabiła działalność katolicką stronnictwa Centrowego.

W dalszym ciągu pisze ks. Wójcicki: „W tym duchu stronnictwo Centrum, opierając się na konstytucyi, starać się będzie i nadal spełniać swe obowiązki względem ojczyzny, nie zważając na szkodliwą dla dobra publicznego agitacyę wyznaniową.

Nie wyjaśnia autor broszury, z czyjej to strony pochodzi szkodliwa agitacya wyznaniowa, na którą radzi Centrum nie zważać, a opierać się raczej na konstytucyi protestanckiej i kłaść interesa ojczyzny przed sprawami Kościoła.

Dalej autor z zadowoleniem konstatuje, że „powyższa programowa deklaracya stwierdza, do jakiego stopnia ruch katolicki w Niemczech jest politycznym” (!!) i że „deklaracyę przytoczoną podpisali także duchowni członkowie partyi, dając w ten sposób dowód najwyższej tolerancyi, szerokiego poglądu na sprawy bieżące i niezwykłego rozumu praktycznego”.

Istotnie, ruch ten jest obecnie polityczny, ale nie polityczny katolicki, co przecie nie może stanowić tytułu do pochwał ze strony księdza katolickiego, i dlatego nie przekonywa nas przytoczona okoliczność, że duchowni członkowie partyi podpisali deklaracyę. Zaiste, dali oni wraz z autorem dowód „najwyższej tolerancyi, szerokiego poglądu na sprawy bieżące i niezwykłego rozumu praktycznego!!” …

Tak pisze profesor akademii, któremu powierzono urabiać przekonania społeczno-religijne przyszłych sług ołtarza i przyszłych profesorów seminaryów, – nauczycieli ludu wiernego. Któż zaprzeczy, że poglądy jego tchną tym liberalizmem i tym oportunizmem, który dobro polityczne, materyalne, wbrew wyraźnej nauce Kościoła, stawia ponad dobro duchowe.

Co prawda, ks. Wójcicki szczyci się tytułem nie doktora teologii, ale doktora nauk politycznych, wychowańca Szkoły nauk politycznych w Paryżu; a wszakże  wiadomo, jaki prąd panuje w tej szkole. To też trudno się dziwić, że młodzież poważną wiedzą teologiczną niezabezpieczona, nabiera tam pojęć, przeciwnych prawdzie. Szczupły zakres wiedzy teologicznej, wyniesionej z seminaryum, nie wystarcza wobec subtelnie przewrotnych pseudo-naukowych wywodów mistrzów kłamstwa.

Nadmienić też wypada, że nazbyt często młodzież nasza popełnia ten błąd: po ukończeniu szkół średnich w kraju, zamiast postarać się o poprawienie światopoglądu, – nie zważa na firmę i ducha szkół zagranicznych, lecz wybiera najczęściej te, które, będąc ducha niekatolickiego, posiadają jednak renomę większej uczoności. Powracając do kraju, młodzież ta przywozi cały arsenał nowych niebezpiecznych poglądów, powiększając jeszcze bardziej chaos, i bez tego wielki.

Czego nie pochwala się małoświadomym laikom, tego w duchownych wprost zrozumieć nie można, boć, jeżeli każdy katolik powinien poczuwać się do obowiązku służenia Bogu i Kościołowi w posłuszeństwie i prawdzie, to cóż powiedzieć o tych, co, obrawszy powołanie kapłańskie, tem większy zaciągają obowiązek czuwania nad czystością swej wiary.

(C. d. n.)

Juliusz hr. Ostrowski.

[i] „Chrystus chciał wszystkich odwieść od błędu i wolał umrzeć, niż milczeć”. (Bł. Duns Scot).

Przepisał J. Grodzki. Źródło: „Myśl Katolicka”, rok III (1910), nr 33, ss. 323-324. Część II artykułu przeczytać można tutaj, część III tutaj.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s