Między Wojtyłą a Ratzingerem: hermeneutyka ciągłości

Poniższy artykuł pojawił się na łamach pisma „Opportune Importune” niedługo po śmierci Wojtyły i konklawe, które wybrało Ratzingera, co nastąpiło w kwietniu 2005 r. Ks. Carandino przypomina w nim o hermeneutyce ciągłości, jaka zachodzi między nim a jego poprzednikiem oraz wyciąga kilka interesujących wniosków z zaistniałej sytuacji, nawiązując przy tym do smutnego zjawiska, jakim jest słabnięcie katolickiego oporu wobec modernistycznej inwazji.

Szczerze przejętych sytuacją Kościoła ten nieszczęsny fakt winien motywować do wzmożonej gorliwości o sprawę Bożą oraz nieustępliwości w kwestiach świętej wiary katolickiej, bez żadnej domieszki błędów i kompromisów, na które jest wciąż wystawiana przez różnych „tradycjonalistów”.

E.C.

Artykuł wstępny z „Opportune, Importune” nr 10

Śmierć Jana Pawła II (JP II) i wybór Benedykta XVI (B XVI) uwydatniły wiele elementów, niektórych pozytywnych, innych negatywnych: spójrzmy na nie razem.

Powszechne zainteresowanie Kościołem Rzymskim.

Przez wiele dni uwaga świata skupiała się na Watykanie. Telewizja, dzienniki, strony internetowe, wszystkie organy informacyjne świata (z wyjątkiem Chin) zajmowały się Kościołem Rzymskim. Maksym Fini słusznie podkreślił to, jak JP II stale korzystał z mediów i jak media wykorzystały to w ostatniej części jego ziemskiego życia. Większość dziennikarzy (a przede wszystkim ich szefowie) nie kierowała się z pewnością miłością do Kościoła i w ich interesie leżało „kanonizowanie” tego, który głosił światu to, co świat chciał usłyszeć. Faktem pozostaje, że w każdym narodzie na świecie mówiono o Kościele, o papiestwie, a co za tym idzie – o Panu Jezusie. Niekwestionowany urok wszystkiego, co wiąże się z Watykanem, jak Pałace Apostolskie, Kolegium Kardynalskie, konklawe, pozwoliło miliardom ludzi zainteresować się, przynajmniej na kilka dni, sercem katolicyzmu. Oczywiście sekciarze (wewnątrz i na zewnątrz Kościoła) opróżnili to święte naczynie z dużej części tego, co powinno zawierać, ale pozostaje w nim nieodłączna siła, która, gdy Opatrzność zechce położyć kres stanowi pozbawienia, w którym znajduje się papiestwo, usposobi Kościół do odniesienia nowych tryumfów.

Utrata wiary

Właśnie spektakularność śmierci JP II i wybór B XVI uwidoczniły jednak, że życie wielu ochrzczonych katolików nie determinuje już wiara. W rzeczywistości dla większości mas, które zebrały się w tych dniach w Watykanie, kryterium życia religijnego nie stanowią już dogmaty wiary, lecz niejasne uczucie religijne, składające się z emocji i osobistych opinii. Jednym z głównych odpowiedzialnych za tę sytuację jest właśnie Karol Wojtyła, który, zamiast utwierdzać trzodę w wierze, rozproszył ją i oszukał w imię nowej doktryny zrodzonej na Soborze.

Utrata sacrum

Przejawem zdrowej doktryny jest duch modlitwy, poczucie sacrum, uwielbienie Boga w Trójcy jedynego. Niejasne uczucie religijne wywołuje natomiast przejawy radości lub smutku całkowicie podobne do wydarzeń ze sfery świeckiej; w kościele lub na stadionie, podczas nabożeństwa lub demonstracji ulicznej, nie ma już zasadniczej różnicy w przejawianiu uczuć duszy. Transcendencja zniknęła niemal całkowicie, wszystko jest horyzontalne, wszystko ludzkie. Nie zaprzeczam, że wśród wielu osób, które przybyły na Watykan na pogrzeb JP II, były także dusze, które modliły się pobożnie i z gorliwością, ale myślę, że są to klasyczne wyjątki, które potwierdzają regułę.

Miłość do papiestwa

Nie wiem, czy „Papaboys” (stowarzyszenie zajmujące się tzw. „nową ewangelizacją” – przyp. tłum.) wiedzą, co tak naprawdę reprezentuje Papież, a zatem nie wiem, czy naprawdę kochają Następcę Piotra. Tym, co mogę poświadczyć, jest miłość, jaką mają kapłani i wierni Instytutu Matki Dobrej Rady dla prymatu Piotra, co wykazali w tamtych dniach. Pierwszymi, którzy pragną upaść do stóp nowego Papieża jesteśmy właśnie my, w naszych sercach panuje głęboki smutek na widok pustego (lub, lepiej, zajmowanego jedynie materialnie) Tronu św. Piotra. Jak Żydzi na wygnaniu babilońskim tęsknili za powrotem do Jerozolimy, tak my gorzko opłakujemy brak głosu Namiestnika Chrystusa. Nie chcemy jednak dać się zwieść syrenim głosom kompromisu z Soborem…

Świadectwo Wiary

Poprzedni akapit wprowadza istotną uwagę: w ostatnich miesiącach jak nigdy wcześniej ukazało się, jak mądre, zrównoważone i – w tym historycznym momencie – niezastąpione jest stanowisko teologiczne zwane Tezą z Cassiciacum, owoc wiary i dociekań naukowych o. Guérard des Lauriers. Dzięki niej katolik może zharmonizować miłość do papiestwa z odrzuceniem błędów Soboru, bez ryzyka popadnięcia w desperację (myśląc, że Kościoła już nie ma) lub przekroczenia granicy mentalności schizmatyckiej (oskarżając Kościół o nauczanie błędu). Dobry ojciec Guérard otrzymał prawdziwą inspirację z góry, kiedy opracowywał katolicką odpowiedź na problem Soboru. Nie zapominajmy, że podczas obrad soborowych mieszkał w Rzymie, ponieważ był profesorem na Uniwersytecie Laterańskim, i zaangażował się w pierwszy katolicki ruch oporu natychmiast po Soborze i przed promulgacją Nowej Mszy. Niewielu zna tę pierwszą fazę katolickiej walki: co ciekawe, tak jak moderniści mają zwyczaj upatrywać w Soborze początku Kościoła, tak niektórzy „tradycjonaliści” mają w zwyczaju przedstawiać rozpoczęcie „dobrego boju” od założenia Bractwa abpa Lefebvre’a w 1970 r. Lecz między 1965 a 1970 rokiem byli księża, którzy już uznawali Stolicę Apostolską za pustą lub którzy uznali Ją za taką niewiele lat później, walcząc publicznie o Kościół i papiestwo: niektórzy pracowali w Rzymie, jak właśnie ojciec Guérard, inni na Rzymie koncentrowali wysiłki, szczególnie przez „Pielgrzymki na Zesłanie Ducha Świętego” organizowane przez ks. Saenza y Arriagę, o. Barbarę i ks. Coache[i].

Nieobecność tradycjonalistów

Kiedy zmarł Paweł VI, żaden watykanista nie mógł pominąć milczeniem istnienia opozycji wobec Soboru, którą w opinii publicznej uosabiała przede wszystkim postać arcybiskupa Lefebvre’a i „buntownicze” seminarium w Ecône. Natomiast wraz ze śmiercią JP II „tradycjonaliści” prawie całkowicie zniknęli z mediów. Z jakiego powodu?

Po części poprzez dzieło wchłonięcia [do Novus Ordo – przyp. tłum.] dokonane przez Wojtyłę: najpierw z pomocą tzw. „Indultu na Mszę św. Piusa V” z 1984 r., następnie poprzez Komisję “Ecclesia Dei” (która zgromadziła dziesiątki księży i zakonników), potem za pomocą „Administracji Apostolskiej” z Campos, JP II udało się wprowadzić do soborowej owczarni liczne zagubione owce (owczarni ekumenicznej, gdzie rehabilituje się Lutra, obejmuje się Dalai Lamę, całuje się Koran, modli się przy Ścianie Płaczu i odprawia właśnie Msze św. Piusa V dla tęskniących za dawną liturgią, nawet w bazylice Santa Maria Maggiore).

Po części z winy Bractwa św. Piusa X: pod chwiejnym i mglistym kierownictwem biskupa Fellay’a, stale zajętego marnowaniem czasu na porozumienie z Watykanem (może tak…, a może nie…), lefebryści nie są już uważani przez media jako „niezłomni”, a zatem nie są już przedmiotem zainteresowania. Wojtyle udało się ich unieszkodliwić i skreślić ze scenariusza kościelnego, a przynajmniej, jeśli chodzi o uwagę ważniejszych watykanistów, a w konsekwencji i opinii publicznej. Z drugiej strony, nie chcąc wymuszać oceny, wydaje mi się, że współistnieje wśród nich, razem z możliwością zaakceptowania ewentualnego porozumienia, coraz większy brak zainteresowania „Rzymem”, a więc i papiestwem. Miejmy nadzieję, że kiedy Kościołowi przywrócony zostanie prawowity Papież, współbracia z FSSPX nie zacietrzewią się w swym stanowisku antyrzymskim, a więc niekatolickim.

Perspektywy na przyszłość

W tym punkcie nasuwa się samoistnie pytanie: jakie perspektywy otwiera dla Kościoła wybór B XVI?

Z punktu widzenia wiary nie zmienia się nic. B XVI, tak jak Paweł VI, JP I i JP II, przyjmuje Sobór Watykański II (który jest sprzeczny z depozytem wiary) i akceptuje reformę liturgiczną (która wprowadziła ryt o naturze protestanckiej). Te błędy stanowią przeszkodę w otrzymaniu najwyższej władzy od Trójcy Przenajświętszej. B XVI mógłby w dowolnym momencie usunąć przeszkodę poprzez publiczny akt potępienia Soboru i Novus Ordo Missae: w takim wypadku stałby się Papieżem formalnie, a nie tylko materialnie. Bez tego aktu nie można go formalnie uznać za prawowitego Wikariusza Chrystusa, a jego imię nie może być wymieniane w kanonie Mszy.

Mógłby jednak zrobić jakiś dobry gest lub wypowiedzieć jakieś korzystne rzeczy dla Kościoła lub dusz: w takim wypadku odebralibyśmy taki czyn z zadowoleniem, ale w istocie nie zmieniłoby to niczego, dopóki nie zainterweniuje w kluczowej kwestii, którą przed chwilą opisałem. Nie zgadzamy się ze stanowiskiem, że „im gorzej, tym lepiej”, ponieważ katolicyzm cierpi już zbyt wiele, żeby życzyć sobie dalszego przyspieszenia kryzysu. Wątpimy jednak, aby Ratzinger, teolog JP II, bardzo wrażliwy na doktrynę protestancką, mógł działać zgodnie z tradycją. Brak tiary w jego godle wskazuje na niepokojący kierunek ekumeniczny w pojęciu sprawowania prymatu piotrowego. Przy bawarskim hierarsze może (może…) nie będziemy mieli już wieloreligijnego jarmarku, do którego przyzwyczaił nas jego poprzednik, ale zachodzi ryzyko, że będziemy świadkami rozwiązłości teologicznej z przedstawicielami niemieckiej pseudoreformacji. Tak czy inaczej, zapowiedział już wizytę w synagodze w Kolonii.

W tym kontekście istnieje ewidentne ryzyko ostatecznego wchłonięcia najbardziej chwiejnych „tradycjonalistów”, zainteresowanych bardziej chorałem gregoriańskim niż teologią tomistyczną, którzy już ogłosili B XVI człowiekiem zesłanym przez Opatrzność do rozwiązania kryzysu w Kościele.

Zresztą wszyscy po trosze (upraszczając: najbardziej postępowi moderniści, najbardziej konserwatywni moderniści, tradycjonaliści), najpierw przy JP II, a teraz przy B XVI zrobili sobie „własnego Papieża”: wyciągając z przemówień i oficjalnych dokumentów to, co ich interesuje. Otóż, raz po raz jest to „papież” to współczesny to trydencki, to reformator to odnowiciel, to lewicowy to prawicowy, to globalista to tożsamościowiec, to wierny Soborowi to niewierny… Tak jakby mogło się wybierać w Magisterium tego, kogo uważa się za Papieża, między tym, co nam się podoba, a tym, co nie podoba.

Dla nas wszyscy Papieże są przedmiotem posłuszeństwa i miłości, ci świętsi, jak i ci bardziej po ludzku słabi. Ważne, że są prawdziwymi Wikariuszami Chrystusa, a zatem, że nauczają prawdy objawionej i potępiają błędy, które jej zaprzeczają, w następstwie wszystkich Papieży rzymskich, od św. Piotra do Piusa XII.

Dlatego nie ustajemy w modlitwie i czynieniu pokuty za Kościół i za papiestwo, zachowując w sercu pocieszające słowa hymnu papieskiego, które brzmią: „[…] Rzymie apostołów, matko i przewodniku Namiestników, Rzymie – światło narodów – świat w ciebie wierzy!”. Jest to nadzieja, która podtrzymuje naszą wiarę i ożywia życie naszego Instytutu, od 20 lat w służbie Kościoła Rzymskiego.

Ks. Hugon Carandino

Tłumaczył z języka włoskiego Władysław Ostrowski. Źródło: „Opportune, Importune”, nr 10 z Zesłania Ducha Świętego 2005 roku, ss. 1-3. Podkreślenie od Redakcji „Myśli Katolickiej”. Przypis tłumacza:

[i] Tak zwane „Marsze na Rzym” organizowane były przez czołowych duchownych sprzeciwiających się doktrynom i reformom Soboru Watykańskiego II. Prawie wszyscy byli sedewakantystami, wówczas lub później. Abp Lefebvre w nich nie brał udziału, a w 1975 r. dzięki niemu przybrały one zupełnie inny charakter, już nie sprzeciwu wobec modernizmowi i modernistom, ale „wierności Rzymowi”… Wspomina o tym ks. Ricossa w artykule z „Sodalitium” omawiającym początki katolickiego oporu wobec Soboru.

Tu można zostawić komentarz.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s